broszki blog

Twój nowy blog

No, to jeszcze zrobimy szybki songs review i kończymy naszą wspólną zabawę, mates.

Koniec.
Nie dociera do mnie jeszcze, że zakończyła się moja przygoda z systemem.
Po 2 latach, starsza wizualnie o 5, a mentalnie o 17, that’s naprawdę it.

Uroczyście ślubuję, że jeśli kiedykolwiek będę miałą wrócić na ten grunt w charakterze pracownika, to przed wyjściem z domu potrójnie się zastanowię, potem wypiję szklankę wody, policzę do 10, a potem, jak rasowy, szanujący się Kotek Splotek zrobie tak:


(źródło: „Kotek Splotek” – Rob Scotton)

No.
Tyle.

Natomiast przedwczoraj skończyłam „Jeden Dzień” Davida Nicholls’a, polecam bez mrugnięcia okiem, a wczoraj zaczęłam „Makatkę” Grocholi i Szelągowskiej. I jak zaczęłam, tak skończyłam niechętnie po 1-szej w nocy. Co z bólem odczułam dziś wstając o 6 rano, ale czego się nie znosi w imię sympatii do extra babek.
Już to widzę.
Ta książka zrewolucjonizuje moje widzenie relacji matka-córka i to dopiero będzie.

Czasami spotyka się kilka osób, które razem dokonują niemożliwego – coś zaskakuje, jest dobra chemia, podobna wrażliwość i wspólna potrzeba wyrażenia tego, co im tam w duszy podobnie gra. No i  dzieje się, razem zmieniają świat.

I choć etap pt.: Wszystko-jest-do-bani,-tylko-muzyka-może-uratować-ten-porąbany-świat mam już raczej za sobą, to czasami jest mi znowu dziwnie bliski.

Zresztą, wszelki komentarz jest zbędny i nieudolny.

Trzeba posłuchać.

To mamy nowy temat do roztrząsania: Karmienie piersią.


Zastanawia mnie, dlaczego w ostatnich dniach ludzie tak się na to burzą , zamiast na przykład mówić głośno o stanie polskich szpitali, czy choćby gburowatości sprzedawców w polskich sklepach. To powinno budzić niesmak, a nie dbanie o komfort i szczęście niemowląt.

Muszę przyznać, że (prawie) nigdy nie wychodzę z domu bez czegoś do zjedzenia. Tak już mam i cześć. Jeżeli gdzieś w biegu nie zaspokoję nagłego zapotrzebowania energetycznego, marny mój los. I biada każdemu, kto tego prawa chciałby mnie pozbawić.

O każdej porze mamy ten komfort, że wolno nam jeść i pić. Albo po prostu sprawić, ze sięgając po to, na co mamy straszną ochotę, będzie nam lepiej na świecie.

Pamiętam smutną rzeczywistość końca lat 80-tych, kiedy na naszych ulicach ludzie chowali się w bramach, żeby zjeść ciastko, bo ‘na ulicy było głupio i nie wypadało’. Fakt, pamiętam też, że w tych samych czasach znajoma mojej mamy, przebywając z nami na terenie odkrytego basenu ze swoją małą pociechą, udała się w miejsce oddalone od gawiedzi, bo potrzebowała tego rodzaju intymności. Tam, kilkadziesiąt metrów dalej miała gdzie usiąść, miała ciszę i spokój, jednak pozostawała w zasięgu naszego wzroku. I nic się takiego nie stało.

Matki karmiące nie drą się, informując o swoim zajęciu. Nie podtykają też swojej piersi nikomu pod nos, ale najczęściej tylko dyskretnie i częściowo ją odsłaniają. I moim zdaniem nikomu krzywda się nie dzieje. Ba, często karmienie w miejscu publicznym ma na celu zapewnienie spokoju ludziom wokół, bo niemowlę nie może raczej zajarać, żeby się uspokoić (jak robi to wiele burzących się dzisiaj osób, nie zważając na komfort innych), za to bardzo pomaga mu zaspokojenie głodu.


Nie jestem jeszcze mamą, ale pewne rzeczy są dla mnie oczywiste. A skoro nikomu nie przeszkadza widok kobiecych piersi we wszędobylskich reklamach/ magazynach/ filmach itd., to jak może tak strasznie kłuć w oczy tak naturalna czynność, jaką jest karmienie piersią.

Wake up, wecken sie sich, etc. Przecież są naprawdę poważne problemy, którymi należy się zająć.

  

Nie ma się co oszukiwać, jest czerwiec i wszyscy jedzą truskawki. I bardzo dobrze. Truskawki saute, truskawki z makaronem, z makaronem i śmietaną, truskawki z truskawkami, z lodami, bez lodów, z czekoladowym fondue, z kremem na biszkopcie, no sposobów jest mnóstwo. Jednym słowem nuda.

ALE! Odkąd wysłuchałam odcinka Gastrofazy Pawła Lorocha, w którym wygłosił on jakże rewolucyjne a zarazem urzekające w swej prostocie i niepodważalne stwierdzenie, że „Tak tak, drodzy państwo, Truskawki się pieprzy.”, moje życie już nie będzie takie samo. Ponoć jest to bardzo nouvelle, jazzy i w ogóle fjużyn tak robić, ale ja jak dotąd nie miałam odwagi. No ale od czego te dni, których jeszcze nie znamy. Choćbym nie wiem czego dokonała, zawsze będę miała jeszcze coś do zrobienia w życiu: spróbować popieprzonych truskawek.

Ja natomiast ide w tradycyjną dekadencję i stawiam na truskawki z beżową galaretką. Tak tak, BEŻOWĄ.


UWAGA PRZEPIS NA BEŻOWĄ GALARETKĘ:

Wziąć 1 paczkę galaretki bez sztucznych barwników i zalać nią 300g truskawek. VOILA!

Zielona, różowa,pomarańczowa, nawet kurna szafirowa – wszystkie na końcu będą beżowe. Smak jest natomiast już trochę trudniejszy do zidentyfikowania i najlepiej zachować torebkę i od czasu do czasu sprawdzać smak. To tyle, powodzenia.

Lato w ogóle mamy piękne tego roku, chcieliśmy, to mamy.

Oczywiście nowy sezon ogrodniczy rozpoczęłam już po Zimnej Zośce i oto co z tego wynikło, cud natury. Myślę, że doglądanie i oglądanie kwiatów wychodzi mi znacznie lepiej niż gotowanie. I tego się będę trzymać.  


Z ciekawością obserwuję regularnie fakt, że grupą zawodową najbardziej
zadowoloną ze swojej pracy są panowie w odblaskowych ciuchach, przeprowadzający
dzieci na pasach. Często przybijają sobie piątki, witają się (rano) i żegnają „Do
jutra” (po południu) i w ogóle jestem w szoku ile radości może dać
wstrzymywanie ruchu i pełnienie jakże ważnej misji dbania o bezpieczeństwo
ludzi. Jest taki mój ulubieniec, który kłania się kierowcom, jakby razem udało
im się dokonać przełomowego odkrycia, albo co najmniej skutecznie przeszczepić komuś serce. Każdorazowo.
Gdyby inne zawody miały podobne podejście do tego, co robią – świat byłby
znośniejszy.

Zawsze jak stoję na którymś ze stoisk sklepowych i słyszę po
raz kolejny opieprz pod swoim adresem „PROSZĘ!!!” na rozpoczęcie komunikacji
polegającej na wymianie towaru na pieniądze, to mnie szlag trafia. To się
powoli zmienia, ale zbyt wiele osób pracujących u nas w branży usług sprawia
wrażenie, że ich zajęcie jest karą.

Był kiedyś taki market „Berti” w Świnoujściu. Nie wiem, czy
jeszcze istnieje, ale ilekroć na wakacjach udało mi się tam być, pobyt w tym
sklepie – zwykłych niby delikatesach, ale bardzo estetycznych, z uśmiechniętym
personelem – można było traktować jak pobyt w SPA.

Tak że polecam uśmiech, moje drogie panie.

Ryba w piekarniku, można się zabierać do czynności
pobocznych.

Mam na dzisiaj ambitny plan wywalenia minimum 62% rzeczy,
klamotów właściwie, które udało mi się nazbierać przez ostatnie kilka lat. Czeka
nas bowiem przeprowadzka i nie mam zamiaru robić tego na ostatnią chwilę, ani
tym bardziej na nowym miejscu, ‘bo może kiedyś się to przyda’. Plan na dziś
(zresztą identyczny jak tydzień temu, hehe) to być bezduszną, odartą z uczuć i
sentymentów nihilistką, która do szczęścia potrzebuje tylko rzeczy aktualnie
użytkowanych. Mam zamiar wywalić na zbity pysk każdy, nawet najmniejszy skrawek
papieru, lub ubrania, który nie przewinął się przez moje ręce w ciągu ostatniego
roku.

A mam tego sporo. Zastępy papierzysków  i starych magazynów, które milion razy
porządkowałam i układałam na półki, „bo nadejdzie taki czas, że będę z dziką radością
z nich korzystać”.

Basta.

Bibelotów, pukla włosów dziecięcego nie zabierzesz tam,

Skoroszytów i pudełka lakowego nie zabierzesz też.

(K. Nosowska)

 

 

 

Kiedy mi smakuje herbata miętowa, to znaczy, że jest lato.

W ramach wczesnoletnich szaleństw nabyłam żółty cień do powiek, po czym poszłam po rozum do głowy i kupiłam jeszcze taki brzoskwiniowy, żeby chociaż trochę zatuszować fakt, że mi odwaliło. Ale tylko troszeczkę.

Następnie chwyciłam jeszcze pomarańczowy lakier do paznokci, po czym niosłam to wszystko w ultra-żółtej torebecce przez pół skąpanego w słońcu miasta i byłam przeszczęśliwa. I powinno mi to było wystarczyć, ale nie! Oczywiście zapragnęłam prozdrowotnego podejścia do swojego życia i odgruzowaliśmy po zimie rowery. Poślubiony mi kilka lat temu O. aktywne życie zna, z rana często szeleści ortalionem, a basen i biegi do utraty tchu są jakby z lekka wpisane w jego DNA. U mnie, hmm. Jest wręcz przeciwnie.

No, ale co – duch jest, to i hart się znajdzie.

Dziękuję bardzo. 18 km, 90 min jazdy z 2 przystankami na czerwonym świetle i jedną noc później, myślałam, że to raczej koniec. No ale teraz – po przeszło dobie już nawet mi lekko puls zwolnił i jest uroczo.

 Poza tym co – front za frontem, co wieczór trzeba podlewać balkonowy ogród, bazary tętnią jarzynowym życiem, a ja jeszcze nie odważyłam się na któryś wybrać – obawiam się, że kupiłabym wszystko.

 

 

Zmiany, idą zmiany.
Rok szkolny dobiega końca i choć nie jestem już uczennicą, wręcz przeciwnie, cieszę się z tego niezmiernie.
Podobno pisanie bloga jest już demode („De passe”, jak mawiała kiedyś moja urocza znajoma), a to dla mojej przekornej natury jest zdecydowanie silny impuls do założenia go.

Paliwa dostarczają najczęściej nietuzinkowe postaci, najcześciej kobiety.
Kiedyś były „Falbanki”, „Woalki” i „Wachlarze” Siesickiej.
Teraz Brodka, Florence & the Machine, Pati Yang. Kolory, kobiecość, wolność. Taki interaktywny kurs siły życiowej i pozytywnego myślenia, poziom pre-intermediate, w porywach intermediate.
Cel: Proficiency in less than a year :)
Trochę meteorologii.
Trochę obserwacji.
Kilka myśli (jak dobrze pójdzie).
Trochę kuchni.
Trochę koloru.

A może jeszcze coś innego, zobaczymy.


  • RSS