broszki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2012

I ja postanowiłam spróbować.
Od dziś zapraszam pod nowy adres:


http://born-dancin.blogspot.com

Do zobaczenia, pozdrawiam ciepło.
broszki

Księżyc ziewa i za chwilę zaśnie

A gdy rano przyjdzie świt

Księżycowi będzie wstyd,

Że on zasnął a nie ty.

 

Ach śpij kochanie.

Jeśli gwiazdkę z nieba chcesz dostaniesz.

Czego pragniesz daj mi znać.

Ja ci wszystko mogę dać.

Więc dlaczego nie chcesz spać???

 

Ach, śpij, bo nocą,

Kiedy gwiazdy się na niebie złocą

Wszystkie dzieci nawet złe,

Pogrążone są we śnie

A ty jedna tylko nie….

 

To właściwie jedyna kołysanka, jaką znam.

Nie jestem taka hardcorowa, żebym w tym momencie życia podejmowała się śpiewania wszystkich trzech zwrotek, staram się dac radę tylko jedną i przysięgam, nie wyrabiam.

Głos mnie się proszę Was łamie, gardło się zaciska, a łzy płyną jak dzikie.

 

Baby blues?

 

Nie wiem.

Długo nie byłam gotowa, aby mieć dzieci.

Nie mieściło mi się w głowie, że skoro mam męża, odwalone 5 lat tzw. kariery zawodowej, to może już byłby na to czas. Nie pamiętam też dokładnego momentu kiedy zdecydowanie poczułam, że jestem gotowa. To były na początku tylko takie chwilowe przebłyski pragnieniowe, takie na 1,5 sekundy, potem coraz częstsze i dłuższe. Aż do totalnego, ciągłego i żarłocznego pragnienia posiadania potomstwa.

Choć takim momentem mogłaby być rozmowa z jednym bardzo mądrym lekarzem, do którego trafiłam całkiem przypadkowo.

Jeden jedyny raz.

I od  tego momentu gotowość rosła w siłę.

 

Ciąża z Lusiami nie była moją pierwszą.

Ponad rok temu, gdzieś tak na miesiąc przed założeniem tego bloga, ta pierwsza zakończyła się niepowodzeniem. Wielkim bólem i kopniakiem w tyłek. Poczuciem totalnej klęski, porażki, niesprawiedliwości itd.

Pół roku później dowiedziałam się, że pojawiły się one.

Lusie.

Były mocne jak diabli od samego początku.

Chodziłam tylko na kolejne wizyty, kontrole, testy i tylko dowiadywałam się, że wszystko jest w najlepszym porządku. Od 17 grudnia, kiedy w tym samym szpitalu, w którym przyszły na świat, zobaczyłam na USG ich pulsujące serca po raz pierwszy. Widok taki, jakby kropla uderzała miarowo o taflę wody. I to był cały obraz ich ciała. Każde po 2 mm.
A potem, kiedy jeździłam Strzegomską po zakupy (po cholernych dziurach) i powtarzałam sobie na głos mantrę jak zaklęcie: URODZĘ DWÓJKĘ ZDROWYCH DZIECI, nie wiem, czy więcej było we mnie strachu, czy nadziei.

 

I teraz, kiedy kołyszę którekolwiek z nich w ramionach, kiedy nie mogą zasnąć i rozpływam się nad ich urodą, fajoskością i wyjątkowością, zastanawiam się, które z nich jest tym bonusem za tamto pierwsze niepowodzenie.

Skąd one się wzięły i gdzie były wcześniej, kiedy nie było ich z nami.

I to jest ten moment, że wymiękam.

Jestem tak rozpieprzona, że aż wstyd.

 

Do tego stopnia, że nie mogę dokończyć jednej jedynej zwrotki tej cholernej, ale jakże pięknej skądinąd kołysanki. Ja – pacyfistka, feministka. Naprawdę, próbowałam wielokrotnie. Nie dam rady dośpiewać czwartego wersu i już.

Acz nie zamierzam ustawać w treningu.

Czy jest na sali lekarz?

Czy to już czas skonsultować się z farmaceutą?

Tak bardzo się bałam.

Umieram ze szczęścia, że wylądowały szczęśliwie.

 

 

Nie było mnie chwilę, a wszędzie takie zmiany.

Staram się w wolnych chwilach rozkminić, o co chodzi z tym powszechnym pokazywaniem własnych stóp/ butów/ stóp w butach/ stóp bez butów na blogach i innych przekaźnikach, wszędzie gdzie się tylko da.

Cóż, znowu nie jestem modna, ale wyglądu własnych stóp chciałabym oszczędzić nawet największym wrogom, gdyż obrzęki jakie mnie dopadły w efekcie macierzyństwa jakby nie wpisują się w kanon internetowej perwersji stopowej.

Ale jest coraz lepiej.

Moje nogi mają objętość x5 już tylko od połowy łydki w dół, więc postęp jest.

Jak mi kurna zejdzie już ze stóp, to machne se fote i normalnie wystartuję w jakimś konkursie na zdjęcie stylizacji kończyn dolnych, bo czuję, ze nawet mogłabym się w to wkręcić.

 

Mam za sobą całe 3 godziny snu w nocy, a dzieci słodko śpią olewając porę karmienia, więc jestem świeża jak ranny ptaszek i piszę.

 

No więc po trzech tygodniach przepustki ze szpitala pora była wracać.

Miałam się zgłosić 20-go lipca celem obserwacji pod kątem rozwiązania planowego.

 

W szpitalu było znowu bez sensu.

Jakby trzeba się pogodzić z tym, że pielęgniarkom się nic nie chce, matki wcześniaków nie będą gadać z tymi w 38-mym tygodniu, a te grube nienawidzą tych, które pozostały szczupłe do samego końca i nic nie można na to poradzić.

A potem i tak wszystkie się odwiedzają piętro wyżej na oddziale poporodowym i jest fajnie.

Ale jednak aura na patologii przypomina zakład penitencjarny dla kobiet i tyle.

 

I tak po serii tych samych badań co wcześniej, po milionie odsłuchów tętna dzieci, wydruków KTG, sikania w buteleczki o średnicy 1,5cm oraz prawie codziennych pobieraniach krwi, na kolejnych rannych obchodach słyszałam tylko, że u mnie jest nuda, nic się nie dzieje, a są non stop pilne przypadki, którym trzeba ustąpić.

Nie wiem, czy ja także nie byłam takim przypadkiem, skoro każda położna widząc mój brzuch mówiła JEZUS, PATRZ KRYSIA, WIDZIAŁAŚ JAKI ONA MA TEN BRZUCH WIELKI, KIEDY ONI WRESZCIE PANIĄ POTNĄ???

 

No więc w czwartek na obchodzie mój doktor prowadzący mówi po raz kolejny, że może jutro, a może nie wiadomo kiedy.

No więc ja na to, że sorry, ale ja do jutra nie dam rady i że mają je ze mnie wyciągać, bo wołam kolegów męża zza wschodniej granicy.

Zresztą, dzieci same sobie romantycznie wybrały ten dzień, gdyż poprzedniej nocy to pieprzone KTG pokazywało regularne skurcze o sile 90, więc od razu poszła fama i przyszły wszystkie koleżanki, porozsiadały się wygodnie, a ja pobrawszy od każdej po 2zł (zamiast na telewizor) otrzymałam zakaz jedzenia i picia. No ale do rana się wyciszyło i na tym rannym obchodzie, głodna i wkurzona na maxa jak usłyszałam o MOŻE JUTRZE, to mnie coś strzeliło.

Okazało się, że jednak mam siłę przebicia, bo obchód był o 8.03, a o 9:05 byłam już wieziona na salę operacyjną.

Do męża dzwoniłam mając zakładany cewnik, gdyż miła pani położna zechciała mi przynieść telefon. A potem go odnieść, wraz z biżuterią ślubną, SIADAJ PANI, NIE MA CZASU POŻEGNAĆ SIĘ Z KOLEŻANKAMI Z POKOJU, ANI SPISYWAĆ TERAZ TESTAMENT.

 

No i pojechałam.

10:22 ryk.

O, już pani ma córkę.

 

10:24 ryk.

O, jest i chłopak.

 

I tak leżąc krzyżem, podpięta na wszystkich kończynach do różnego badziewia, w towarzystwie anestezjolog, której pięknej i szlachetnej twarzy nigdy nie zapomnę i nigdy nie wybaczę sobie, ze nie spytałam, jak ma na imię, powitałam swoje dzieci raczej bez makijażu oraz z fryzurą z marca (ale za to bieżącego roku!)

Pobytu na sali wybudzeń i pierwszej pionizacji po 8 godzinach wolę nie pamiętać, więc może ten fragmencik ominę.

 

Następnego dnia zwalono mnie już z łóżka na poważnie i kazano przejść z dziećmi na normalną salę.

A tam już tylko błogosławiony rooming i sama się zajmuj pociechami przez całą dobę, jak już koniecznie chciałaś mieć dzieci.

Przez 4 dni O. wychodził od nas o 22:09, a dla mnie zaczynała się zabawa do rana.

Przekonałam się, że MOŻNA nie zmrużyć oka przez 4 doby, naprawdę.

 

Dzieci były gotowe do wypisu dzień wcześniej, ale musiały poczekać na mamunię do wtorku, gdyż ze względu na kolor mej skóry (biało zielony, ale jednak pełna dyskryminacja) nie chciano mnie raczej wypuścić.

 

Więc znowu musiałam wziąć sprawę w swoje ręce, walnąć se 3 warstwy różu bourjois, a potem zapewnić lekarza, że jeśli potrzymają mnie tutaj jeszcze jeden dzień dłużej, podając codziennie na śniadanie bułkę z kosteczką margaryny i łyżeczką marmolady, a na obiad makaron z koncentratem pomidorowym, to na pewno będą mieli kłopot z utrzymaniem mnie przy życiu, więc wybór należy do was, mili państwo.

 

No i nas puścili.

No i nie za bardzo wiem, co dalej.

 

Córcia jest totalnie bezproblemowa.

Nakarmiona i przewinięta śpi snem sprawiedliwego, praktycznie nie zawraca nam głowy swoimi ewentualnymi rozterkami. Zdaje się w pełni rozumieć, że my mamy także swoje zainteresowania i szanuje to.

 

Synek natomiast to urodzony buntownik. Chyba nie z wyboru.

Nie lubi swojego kocyka, nie lubi swoich śpiochów, nie lubi się budzić, ani zasypiać, po własnym kichnięciu popada w czarną rozpacz, a ruch powietrza przyprawia go o atak szału tak wielki, że gdyby tylko miał siłę i dał rade zapanować nad nieskoordynowanymi ruchami własnych rąk, to chyba wystrzelałby wszystkich, włącznie ze swoimi protoplastami.

Za to dobrze reaguje na dźwięki, szczególnie niskie tony.

Skubany słyszy nawet moje burczenie w brzuchu i jako ze sam cierpi na mordercze kolki, okazuje mi wtedy taką empatię i obdarza takim wzrokiem pełnym zrozumienia WOW, TOBIE TEŻ TAK LATA, MAM DOKŁADNIE TO SAMO.

 

No i tak sobie żyjemy.

Nie za bardzo da się odróżniać dzień od nocy, czas upływa na 2-godzinnych okresach powtarzania tego samego przez całą dobę.

 

Tylko raz wyłoniłam się z mieszkania niczym zombie, dałam se zdjąć szew, kupiłam se 3 sukienki i witaminy dla dzieci i to by było na tyle jeśli chodzi o pierwsze chwile wolności.

Zwieńczone zresztą doczłapaniem na chatę na czworakach, ale jakoś poszło.

 

No i nie można nie wspomnieć, jak wielkie zmiany zaszły we mnie po narodzinach dzieci.

Mieszkamy jakby na ostatnim piętrze, balkon bez daszku, częste wizyty gołębi w celach spacerowo-wydalniczych.

Raz jak mi rok temu narobiły na wypraną pościel, to pranie suszyło się tylko wewnątrz.

 

Dziś natomiast w obliczu ilości prania i obłędnego słońca z ust mych korali padły następujące, przełomowe słowa:

SRAŁ PIES, ŻE PTAKI SRAJĄ.

Ważne, żeby kocyki szybko wyschły, co nie???

    

Słuchajcie, są!
Od czwartku z nami na świecie, od wczoraj z nami w domu.


Luś (3040g)


Lusia (2450g)

I co?
Nie wiem jak to sie robi, że się ma 3 minuty wolnego.
Wyjątkiem jest ta chwila, że moje dzieci przepraszają, ale śpią.
Ale przyszykuje jakąś notkę genesis, dam radę!!!
(Dzięki za wszystkie kciuki, ufff, wylądowały).
(Są najcudniejsze).
(I się popłakała).


  • RSS