broszki blog

Twój nowy blog

Media donoszą od rana o narodzinach trojga maleńkich lemurów we wrocławskim zoo.

Król Julian zapewne zapodał se muzyczkę i szaleje z radości.

Małe JJ’e (Julian Junior) są gwarantem przedłużenia gatunku, a może któryś z nich jest nawet następcą tronu?

 

Dzisiaj dotarło do mnie, że za tydzień dzień zacznie się znowu skracać.

Dochodzą mnie słuchy ze świata zewnętrznego, że w sklepach zaczynają się letnie wyprzedaże, co oznacza, że przeleżałam w domu wyprzedaże zimowe, wiosenne i przeleżę też (mam nadzieję, że także w domu) letnie. I zaraz zima. Cudownie.

 

I choć nigdy w życiu nie zamieniłabym mojego TU i TERAZ na cokolwiek innego, ominęło mnie bardzo wiele.

Ominął mnie też udział w rodzinnej imprezie, bo dzisiaj Jolanty!

Babcia ma imieniny przecież.

Zawsze uwielbiałam te imieninowe odwiedziny u niej w samym środku czerwca.

Lato, piękna pogoda, świadectwa praktycznie wypisane, truskawki, niedaleka perspektywa wakacji, czerwony wzorzysty dywan, który akceptuję tylko tam, porządne ciasto bez żadnych paciarajowatych kremów i najlepsza na świecie herbata z cytryną.

 

Cóż, dziś z wiadomych względów nie zobaczymy się. Mogłam tylko na odległość, przez telefon, złożyć jej dzisiaj życzenia, aby po kilku chwilach mogła z autentycznym niepokojem zapytać:

 

- Bardzo jesteś gruba?

- Nie nie, spoko, kończyny zupełnie bez zmian, łokcie kościste, obojczyki na wierzchu, tylko brzuchem zawadzam o wszystko, ciąża bliźniacza to w ogóle najlepsza dieta odchudzająca jaką znam.

- No to całe szczęście.

 

Nie ma to jak wsparcie kobiet w najprostszej linii drzewa genealogicznego.

Idę se zapuścić przez 3 godziny Króla Juliana, potem się odwrócę na drugi boczek, a potem poszukam w sieci instruktażu „Jak założyć sobie normalną rodzinę.”

 

Adieu.

  

W ramach entuzjastycznego przeżywania Euro 2012 zjedliśmy wczoraj sałatkę GRECKĄ (Grecja-Czechy) oraz O. sięgnął do zamrażarki po nasze home-made pierogi RUSKIE (Rosja-Polska). Brakowało tylko czeskiego piwa i polskiej kiełbasy lisieckiej. No ale jak widać poprzez podświadomy wybór kulinariów wspieramy słabszych :P

 

Entuzjazm utrzymuje się nadal umiarkowany, zresztą i tak nie mam dokąd uciec. Nie będę przecież ryzykować nadprogramowego wchodzenia po schodach do drugiego pokoju, ani tym bardziej koszenia trawy na osiedlu, idąc za wzorem Józefowicza.

Ale przyznaję, że kiedy Czesi strzelają 2 gole w ciągu pierwszych siedmiu minut, to nudy nawet nie ma.

 

Poza tym, szukamy dalej tego mieszkania.

Zadanie, jak już pisałam jest trudne, bo wszędzie same schody, ale moja mama mówi, że przesadzam. Przecież mogę spokojnie ubrać dzieci, zwieźć wózik schodami (stelaż do wymiany po 2 tygodniach), potem znieść jedno dziecko, zostawić je na dole w wózku, iść po drugie, znieść je i ulokować jak poprzednio (o ile ten wózek z pierwszym dzieckiem tam jeszcze zastanę) i po kłopocie. Rozumiem, że przy powrocie do domu ma być tak samo, tylko odwrotnie. Przywożę rozdarte wniebogłosy z głodu dzieci, po czym podejmuję bez dylematów moralnych decyzję, które z nich zanieść do domu, a które zostawić w wózku na dole, bez opieki. Potem, pff zanieść na górę drugie i zostawiając je oba w domu głodne i wyjące, zejść po wózik i wnieść ten 20-kg pojazd schodek po schodku na 3-cie piętro i po sprawie. SUPER.
Raczej jak zwykle się nie rozumiemy.

Po takiej rozmowie telefonicznej skurcze mam co 3 minuty i przed wezwaniem karetki chroni mnie tylko zorganizowanie sobie aromatycznego SPA w łazience.

 

A jak już dojdę do siebie, dalej szukam tego mieszkania.

Jak pomyślę, z ilu cudnych miejsc musieliśmy zrezygnować przez te schody, chce mi się płakać. Na szczęście o mój dobry humor dbają te oferty, do których są dodane przeboskie fotki, jakże wiele mówiące o mieszkaniach (i ich właścicielach?), np.:

Oto nasz żyrandol od strony północnej. WARTO!

 

Oto nasz żyrandol od strony południowej. POLECAM!

 

Oto nasze pozłacane lustro i sekretarzyk. Poczuj się jak bohater Dynastii.

 

Oto nasze nie wiadomo właściwie co. Jako najemca, sam nadasz mu znaczenie użytkowe. Pełna dowolność GWARANTOWANA!

 

Jeśli odpoczywać po pracy, to tylko tutaj! Właściciel zabiera ze sobą zasłonkę z okna, bo jest dla niego wyjątkowa. Możliwość pozostawienia zasłonki za dodatkową opłatą.

 

I jeszcze zdjęcie wielce poglądowe: WSZYSTKO JASNE???

 

No i mój absolutny faworyt, czyli:

 

Postaw na luksus! A jeśli nie doceniasz naszych halogenów w suficie, to nie marnuj swojego i naszego czasu i nie dzwoń.

 

Tak więc potencjał jest.

A najfajniejsze są panie w agencjach nieruchomości, CYTUJĘ: 


Tak, ja wiem proszę pana, że jest mega wilgoć w piwnicy w tym domu,, ale to tylko w porze deszczowej, a poza tym ten właściciel się zgadza na dzieci w domu, bo z naszego doświadczenia wynika, że inni się nie zgadzają.

 

AMEN.

 

Dobra, przyznaję.

Nie jestem fanką piłki nożnej tak? Tak.

O. tym bardziej.

Jaramy się siatkówką, O. dodatkowo Formułą 1 i żużlem.

Natomiast mieszkamy drzwi w drzwi z prawdziwymi pasjonatami futbolu i jak jest gdzieś w świecie jakiś ważniejszy lub mniej ważny mecz, to my to poznajemy od razu, co ułatwiają nam poniższe poszlaki:

Potem chłopaki zdzierają gardło, rycząc do 22:59 w zależności od okoliczności:

BARCELOOONNAAAAAAAAA!!!

BARCELOONNNAAAAAAAAAAAAA!!!

ŚLĄSK KU*******WWAAAAAAAAAAAA!!!!!


Następnie sił im starcza na nieprzytomne:

OOOO-oooooo!!!

OOOO-oooooo!!!

 

A potem zaliczają klasycznego zgona.

Bywa, że następnego dnia winda lepi się od szampana, bywa że klatka schodowa lepi się od czego innego. No takie mam pierwsze konotacje w odniesieniu do piłki nożnej.


Wiem, EURO 2012 to co innego.

Ale co mogłam zrobić, jak nic do niego nie czułam.

Nie kupiłam ani jednego gadżetu kibicowskiego, nie wywiesiłam nawet flagi na balkonie, jak kazał kiedyś Szymon (MAM 2 WOLNE POŁOWY!!!), nie namalowałam se na brzuszku ciążowym dwóch flag biało-czerwonych, ani tym bardziej na policzkach (i dobrze, bo potem bym miała tak, jak opowiadała Magda Mołek, że po 30 minutach szybko zmywała te policzki).


Natomiast wczoraj, gdzieś tak po godzinie 15:00 stało się coś magicznego.

UDZIELIŁO MI SIĘ.

Normalnie poczułam zew piłkarski, choć bardziej nawet podniosłość chwili, wielką ekscytację i radość, kiedy pokazywali, jak NASI JADĄ PO ZWYCIĘSTWO.


Poczułam nawet, że warto byłoby się zbulwersować, że niedawno wielka polska wokalistka, Ania Rusowicz powiedziała o zespole Jarzębina u Kuby, że WIESZ KUBA, JA SIĘ GENERALNIE NIE ZAGŁĘBIAM W TAKIE SZTUCZNE TWORY.


Sztuczne twory, mój Boże.

Jak się jeszcze niedawno udawało drugą Toni Braxton w najkiczowatszym ze znanych mi kiczowatych formacji DEZIRE, a teraz się udaje hipiskę z tamtych lat  (Nie nie, Kuba, ja wcale nie ćwiczę w domu tego ruchu scenicznego, skąd! Ja jestem 100% natural), to trzeba mieć mega tupet, żeby nazwać zespół Jarzębina sztucznym tworem. Zespół istniejący od 22 lat, od lat biorący udział w licznych przeglądach i festiwalach, posługujący się tzw. śpiewem białym, który fachowcy określają jako prekursora pieśni gregoriańskich itd. itp. Ja może nie głosowałabym na Koko Euro Spoko, ale za tę pustą odzywkę i brak szacunku do tradycji panna Anna ma u mnie przewalone. I nie pomoże jej ani 50 Fryderyków, ani sms od samej Nosowskiej z gratulacjami, ani nic.


W każdym razie, jeśli chodzi o organizację tego Euro, to jestem troszkę dumna.

Że się udało z tymi drogami, z tych stadionów, z tego kwiecistego logo (uwielbiam kwiatowe motywy we wzornictwie!), nawet z tych różowych autobusów w kwiatki dla piłkarzy, a co!

 

I jeszcze z tego, co powiedział dziś Krzysztof Materna, że nastał taki czas, że młodzi ludzie wreszcie doświadczają we własnym kraju autentycznej, radosnej Fiesty, która jest obrazkiem jakże innym od Polaka grillującego, czy Polaka umartwiającego się tym, że jest rocznica Niepodległości i że pamiętajmy ilu naszych kiedyś poległo.

Że jest radość, pozytywna energia, która STĄD płynie do całej Europy.

A jak poszło naszym wczoraj z tą Grecją to każdy dobrze wie.

Za okoliczność łagodzącą jestem w stanie przyjąć duchotę, bo jakby mi zamkli dach w burzowa pogodę, to też bym nie dałą rady biegać (Ruscy we Wrocławiu to co innego, no ale oni mieli powietrze!!!)

No cóż, remis to zawsze coś. Cieszmy się.

Niby tragedii nie ma, ale żeby zaraz oni zasługiwali na nocleg w hotelu Hyatt, to bym nie powiedziała ;P

  
 

 Trudno jest mi dziś określić, czy jestem wyspana, czy nie.

Bo niby dziś w nocy prawie do brzasku nie zmrużyłam oka, no ale wczoraj przespałam prawie cały dzień, więc suma dobowa snu nienajgorsza.

 

O ile do tej pory udawało mi się mieścić w ramach jakiejś tam przyzwoitości, ograniczając się do 1 lub 2-godzinnej drzemki w ciągu dnia (i to też nie codziennie), wczoraj spałam w godzinach:

 

23:00-5:30

6:45-9:50

13:25-16:09

 

Jedyne co mam na swoje usprawiedliwienie (to ta pogoda!), to że najwyraźniej organizm bronił się przed nadmiarem bodźców związanych z liczbą mrocznych wizji dotyczących tego, co ma przyjść. Organizm widać po prostu broni się przed stresem i zbiera siły uciekając w błogi sen. A uciekać ma przed czym, gdyż ponieważ:

 

- czekała mnie w tym dniu wizyta kontrolna, więc wiadomo, wizje raczej z tych katastroficznych (badanie wykazało, że Misie Patysie trzymają się mocno oraz raczej im odpowiada catering, gdyż mają po 1800 i 1600g, no i oczywiście facet musiał pokazać, że jest większy i potężniejszy. Proza życia.)

 

- trochę mnie się zbliża poród, a nie znoszę szpitali, czy jakoś tak

 

- w naszym mieszkaniu pojawił się 2-osobowy pojazd z dwoma wersjami nadwozia, dość obszerny gabarytowo, ogólnie przypomina mi lokomotywę stojącą przed każdym szanującym się Technikum Kolejowym

 

- na suszarce do prania wisi jakiś pierdyliard pieluch, kocyków i okryć kąpielowych z kapturkami i nie dość, że nie wiadomo, co one tam robią, to jeszcze nie ma gdzie wieszać NORMALNEGO prania

 

- w naszej sypialni stanęło sosnowe łóżeczko, prawdopodobnie podrzucili je kosmici, a ja nic z tego nie rozumiem

 

- super hiper nowoczesny i atestowany materacyk gryczano-kokosowy, który przyszedł, ma o tyle właściwości antywszelkie i antyodleżynowe, że NIE DA SIĘ NA NIM LEŻEĆ, ponieważ warstwa kokosowa składa się głównie z miliarda ciasno ułożonych igieł, których nie powstydziłby się żaden porządny salon do akupunktury tradycyjnej. Do zwrotu. Paragon wyjątkowo gdzieś wcięło.

 

- z listy pt. Wyprawka została jeszcze cała masa tzw. DROBNICY, jak np. spray na pępuszki (przepraszam, którędy ewakuacja?), maść na pogryzione i zmasakrowane brodawki (niby że moje, pff), termometr do wanny (Jezus Maria), czy choćby kremik na odparzenia, choć są tacy, którzy mówią, że najlepszy krochmal, a ja nie mam zdania i nie wiem, w którą stronę pójść w tej kwestii


- szukamy mieszkania na Śląsku, a te co fajniejsze są na cholernym którymśtam piętrze BEZ WINDY, więc widzę, że albo będę uziemiona w domu codziennie do 17:00, albo będę znosić po jednym dziecku, oddając je po kolei pod czułe skrzydła dozorczyni, albo będę po jednym kolejno zamykać w samochodzie, w międzyczasie spychając nogą podwójny wózik po schodach, a zamek do drzwi zamykać zębami. No ale przynajmniej dzieci zobaczą światło dzienne!

 

Czy ktoś się zatem jeszcze dziwi, że jedyną radą jest ucieczka w sen?

   

Tydzień zaczął się wspaniale.

Od poniedziałku wybranek mój skierował swe służbowe spracowane cztery siedemnastki ku 3-dniowej delegacji, natomiast tym razem ku mojej uciesze cały ten czas wypełniły mi odwiedziny K., która zawitała w mieście prosto z iberyjskiej emigracji. Dwa cudowne wieczory, przegadane do północy, pełne siostrzanych spostrzeżeń ogólnożyciowych, obserwacji dotyczących kwestii damsko-męskich, wspólnych wspomnień z dzieciństwa przy cieście z malinami i herbacie, bo to białe wino, które przywiozła ostatnim razem zostawimy sobie jednak na następne spotkanie. K. przyniosła mi truskawki, moją ulubioną babkę biszkoptową, pochwaliła nasze pierogi ze szpinakiem i fetą i poleciała z powrotem, zabierając ze sobą 2 bochny polskiego chleba i szynkę, żeby chociaż przez kilka dni TAM czuć smaki STĄD.

Każdej z nas czegoś brakuje.

Jej brakowało smaku młodych ziemniaków z koperkiem, mnie natomiast towarzystwa kobiety, która wie, o czym mówię.

No i powiem tak, że obie wyszłyśmy po tym spotkaniu jak nowe.

Takie symbiotyczne pranie z wirowaniem, program Delikatne.

Świeżość postrzegania, kojący reset, ogólnie pojęte zbudowanie.

Kobieta kobiecie jest w życiu cholernie potrzebna. Tak po prostu.

 

Natomiast wracając do fascynującego świata mężczyzn, O. wczoraj wieczorem z pasją wpatrywał się w nagrania upamiętniające wysadzanie starych koksowni na Śląsku. O, tak, żeby się wyciszyć przed snem, najwyraźniej. Odgłosy płynące z kompa wydały mi się na tyle osobliwe i intrygujące, że aż łypnęłam wzrokiem, jednak żeby to na mnie podziałało wyciszająco, to nie powiem. W rezultacie pół nocy śniłam o eksplodujących budynkach i sanitariatach, a drugą połowę nocy o prześladującym nas prezydencie Stanów Zjednoczonych. I to by było na tyle, jeśli chodzi o mój spokój ducha.

 

Kiedy dziś jak co rano budzik oznajmił, że jest 5:30, postanowiłam zrewanżować się mężowi za mocną dawkę doznań z poprzedniego wieczoru i z grubsza zrelacjonować mu fabułę mych marzeń sennych, wciąż jednak będąc nie do końca dobudzona:

 

- […] a potem śniło mi się, że gonił nas w ciemnym lesie prezydent Obama z ewidentnym zamiarem zgładzenia nas, to chyba dlatego, że wczoraj cały dzień trąbili o tym, że się pomylił i że powiedział coś o Polskich Zakładach…. yyy…

- Azotowych -  dokończył za mnie ukochany.

 

Pisałam już tu nie jeden raz, że na mojego męża zawsze mogę liczyć w razie wszelkich  kłopotów, tych z logicznym myśleniem włącznie.

Tak więc, drogie Dzieci, w dniu Waszego święta, pragnę wystosować oświadczenie, że rodziców się nie wybiera, a życie to walka. Bądźcie silne i się nie dajcie. Papatki.

   

.. po obu stronach brzucha zresztą…

Spraw jest kilka, więc może od razu zacznę od pierwszej.

 

Po pierwsze, mąż mnie wczoraj skomplementował. Najlepiej jak potrafił.

W związku z powyższym usłyszałam, jakobym wyglądała jak rodem z jakiejś takiej lichutkiej (żeby nie powiedzieć niskobudżetowej) produkcji filmowej czy serialowej, gdzie ciężarnej bohaterce po prostu wsadza się pod bluzkę piłkę plażową i to już ma być zaawansowana ciąża. Mimo, że sama aktorka ma ręce i nogi jak patyczaczek.
(Już tłumaczę komplement: Czyli że niby docenił fakt, że pomimo tych 7tys. kalorii dziennie, spożywanych nie z rozsądku, a z czystego łakomstwa, poza brzuchem NIC się nie zmieniło w przededniu tego 30-go tygodnia).

Ja wiem, że Wy byście może i pobiegły od razu do adwokata po takiej obrazowej przenośni, ale ja naprawdę nie mogę.

Jak wstaję, to z trudem robię krok, gdyż mam wrażenie, że stawy mnie się rozpękną i tyle będzie z tego rozwodu. Poza tym lekarz mi nie każe. Głównie chodzić, a więc domniemam, że także i się rozwodzić.

 

Po drugie, Wrocławianie dokonali uroczystego i hucznego otwarcia Sky Tower.

Drugi wieżowiec w Polsce, tuż po Pałacu Kultury!

212 metrów!!!

Czyli że sięga Empire State Building (443m) prawie do pępka!

No ale nie ironizujmy, w panoramie miasta zdecydowanie się wybija i nawet ostatnio nawigował O. do domu, kiedy ten błądził rowerem po okolicach!

Jestem pewna, że będzie niczym ta latarnia morska, wskazująca nowym mieszkańcom i turystom drogę do portu, czyli do ścisłego centrum.

Tak że do czegoś tam się jednak przydaje..

 

Ale na tym kończą się sukcesy, bo już przyszpilić czeskich piłkarzy się nie udało.

A mogło być tak pięknie.

Może jednak udałoby się nam wyjść z grupy, gdyby tak braciom z Czech zapodać do śniadania szklaneczkę wody, a potem na luziku skopać im tyłki, bo umówmy się, że z gorączką i zapaleniem płuc nie biega się łatwo.

Ale oczywiście musiał wkroczyć sanepid i dupa blada.

Trudno.

 

Po trzecie, uwielbiam ogrodzone osiedla. Pasjami.

Naprawdę kocham ten komfort życia, kiedy to w poniedziałek o godz. 6:01 RANO wita się mieszkańców rycząc przez megafon, że DRODZY LOKATORZY, ZACZĄŁ SIĘ NOWY, PIĘKNY TYDZIEŃ, MIŁEGO DNIA ŻYCZY WASZA SPÓŁDZIELNIA MIESZKANIOWA.

 

Albo innym razem, kiedy przez ten sam megafon słychać jakże przyjazny komunikat:

KOLEGO, ALE CHYBA WYPADAŁOBY ZAMKNĄĆ FURTKĘ!!!

 

Albo że oprócz garażu ma się przypisane JEDNO miejsce parkingowe przed blokiem, więc zwalniając je np. dla swoich gości i tak trzeba wyjść otworzyć im bramę wjazdową, po czym i tak słyszy się z ust ciecia, że DLACZEGO JA NIC O TYM NIE WIEM, ŻE WY MACIE DZISIAJ GOŚCI I ŻE TU KTOŚ WJEŻDŻA???

 

Albo, że dzieci z jednego bloku nie mogą bawić się w tej samej piaskownicy z kolegami z przedszkola, bo rodzice kolegów nie dostaną się na teren zamknięty bloku stojącego obok.

 

Wszystkie powyższe fakty nie napawają mnie spokojem o przyszłość naszego narodu. Nie wierzę, że takie zjawiska będą korzystnie wpływać na relacje międzyludzkie oraz na zacieśnianie więzi sąsiedzkich. Z opowieści naocznych świadków wiem, że kilkadziesiąt lat temu, na tym samym terenie po 7 koleżanek z klasy przychodziło do domu Andzi Kwiatkowskiej, gdyż dzisiaj jej mama nagotowała zupy, więc starczy dla wszystkich. Następnego dnia szło się na kruchy placek do mamy Bożenki Kowalskiej. A ojcowie wszystkich dziewczynek spotykali się na brydżu w domu u Zosi, bo tylko tam był telewizor.

Ja wiem, że te czasy już nie wrócą, ale nie zmienia to faktu, że jednak kierunek wschód.

Jak mawia mój mąż – tam MUSI być jakaś cywilizacja!

 

 

To nie jest dobry pomysł. – wystrzelił jak z procy w moim kierunku mój szanowny położnik, w odpowiedzi na niewinne i zdawało mi się, że retoryczne pytanie: czy dobrze zrobiłam, że przyjęłam od koleżanki zaproszenie na niedzielny spacer w parku – No chyba, że pani sobie usiądzie, ale na chwilę, jasne? Nie zapominajmy, że to są w końcu bliźniaki.

 

Jasne.

Szczególnie, że ostatnio popylałam dość konkretnie i mimo to badania są OK.

Zadałam to pytanie, bo chciałam usłyszeć, że ależ moja droga! Proszę się nie martwić i  korzystać z pięknej pogody, piękniejszej nawet niźli w Chorwacji, czy Hiszpanii, dotleniać siebie, dotleniać dzieci, bla bla, przeciwdziałać zakrzepicy, ciąża to nie choroba, bla.

 

No to przesiedziałam tą godzinę z okładem (z altacetu, hihi) na ławce wśród śpiewu ptaków i wszystkich tych, którzy żyją normalnie i w dowolnym momencie  mogą wsiąść na rower, albo wykonać takie spontaniczne HOP-SA!!! I tyle mojego.

 

Dzisiaj odbywam pokutę za to ryzykowne przejście od auta do ławki i z powrotem.

Leżę cały dzień.

W nastroju lekko bojowym, ale i w plażowej sukience.

Czytam o optymalnej, zapewniającej mega odporność i najzdrowszej ponoć diecie pięciu przemian i zastanawiam się, czy u dzieci nie wzbudzi to podejrzliwości, że mamunia im ją podaje, a sama nie chce jej tknąć. Dociera bowiem do mnie, że niewyziębiająca organizmu, ciepła jaglanka z owocami na śniadanie to jest sekret odporności, ale ja i tak wybieram zimne śniadanie i cześć. Ryzykowne zachowania mam najwyraźniej we krwi.

Lekki upał od rana, co nie?

Patrzę na wrzos na balkonie, który 4 m-ce temu był całkowicie przykryty czapą śniegu, teraz wygrzewa się w upalnym słońcu. A ja dalej leżę.

No ale umówmy się, że lepsze to, niż cudowny odział szpitalny.

Dziękuję, to ja już poleżę.

W domu mam świeży koper, twaróg, ciemne pieczywo, szparagi, i sok marchwiowy, a tam mi powiedzą, że nie dostaniesz pani pieczywa, gdyż dla diety podstawowej mamy dziś na śniadanie kartoflankę.

Także potrafię dostrzec plusy, naprawdę.

O, i nawet mam w zasięgu ręki czekoladkę, o.

   

W ramach instynktu samozachowawczego zapodałam sobie maseczkę marchewkową na facjatę. Czekając, aż zastygnie na szary cement, nad którym to zjawiskiem pochyliłam się tutaj już jakiś czas temu, złapała mnie taka tęsknota, że strach.

Zatęskniłam albowiem, szaleńczo i bezgranicznie, za naszymi cyklicznymi wypadami do Krakowa w niedawnych czasach, kiedy dzieliły nas od niego ze 2 godzinki drogi.

Czasem był to planowany wyjazd na poprawkę z koncertu Comy w Studio, bo rzeszowski klub Pod Palmą, ze swoją wysokością 2,5m nie dał rady nagłośnieniowo..

Albo planowany wyjazd na Coke Live, gdzie jednego dnia skończyły mi się baterie niedługo po koncercie 30 Seconds to Mars (poobcujcie muzycznie z Jaredem Leto przez dwie godziny, a potem uchrońcie się od omdlenia, życzę szczęścia ;-P), a następnego dnia po całodziennej wędrówce po mieście unosiłam się nad ziemią na najlepszym jak dotąd koncercie w swoim życiu (Muse).

A czasem były to zupełnie spontaniczne wypady, tak se o.

Potrzeba wyższa.

Czy zachcianka, nie wiem.

Narzucamy wdzianko i jedziemy.

Zawiesić oko na ulicznej wystawie prac przy Floriańskiej, powłóczyć się po Kazimierzu, zjeść słuszny obiad w przypadkowo odkrytej włoskiej knajpie, gdzie w kuchni leżą worki z wielce kojącym i obiecującym napisem FARINA, usiąść z szarlotką w Alchemii, przysiąść nas Wisłą i wrócić do domu.

  


Chciałabym tak samo poczuć Tajemniczy Dolny Śląsk, ten ze spotu TV.

Wraz z jego nadodrzańską perłą.

Póki co, ten gest „SHHHH”, który robią wszyscy aktorzy/ entuzjaści tego regionu, kojarzy mi się bardziej z gestem typu: SHHH, nie mówcie nikomu, że zamiast otworzyć w centrum toalety publiczne na całą dobę (bo w sezonie letnim dla 50 tys. studentów plus turyści, TA JEDYNA PRZY PL. SOLNYM < –Klik, to widać lekuchno za mało), planowano tutaj wprowadzenie wieczorno-nocnej prohibicji (tak światowo, po amerykańsku!!!), ponieważ całe ścisłe centrum jest wiecznie zasikane. A zapewne mniej piwa to mniej uryny, czy czego tam jeszcze nie ma. Brawo.

No ale ja się nie czepiam.

 

A może to jest tak, że nie mam z tym miastem żadnych wspomnień?

Źe tu nie studiowałam?

Że nadzieje związane z przebranżowieniem roztrzaskały się tu z hukiem?

Że znam tu bardzo niewiele osób?

Może go nie doceniam, chociażby dlatego, że w końcu żadne inne miasto nie dało mi dzieci, a tu prosz! Troszkę urodzaj, trzeba to sobie powiedzieć głośno. A jak to powiem głośno, robi mi się trochę wstyd. Trochę.

Może w ogóle jest tak, że docenia się wszystko dopiero po jakimś czasie, z innej perspektywy?

Wszystkie te znaki zapytania muszę sobie czem prędzej przemyśleć.

 

Tymczasem chwytam za szpachlę, zdejmujemy maseczkę!

  

Jestem tak nieodgadniona w tej ciąży, że hej.

Na 102.

 

Niby dostąpiłam wewnętrznego zen, ultraharmonii ze światem, która nie pozwala mi podnosić se ciśnienia byle czym, więc gładko przechodzę do porządku nad faktem, ze np. w piekarni baba przede mną jest najupierdliwszą z bab na świecie i ona akurat musiała tu przyczłapać pół minuty przede mną, PFF. Stoję zatem cierpliwie, słodki brzusio – arbuz na sterydach mi na przemian faluje, boksuje i sztywnieje, ale nic, cierpliwie stoję i słucham:

 

Baba: Proszę pani, ja bym prosiła jakiś chleb na zakwasie.

Pani: Już podaję, żytni, bardzo proszę (pakuje babie prześliczny bochenek)

Baba: Oj, ale proszę mi go pokroić.

Pani: Niestety, nie kroimy chlebów na zakwasie.

Baba: Oooo, a to dlaczego? To będzie dla mnie problem (przysięgam, powiedziała tak. Pewnie ma w domu do krojenia tylko nożyczki)

Pani: Ponieważ one brudzą noże w krajalnicy, lekko je oblepiają, bo te chleby są delikatnie wilgotne (a przez to idealnie autentyczne i zdrowe, Babo, masz pragnienie chleba na zakwasie i nie umiesz se tego zwizualizować???)

Baba: ……………………..??? (wiecie, z tym oburzonym mruganiem powiekami 120x/sek)

Pani: To może zechciałaby pani wziąć z tych już wcześniej pokrojonych? O, mamy je tutaj, są już zafoliowane. O, to jest dokładnie ten sam.

Baba: Oj nieeee, to może jakiś inny.

 

I podczas gdy do mnie podeszła na szczęście inna pani, Baba cały czas kazała se pokazywać kolejne chleby i naprawdę napisałabym, który wybrała, ale musiałam iść.

Oczywiście nadal zachowując błogostan, daję słowo, nic, nuda.

Trochę mi przeszło po tym, jak przemierzałam pół miasta z owocem Morza Bałtyckiego po nawierzchni tak wyboistej, że gdybym nie znała na pamięć tych miejsc, gdzie kostka brukowa jest połatana gęsto położonymi wypustkami asfaltowymi, to trepanacja czaszki murowana. No ale ja jakby wiem, że tam się jedzie 4km/h i cześć. Jezu, jak ja nie znoszę tutejszych badziewiarskich dróg. Gór i dolin. Kostkowych fal Dunaju. Ale co tam, ja nie jestem obywatelką tego regionu, nie muszę świecić oczami za to miasto, ba! Tablic rejestracyjnych nie zmieniłam, wkrótce stąd wyjeżdżam, nie mój cyrk, doprawdy. Jak będę w przededniu terminu porodu, to się przejadę po tym syfie z normalną prędkością i oksytocyna na wywołanie niepotrzebna! Ale teraz, do ciężkiej cholery, nie dziękuję!!

 

No ale cicho, bo się rozpędzam w utracie błogostanu.

Chciałam tylko napisać, że w tej gęstwinie doznań, w tym huraganie emocji, zagryzając BABCIANKI ORKISZOWE z czosnkiem niedźwiedzim (polujcie, naprawdę pycha!), wymyśliłam coś odkrywczego.

Okazało się bowiem, że np. kartonu po mleku nie powinno się wyrzucać do pojemnika na papier, jeno jednak na plastik. A dowiedział się o tym pewien Polak, któremu w Niemczech powiedziano to jakże miłe dla ucha zdanie (patrz tytuł notki). Pomyślałam więc, że każde opakowanie nadające się do recyklingu powinno zamiast jakichś okrężnych strzałek z nikomu nic nie mówiącą cyfrą środku, mieć JEDNO KOLOROWE KÓŁECZKO:

 

Niebieskie to papier

Białe to szkło przezroczyste

Zielone to szkło kolorowe

Żółte to plastik.

 

Niby proste jak drut, ale bądź tu mądry i wyrzuć odpowiednio puszkę, albo metalową nakrętkę od słoika. Jeden fałszywy ruch i bluzgi panów sortowników gotowe.

A tak – wszystko wiadomo, a i planeta zdrowsza.

 

Mój mąż przyznał, że jest to jeden z najlepszych pomysłów ekologicznych, jakie słyszał w życiu (a chwali mnie raz na 19 miesięcy). Ja nawet nie mam teraz za bardzopomysłu gdzie z tym iść i stać się obrzydliwie bogata, więc jeżeli teraz ktoś to wykorzysta i zgarnie na tym fortunę zamiast mnie, to sorry, ale będę musiała walnąć.

 

No.

Idę se przyłożyć chłodny okład gdziekolwiek.

  

 


  • RSS