broszki blog

Twój nowy blog

Nooo, takie przedstawienia to jest coś.

Lekkość, ale i zaangażowanie.

Dowcip, ale i gorzka prawda.

Bezwzględne obnażenie tego, co najgłębiej schowane, zamiecione pod dywan, zagłuszone.

 

Jeśli robić teatr, to tylko taki.

No i te kreacje!

Nie mogę wyjść z podziwu nad formą Danuty Szaflarskiej.

W wieku 97 lat mieć taki błysk w oku, być kobietą tak rezolutną, pogodną, przytomną, bystrą, bez grymasu zmęczenia.. i mieć czadową fryzurę z WŁASNYCH włosów, no po prostu pozazdrościć!

I tylko żal bierze, że po spektaklu ogranicza się rozmowę z kimś tak niezwykłym do kilku zaledwie minut, choć w dobie dzisiejszej paplaniny o niczym, ona ma naprawdę coś ciekawego do opowiedzenia i robi to chętnie. Ale nie, słuchawka w uchu wymuskanej prowadzącej wrzeszczy, że kończymy, bo jeszcze mamy tylko 2 minuty na wypytanie twórczyń spektaklu dlaczego w polskich rodzinach jest tak źle, a potem już tylko nieodwołalne i zakontraktowane pieczołowicie reklamy wybielaczy i środków na regenerację wątroby, dające chleb całej stacji.

 

Co do treści, to naprawdę prezent od losu, że opowiedziano mi tą historię na żywo, akurat wczoraj wieczorem.

Że zobaczyłam obraz piętnujący płytkość relacji i całkowity brak komunikacji między ludźmi niby sobie najbliższymi, mieszkającymi pod jednym dachem, studium pielęgnowania w sobie hipokryzji dzień po dniu, które na dłuższa metę z zachowaniem zdrowia psychicznego ma tyle wspólnego, co delfina Maria Antonina z jedzeniem salcesonu, czyli niewiele.

 

*To się detoks nazywa.

 

Wczoraj z tego miasta wyleciał samolot do Monachium, stamtąd do Birmingham.

Dzisiaj z tego miasta wyleciał samolot do Warszawy, stamtąd do Chicago.

 

Zarówno wczoraj, jak i dziś, z pasa startowego stąd tu, o, nieopodal, wylecieli dwaj ważni mężczyźni.

Pierwszego z nich odwiozłam, pomachałam chusteczką, życzyłam dobrej podróży.

Z drugim się nawet nie spotkałam.

 

Pierwszy z nich uratował mi życie.

Drugi uprzednio to życie nieźle poharatał.

 

Miałam potworne wyrzuty sumienia, że tak postępuję.

Ale coraz bardziej dochodzę do wniosku, że to nie ja powinnam je mieć.

Że bez tej formy egoizmu nie będę mogła iść dalej do przodu.

I móc dać mojej córce lepszy, solidniejszy bagaż na przyszłość.

A wczoraj mówili, że co 7-ma dziewczynka urodzona po 2000r. dożyje setki.

Jak Pani Danuta!

 

 

Kto jutro idzie ze mną do teatru?
Całe szczęście TVP1 raz w miesiącu pokazuje spektakl na żywo, dzięki czemu mogę poczuc przynajmniej namiastkę tzw. Wielkiej Kultury i zaznać katharsis na własnej kanapie.
Tym razem, po Boskiej, Skarpetkach opus 124 i Szkole Żon (które ukontentowały mnie równie mocno), zapowiada się coś wyjątkowego, czyli Daily Soup. To przedstawienie przyjechało jakoś tak ponad rok temu do Rzeszowa, gdzie wówczas mieszkaliśmy, ale nie udało nam się dostać, bo bilety rozeszły się najwidoczniej w ciągu kilku dni, z duuużym wyprzedzeniem. A tu niespodzianka, nic straconego, jutro TV pokaże je na żywo!
Muszę przyznać, że technologia idzie do przodu na tyle, że ponoć oglądając spektakl w Internecie czy na smartfonie, będzie można samemu sobie przełączać obraz, wybierając jedną z czterech kamer. Ja raczej zdam się na profesjonalnych realizatorów, ale sam pomysł wydaje mi się szalenie ciekawy i nowatorski.

No a poza wszystkim, obsada!
Oraz przewijające się gdzieś w tle fabuły hasło rozkład rodziny, jest dla mnie wielce obiecujące artystycznie, empirycznie i moralistycznie. Fantastycznie.

Link do opisu przedstawienia TUTAJ.
Transmisja jutro, w poniedziałek o 20:20 w TVP1.

Na tęskne pytanie Kiedy znów zakwitną białe bzyyyy?

odpowiadam: DUH! Właśnie to zrobiły!

 

Nawadniam się.

Rekomendowane 3 litry dziennie są dla mnie sporym wyzwaniem, bo ja się w życiu ogólnie zasuszam. Normalnie to ja piję jak se przypomnę, czyli herbata rano i szklanka wody przed spaniem, ale teraz to nie ujdzie.

Rozważam nastawianie sobie budzika co godzinę, żeby mi przypominał o kolejnej szklance wody, ale i tak półtora litra to mój dzienny rekord, który zwieńczam szczerym wyznaniem I’M FUUUUULL.
No i sorry, ale więcej nie zdołam.

 

Poza tym z nowości to wczoraj odpaliłam mój wdzięczny lakier wściekły róż fluo.

Przez chwilę się nawet zastanowiłam, czy już można, bo w końcu Kasia Tusk przestrzegała, że tego typu kolory na paznokciach zimą wyglądają kiczowato. No ale z ołówkiem w ręku doszłam do wniosku, że skoro schowałam już puchówkę (ryzykując co prawda, bo w końcu przed Zimną Zośką), to może już można?

No i jak mnie towarzysz życia zobaczył z tymi paznokciami, to się trochę zląkł i natychmiast zarzucać mnie tłumaczeniem branżowym MOJA DROGA, DASZ RADĘ? POTRZEBUJĘ TO NA SOBOTĘ.
Luuussssssssss.

No i teraz z tej dbałości o własną kondycję intelektualną siedzę i zagłębiam się w niezbadany jak dotąd przeze mnie świat full of jobbing iron, exothermic sleeves, precast refractory shapes, crankshafts, wheel hubs i rheological technologies.

Naprawdę, wielce rozwijające, bo raczej PIERWSZE SŁYSZĘ.

(TO CZEGO WAS TAM UCZYLI 5 LAT NA TEJ ANGLISTYCE?)

(NO WIEM WIEM, ISTNY WYDZIAŁ GIER I ZABAW, NIC TYLKO ANALIZA I INTERPRETACJA POEZJI, A KTO ROZUMIE POEZJĘ, TEN ZROZUMIE WSZYSTKO!)

 

O! Już wiem, słówka GIRDLE się na studiach nauczyłam i mogę nim zaginać kogo chcę, z własnym mężem na czele.

I te niekończące się dyskusje w języku obcym, np. na temat:

 
- Men are animals, and therefore cannot be monogamous  
- Women, more than anything, want to be IN CONTROL
- Fundamentalism – define & discuss.
- Women as commodity in media – discuss.
- Dog poo – discuss. 


No takie właśnie ważkie kwestie, których rozkładanie na czynniki pierwsze jak się okazuje nie zawsze potem daje chleb.

No więc siedzę, nawadniam się, chodzę często siku i w głębi serca mego gorzko żałuję, że nie zostałam tą dietetyczką, farmaceutką, czy inżynierką.

Albo ministrą.

Albo szatniarką w hotelu Victoria.

 

Za to teraz jak mi od 6 rano facet napierdziela za oknem podręczną kosiareczką, której efektywność jest równa zastosowaniu golarki elektrycznej i on tym czymś ma właśnie zamiar przyciąć 10 arów trawki soczyście zielonej, pachnącej, to mogę se otworzyć okno i niczym Adaś Miauczyński zawołać:

 

ALE TYM? TAKIM? TAKĄ!!!!???????

 


                                                                         

Nasi bohaterowie jadą samochodem, słuchając polskiego Topu Wszechczasów w Trójce. W  pewnym momencie rozbrzmiewa przejmujący głos chóru…


 

Marieta: A to co – takie jakieś mszalne to jest.

Duszan: To jest Niemena, Bema Pamięci… coś tam.

Marieta: Aaaaa! Bema Pamięci COŚ TAM, pięknie! Twoja polonistka na pewno byłaby dumna. Bema Pamięci RAPSODNY ŻAŁOB!!!

Duszan: ???

Marieta: Eee, co ja mówię, hihiiiii, Bema Pamięci ŻAŁOSNY RAPSOD!

Duszan: ???

Marieta: AAAHAHAA!!! Chyba jednak jest za gorąco dzisiaj.


 

Pozdrowienia dla wszystkich polonistek :-)

 

Wielka Majówka upłynęła pod hasłem kinematografii.

Tak mi się życie ułożyło, że zostałam zmuszona do obejrzenia ostatnich 20 minut filmu The Hurt Locker – W pułapce wojny z moim mężem i nie polecam. Mój odwet był bezlitosny i godny akcji tego właśnie filmu.

Mianowicie, w kolejnych dniach zmuszałam go do oglądania ze mną takich dokonań wielkiego kina światowego jak Histeria, Mój tydzień z Marilyn, Spadkobiercy, Ki, Mikołajek oraz Yes Man (Powiedz Tak) – im dalej tym ambitniej.


 

Siedzę/ leżę na chacie z przedramieniem sinym od licznych wkłuć w żyłę z niedawnej przeszłości, odziana w czarną buntowniczą koszulkę 30 Seconds to Mars – THIS IS WAR.

O. mówi, że jedno pasuje bardzo do drugiego i wreszcie mój wizerunek jest spójny.

Poza tym wsłuchuję się w pasjonujące dźwięki strzelającej skóry na moim brzuchu, którym towarzyszy uczucie zjarania tejże skóry po leżeniu przez dwa dni plackiem pod chorwackim słońcem bez filtra UV (tak tak, SMARUJĘ od kilku miesięcy! Uderzeniowy krem przeciw rozstępom daje ulgę na całe 7 minut i zabawa zaczyna się od nowa).

Zaczynam też rozumieć kobiety, które opowiadały, jak to w 3-cim trymestrze przewrócenie się w łóżku z boku na bok zajmowało bolesne 5 minut, albo wymagało uprzedniego wstania.

Niewiarygodne, wiem, ale coś w tym jest, kiedy się leży na wznak z 5kg cukru na brzuchu.


 

No ale może być jeszcze gorzej.

Naprawdę.

Śniło mi się, że jestem znowu w liceum, w mojej klasie od biologii i razem z panią przygotowujemy akademię, w której ja jestem narratorem i mam wiele kwestii do wygłoszenia przez mikrofon. A nazajutrz kartkówka z nagonasiennych.

Gdybym miała wybierać powrót do szkoły albo obecne słodkie uziemienie, to zdecydowanie wybieram to drugie, z całym jego dobrodziejstwem.

Bez dwóch zdań.


  

Większość par taką ma.

Tak czy nie?

Szczególnie te pary, które bezgranicznie kochają muzykę i nie wyobrażają sobie bez niej życia (tak jak ja).

Taki kawałek, którego od innych super ulubionych odróżnia to, że jakoś tak nie wiadomo czemu najwidoczniej powstał z myślą o tych konkretnych ludziach, a tak w ogóle to chyba powinien być nam dedykowany na każdym koncercie, prawda Misiaczku? No.

Coś w tym stylu.

 

Dla mnie, taką naszą piosenką jest Trujące Rośliny Comy.

Dlatego nie zamawiałam żadnego Pierwszego Tańca na naszej imprezie poślubnej (bo przecież nazwać tego weselem nie można, bo nie było tortu – nienawidzę tortów żadnych i tak naprawdę skrycie boję się zawartości ich kremów).

Nie zamawiałam żadnego Pierwszego Tańca, bo chłopaki z Comy naprawdę nie mieli w ten dzień czasu, żeby wpaść. Choć tak naprawdę wtedy nie ukazała się jeszcze Hipertrofia, pfff.

 

Nie jestem oddaną, ani tym bardziej bezkrytyczna fanką Comy, ale ten album będę puszczać często przy dzieciach. Głównie mam taki plan, żeby je nim zagłuszać, jak będą ryczeć synchronicznie z niewiadomo jakiego powodu. Już teraz go słuchają, bo wiadomo, niech chłoną dobre rzeczy jak najwcześniej.

 

Co do wspomnianego kawałka, to od razu wyjaśniam, że wydaje mi się on tak bliski nie dlatego, że któres z nas jest alkoholikiem, nienienie.

Oczywiście jak zwykle występuje tu dość diametralna różnica w interpretacji tekstu pomiędzy mną a moim mężem.

 

Tak samo, jak z Kto? Nosowskiej.

O. uważa, że tekst jest jednym wielkim zdumieniem i zachwytem nad Mocami Natury i jej wielką pochwałą, a ja uważam, że jest to lament nad syfiastością tego świata, przemocą domową, wszelką agresją i głupim niszczycielstwem.

 

Tak samo tutaj.

Zgubne rośliny służące do produkcji alkoholu, które się namiętnie zrywa i wśród których się błądzi – chlejąc, dla mnie są tutaj każdym potknięciem, każdą czarną dziurą, z której pomaga wyjść drugi człowiek.

Tak se o.

Bo mu się chce być obok.

I nie było koncertu, żebym nie wyła jak bóbr tak gdzieś od połowy tej jakże zgrabnie skonstruowanej kompozycji.

I dobrze, że przynajmniej jedno z nas ma dziś sposobność posłuchać tego na żywo jeszcze raz (choć jak dobrze zawieje wiatr, to tu też dolatuje ten łomot). Spokojnie, drogie feministki! Settle down, will ya? Musiałam dzisiaj prawie wygnać O. na 3-Majówkę po tym, jak umył wszystkie okna, wyniósł nagromadzony plastik i makulaturę, odkurzył i umył podłogi, podał mi obiad, pozmywał i wypucował łazienkę. A i dobrego słowa nie poskąpił.

 

No.

A wracając do Naszej Piosenki, to mój brat np. nic specjalnego w niej nie widzi.

CYTUJĘ:

Cóż, powszechny i często powielany schemat: ZWROTKA CICHO, REFREN GŁOŚNO.

Tyle.

 

Oj tam oj tam.

NIM POŁKNIE MNIE ZŁAAAA NOOOOOOOOOCCCCCCCCCCCCC.

   

Jestem wykończona.

Weekend majowy spędzam leżąc plackiem.

Tak wyszło.

Ale jakby zalecenie z izby przyjęć szpitala jest dla mnie pewnym motywatorem do nie wstawania i cześć.

Na izbie przyjęć było bardzo kojąco. Tzn. w samym gabinecie, bo na poczekalni troszkę mniej.

Szczególnie jak przywieźli panią w zaawansowanej ciąży z rozbitą głową.

Natomiast w gabinecie dowiedziałam się, że póki co jednak wszystko OK., ale no-spa 3×2 i liczyć te skurcze, a jak będzie się zaostrzać, to zapraszają znowu.

Więc jakby leżenie bez większej dyskusji.

 

Ale przy okazji dowiedziałam się też, że potrącenie się przeze mnie moim własnym samochodem kilka dni wcześniej też nie zaszkodziło.

Jezussss.

Pojechałam jednego dnia wymienić żarówkę w świetle mijania.

NA DŁUGICH, żeby się policja znowu nie fatygowała z upominaniem mnie.

No i pan wymienił i mówi do mnie niezrozumiale (jak to w męskim świecie warsztatów samochodowych), że pani coś tam przekręci, coś tam włączy, wspomagając się gestami totalnie dla mnie nieczytelnymi. No to ja bez wsiadania, jeno w nachyleniu, włączam postojowe, jego to nie zadowala. Przekręcam kluczyk i tym razem mnie to nie zadowala, bo auto się zrywa, przestawia mnie o 20cm i wali blachą centralnie w biodro.

No i na tym pogotowiu się od razu pytają, czy coś się stało, czy może to u mnie normalne, że ja mam takie limo wielkości kiwi na nodze?

Myślę, że powyższa historia zdecydowanie urozmaiciła sobotni dyżur.

 

Mam pewne przypuszczenie, a zarazem nadzieję, że moje dzieci przezornie dostosują się do mnie ewolucyjnie i urodzą się od razu w kaskach na głowie. I to takich z atestem. Dżizus, jak ja im mogłam to zrobić? Taki stres. Wtopa za wtopą.

 

A dzisiaj znowu zaszalałam, bo poszłam na tą glukozę.

Odkąd się dowiedziałam, jak wygląda to badanie i jak reagują na nie kobiety w ciąży (słoik cukru kupiony w aptece rozpuszczony w szklance wody, siuuup, a potem 2 godziny czekania + kłucie 3x), miałam nadzieje, że mój lekarz o tym badaniu jakimś cudem zapomni.

Nie zapomniał.

Powiem tak, że obudziłam się dziś o 5:30 i leżałam tak godzinę z oczami wybałuszonymi jak piłki golfowe, tak się bałam.

Zapakowałam do torebki:

 

- pół cytryny (opcjonalnie można wcisnąć)

- 3 słomki (chcąc uniknąć drażnienia receptorów słodkiego na czubku języka)

- gazetę

- krzyżówki + długopis

- pestki dyni (choć nie wolno nic jeść, więc nie wiadomo po co)

- krakowskie talarki (choć nie wolno nic jeść, więc nie wiadomo po co)

- wodę mineralną (choć nie wolno nic pić, więc nie wiadomo po co)

- 2 czyste reklamówki foliowe (chyba wiadomo po co)

 

No i powiem tak, że najbardziej mnie zmęczyło dźwiganie tej ciężkiej torby, bo reszta – pomijając 10-minutowy odlot cukrowy – nawet jakoś poszła.

Fakt, uratowała mnie ta słomka, dzięki czemu wciągnęłam to niemal na 1 raz, bez żadnej cytryny, a wręcz umożliwiła „odkurzenie” z dna kubka resztek nierozpuszczonego cukru z takim perfidnym ŚŚŚŚHHHRRRRFFRRŚŚSRHHH, którego tak nam wszyscy zakazywali w dzieciństwie, bo to takie nieeleganckie.

LUBIĘ SŁODKIE, najwidoczniej.

Poza tym, 10 minut przede mną jedna dziewczyna piła to samo, więc jakby 2 godzinki rozmowy na tematy wszelakie skróciły to czekanie do niemal błysku.

 

Acz przyznaje, że słoik cukru słoikiem cukru pozostaje i raczej nie będę się rwać do powtórki, jakby co.

Ani też nie rozglądam się dzisiaj jakoś gorączkowo za czekoladą, jak co dzień o tej porze.

No ale przeżyłam.

Najwidoczniej kiedy słoik cukru podzieli się w sumie na troje łasuchów, to jest trochę łatwiej.

 

Idę sobie znaleźć jakieś nowe pasjonujące zajęcia podczas leżenia.

Najlepsza lekcja cierpliwości w moim życiu ever.

  

Dotlenienie  – mission akompliszt.
Oprócz pierwszej, przesoczystej zieloności i kwitnących drzew, nie sposób nie zauważyć, że natura lubi być do pary ;-)

http://broszka.strefa.pl/viv1.jpg

Tej, chodź tutaj, jaki czad, rzucają orzechy!

Co Ty gadasz! Bez kitu, już lecę!

- No dawaj, dziobnij, może Cię nie zaatakuje.
- Sam se dziobnij, skoroś taki mądry.

- Ehhh, nie ma to, jak posiedzieć w cieńku.
- No, cieniek jest cool.

PARA – SOL = PRZECIW – SŁOŃCU

Nie da się już bawić w chowanego.

W taki tydzień to się może tyle wydarzyć!

Nieustające pasmo szaleństw.

Odkąd stałam się znowu w miarę mobilna, świat atakuje mnie bezustannie.

A to w formie wykluwających się form roślinnych lub zwierzęcych (nie udało mi się tego ustalić), oblepionych kapiącą mazią i przyklejających mi się w parku do nogawki lewej.

A to w formie mojego własnego samochodu (nawet on przeciwko mnie!)

A to w formie konieczności schylania się po każdy znaleziony grosik na szczęście.

 

Słowo daję, nie ma dnia bez podejmowania ryzyka.

 

To zapewne celebrowanie tej bolesnej świadomości spowodowało, iż spóźniłam się na badanie połówkowe TYLKO O TYDZIEŃ.

W dzień, który se ubzdurałam, nie mogąc się go doczekać, wypacykowałam się jak głupia, okrasiłam swój połówkowy image finezyjnymi akcesoriami, a tam słyszę:

 

ALE DOKTOR NA DZIŚ NIE UMAWIAŁ PACJENTEK, JEST PANI PEWNA, ŻE TO MIAŁO BYĆ DZIŚ?????

 

Patrzę w kartę ciąży, a tam jak byk stoi data o tydzień wcześniejsza.

 

HMMMM.

Czyli jak wtedy sobie czule spacerowaliśmy po pomidorówce z ciecierzycą, to trza było brać dupę w troki i lecieć sprawdzić czy dzieci zdrowe!

Ale po co, przecież to za tydzień, sama słyszałam.

Kiedy następnego dnia tam wróciłam, bo miła pani znalazła mi termin, zapewne pod wpływem moich lamentów, że tak mi się właśnie zdawało, że to i tak już późnawo i że to moja wina i ratunku, pół recepcji się ze mnie centralnie nabijało, a pół nie wiem, bo ze wstydu nie patrzyłam.

Wyrodna matka, słowo honoru.

Zaczyna się.

Pierwsze niepowodzenie rodzicielskie w nieustannym paśmie porażek odfajkowane.

Ciekawe, co jeszcze zawalę.

Mam tylko nadzieję że nie zapomnę o fotelikach samochodowych, żeby ich nie trzeba było przywozić ze szpitala na kolanach, na Boga!

 

Chociaż w sumie, zważywszy na tutejsze dziurawe drogi i kostkę brukową pokrytą wypiętrzonymi łatami asfaltu, to im raczej zafundujemy lot balonem wprost na dach naszego bloku.

  

Moje drogie i dający się policzyć na palcach jednej ręki drodzy!

Dziś proponuję dziecinnie prosty i fajowski przepis na deser, który ochrzciłam jako Tiramisu bez tiramisu, a na drugie dałam mu Tiramisu – bezalkoholowa  mega ściema.

 

Na 6 porcji potrzebujemy:

 

Paczkę okrągłych biszkoptów

Pół szklanki bardzo mocnej kawy

1 opakowanie sera mascarpone

1/2 małego jogurtu naturalnego

Wiśnie drylowane z syropu (ewentualnie z  kompotu)

Konfitura malinowa

Pół tabliczki gorzkiej czekolady

 

No i siup:

Do szklaneczek (odpowiadających rozmiarem tym od małej nutelli) wrzucamy po biszkopcie, zalewamy każdego 2-3 łyżeczkami zimnej kawy, na to trochę opiłków czekolady, na to po czubatej łyżce gładkiej masy z mascarpone i połowy jogurtu, na to po 5-6 wiśni, na to znowu po biszkopcie, które znów zalewamy centralnie 2 łyżeczkami kawy, na to po łyżce konfitury malinowej, na to jeszcze raz zalany biszkopcik, na to druga warstwa masy mascarpone z jogurtem i na to po kostce gorzkiej czekolady, a wszystkie porcje posypujemy opiłkami z 1-2 kostek.

 

Każdą warstwę delikatnie wyrównujemy, mniej lub bardziej dokładnie (to zależy jak bardzo nas skrzywiło pod względem pedanterii), a potem schładzamy w lodówce tak minimum ze 2 godziny.

O. jest twardy jak Roman Bratny i zdecydował się czekać do wieczora, ja pochłonęłam jeden już pod koniec roboty, przed zmywaniem, NA CIEPŁO.

 

Wczoraj dałam taką plamę życiową, że musiałam się jakoś ukoić.

TŁUSZCZEM i SŁODYCZĄ razem.

A poza tym, coś takiego jak godność i dystynkcja w spożywaniu słodyczy już jakiś czas temu zniknęła z mojego prywatnego słowniczka.

 


  • RSS