Księżyc ziewa i za chwilę zaśnie

A gdy rano przyjdzie świt

Księżycowi będzie wstyd,

Że on zasnął a nie ty.

 

Ach śpij kochanie.

Jeśli gwiazdkę z nieba chcesz dostaniesz.

Czego pragniesz daj mi znać.

Ja ci wszystko mogę dać.

Więc dlaczego nie chcesz spać???

 

Ach, śpij, bo nocą,

Kiedy gwiazdy się na niebie złocą

Wszystkie dzieci nawet złe,

Pogrążone są we śnie

A ty jedna tylko nie….

 

To właściwie jedyna kołysanka, jaką znam.

Nie jestem taka hardcorowa, żebym w tym momencie życia podejmowała się śpiewania wszystkich trzech zwrotek, staram się dac radę tylko jedną i przysięgam, nie wyrabiam.

Głos mnie się proszę Was łamie, gardło się zaciska, a łzy płyną jak dzikie.

 

Baby blues?

 

Nie wiem.

Długo nie byłam gotowa, aby mieć dzieci.

Nie mieściło mi się w głowie, że skoro mam męża, odwalone 5 lat tzw. kariery zawodowej, to może już byłby na to czas. Nie pamiętam też dokładnego momentu kiedy zdecydowanie poczułam, że jestem gotowa. To były na początku tylko takie chwilowe przebłyski pragnieniowe, takie na 1,5 sekundy, potem coraz częstsze i dłuższe. Aż do totalnego, ciągłego i żarłocznego pragnienia posiadania potomstwa.

Choć takim momentem mogłaby być rozmowa z jednym bardzo mądrym lekarzem, do którego trafiłam całkiem przypadkowo.

Jeden jedyny raz.

I od  tego momentu gotowość rosła w siłę.

 

Ciąża z Lusiami nie była moją pierwszą.

Ponad rok temu, gdzieś tak na miesiąc przed założeniem tego bloga, ta pierwsza zakończyła się niepowodzeniem. Wielkim bólem i kopniakiem w tyłek. Poczuciem totalnej klęski, porażki, niesprawiedliwości itd.

Pół roku później dowiedziałam się, że pojawiły się one.

Lusie.

Były mocne jak diabli od samego początku.

Chodziłam tylko na kolejne wizyty, kontrole, testy i tylko dowiadywałam się, że wszystko jest w najlepszym porządku. Od 17 grudnia, kiedy w tym samym szpitalu, w którym przyszły na świat, zobaczyłam na USG ich pulsujące serca po raz pierwszy. Widok taki, jakby kropla uderzała miarowo o taflę wody. I to był cały obraz ich ciała. Każde po 2 mm.
A potem, kiedy jeździłam Strzegomską po zakupy (po cholernych dziurach) i powtarzałam sobie na głos mantrę jak zaklęcie: URODZĘ DWÓJKĘ ZDROWYCH DZIECI, nie wiem, czy więcej było we mnie strachu, czy nadziei.

 

I teraz, kiedy kołyszę którekolwiek z nich w ramionach, kiedy nie mogą zasnąć i rozpływam się nad ich urodą, fajoskością i wyjątkowością, zastanawiam się, które z nich jest tym bonusem za tamto pierwsze niepowodzenie.

Skąd one się wzięły i gdzie były wcześniej, kiedy nie było ich z nami.

I to jest ten moment, że wymiękam.

Jestem tak rozpieprzona, że aż wstyd.

 

Do tego stopnia, że nie mogę dokończyć jednej jedynej zwrotki tej cholernej, ale jakże pięknej skądinąd kołysanki. Ja – pacyfistka, feministka. Naprawdę, próbowałam wielokrotnie. Nie dam rady dośpiewać czwartego wersu i już.

Acz nie zamierzam ustawać w treningu.

Czy jest na sali lekarz?

Czy to już czas skonsultować się z farmaceutą?

Tak bardzo się bałam.

Umieram ze szczęścia, że wylądowały szczęśliwie.