Nie było mnie chwilę, a wszędzie takie zmiany.

Staram się w wolnych chwilach rozkminić, o co chodzi z tym powszechnym pokazywaniem własnych stóp/ butów/ stóp w butach/ stóp bez butów na blogach i innych przekaźnikach, wszędzie gdzie się tylko da.

Cóż, znowu nie jestem modna, ale wyglądu własnych stóp chciałabym oszczędzić nawet największym wrogom, gdyż obrzęki jakie mnie dopadły w efekcie macierzyństwa jakby nie wpisują się w kanon internetowej perwersji stopowej.

Ale jest coraz lepiej.

Moje nogi mają objętość x5 już tylko od połowy łydki w dół, więc postęp jest.

Jak mi kurna zejdzie już ze stóp, to machne se fote i normalnie wystartuję w jakimś konkursie na zdjęcie stylizacji kończyn dolnych, bo czuję, ze nawet mogłabym się w to wkręcić.

 

Mam za sobą całe 3 godziny snu w nocy, a dzieci słodko śpią olewając porę karmienia, więc jestem świeża jak ranny ptaszek i piszę.

 

No więc po trzech tygodniach przepustki ze szpitala pora była wracać.

Miałam się zgłosić 20-go lipca celem obserwacji pod kątem rozwiązania planowego.

 

W szpitalu było znowu bez sensu.

Jakby trzeba się pogodzić z tym, że pielęgniarkom się nic nie chce, matki wcześniaków nie będą gadać z tymi w 38-mym tygodniu, a te grube nienawidzą tych, które pozostały szczupłe do samego końca i nic nie można na to poradzić.

A potem i tak wszystkie się odwiedzają piętro wyżej na oddziale poporodowym i jest fajnie.

Ale jednak aura na patologii przypomina zakład penitencjarny dla kobiet i tyle.

 

I tak po serii tych samych badań co wcześniej, po milionie odsłuchów tętna dzieci, wydruków KTG, sikania w buteleczki o średnicy 1,5cm oraz prawie codziennych pobieraniach krwi, na kolejnych rannych obchodach słyszałam tylko, że u mnie jest nuda, nic się nie dzieje, a są non stop pilne przypadki, którym trzeba ustąpić.

Nie wiem, czy ja także nie byłam takim przypadkiem, skoro każda położna widząc mój brzuch mówiła JEZUS, PATRZ KRYSIA, WIDZIAŁAŚ JAKI ONA MA TEN BRZUCH WIELKI, KIEDY ONI WRESZCIE PANIĄ POTNĄ???

 

No więc w czwartek na obchodzie mój doktor prowadzący mówi po raz kolejny, że może jutro, a może nie wiadomo kiedy.

No więc ja na to, że sorry, ale ja do jutra nie dam rady i że mają je ze mnie wyciągać, bo wołam kolegów męża zza wschodniej granicy.

Zresztą, dzieci same sobie romantycznie wybrały ten dzień, gdyż poprzedniej nocy to pieprzone KTG pokazywało regularne skurcze o sile 90, więc od razu poszła fama i przyszły wszystkie koleżanki, porozsiadały się wygodnie, a ja pobrawszy od każdej po 2zł (zamiast na telewizor) otrzymałam zakaz jedzenia i picia. No ale do rana się wyciszyło i na tym rannym obchodzie, głodna i wkurzona na maxa jak usłyszałam o MOŻE JUTRZE, to mnie coś strzeliło.

Okazało się, że jednak mam siłę przebicia, bo obchód był o 8.03, a o 9:05 byłam już wieziona na salę operacyjną.

Do męża dzwoniłam mając zakładany cewnik, gdyż miła pani położna zechciała mi przynieść telefon. A potem go odnieść, wraz z biżuterią ślubną, SIADAJ PANI, NIE MA CZASU POŻEGNAĆ SIĘ Z KOLEŻANKAMI Z POKOJU, ANI SPISYWAĆ TERAZ TESTAMENT.

 

No i pojechałam.

10:22 ryk.

O, już pani ma córkę.

 

10:24 ryk.

O, jest i chłopak.

 

I tak leżąc krzyżem, podpięta na wszystkich kończynach do różnego badziewia, w towarzystwie anestezjolog, której pięknej i szlachetnej twarzy nigdy nie zapomnę i nigdy nie wybaczę sobie, ze nie spytałam, jak ma na imię, powitałam swoje dzieci raczej bez makijażu oraz z fryzurą z marca (ale za to bieżącego roku!)

Pobytu na sali wybudzeń i pierwszej pionizacji po 8 godzinach wolę nie pamiętać, więc może ten fragmencik ominę.

 

Następnego dnia zwalono mnie już z łóżka na poważnie i kazano przejść z dziećmi na normalną salę.

A tam już tylko błogosławiony rooming i sama się zajmuj pociechami przez całą dobę, jak już koniecznie chciałaś mieć dzieci.

Przez 4 dni O. wychodził od nas o 22:09, a dla mnie zaczynała się zabawa do rana.

Przekonałam się, że MOŻNA nie zmrużyć oka przez 4 doby, naprawdę.

 

Dzieci były gotowe do wypisu dzień wcześniej, ale musiały poczekać na mamunię do wtorku, gdyż ze względu na kolor mej skóry (biało zielony, ale jednak pełna dyskryminacja) nie chciano mnie raczej wypuścić.

 

Więc znowu musiałam wziąć sprawę w swoje ręce, walnąć se 3 warstwy różu bourjois, a potem zapewnić lekarza, że jeśli potrzymają mnie tutaj jeszcze jeden dzień dłużej, podając codziennie na śniadanie bułkę z kosteczką margaryny i łyżeczką marmolady, a na obiad makaron z koncentratem pomidorowym, to na pewno będą mieli kłopot z utrzymaniem mnie przy życiu, więc wybór należy do was, mili państwo.

 

No i nas puścili.

No i nie za bardzo wiem, co dalej.

 

Córcia jest totalnie bezproblemowa.

Nakarmiona i przewinięta śpi snem sprawiedliwego, praktycznie nie zawraca nam głowy swoimi ewentualnymi rozterkami. Zdaje się w pełni rozumieć, że my mamy także swoje zainteresowania i szanuje to.

 

Synek natomiast to urodzony buntownik. Chyba nie z wyboru.

Nie lubi swojego kocyka, nie lubi swoich śpiochów, nie lubi się budzić, ani zasypiać, po własnym kichnięciu popada w czarną rozpacz, a ruch powietrza przyprawia go o atak szału tak wielki, że gdyby tylko miał siłę i dał rade zapanować nad nieskoordynowanymi ruchami własnych rąk, to chyba wystrzelałby wszystkich, włącznie ze swoimi protoplastami.

Za to dobrze reaguje na dźwięki, szczególnie niskie tony.

Skubany słyszy nawet moje burczenie w brzuchu i jako ze sam cierpi na mordercze kolki, okazuje mi wtedy taką empatię i obdarza takim wzrokiem pełnym zrozumienia WOW, TOBIE TEŻ TAK LATA, MAM DOKŁADNIE TO SAMO.

 

No i tak sobie żyjemy.

Nie za bardzo da się odróżniać dzień od nocy, czas upływa na 2-godzinnych okresach powtarzania tego samego przez całą dobę.

 

Tylko raz wyłoniłam się z mieszkania niczym zombie, dałam se zdjąć szew, kupiłam se 3 sukienki i witaminy dla dzieci i to by było na tyle jeśli chodzi o pierwsze chwile wolności.

Zwieńczone zresztą doczłapaniem na chatę na czworakach, ale jakoś poszło.

 

No i nie można nie wspomnieć, jak wielkie zmiany zaszły we mnie po narodzinach dzieci.

Mieszkamy jakby na ostatnim piętrze, balkon bez daszku, częste wizyty gołębi w celach spacerowo-wydalniczych.

Raz jak mi rok temu narobiły na wypraną pościel, to pranie suszyło się tylko wewnątrz.

 

Dziś natomiast w obliczu ilości prania i obłędnego słońca z ust mych korali padły następujące, przełomowe słowa:

SRAŁ PIES, ŻE PTAKI SRAJĄ.

Ważne, żeby kocyki szybko wyschły, co nie???