Może nic jeszcze nie wiem o życiu, może.

Nie wykluczam tego przecież.

Może nie wiem, dokąd tupta nocą jeż i jakie są znane miasta w Malezji.

Trudno, może życie mnie tego jeszcze nauczy.

 

Natomiast na pewno wiem, jak to jest być w ciąży bliźniaczej donoszonej.

Doleżanej właściwie, ale naprawdę, nie czepiajmy się.

 

Przede wszystkim bardzo chce się jeść.

Naprawdę, to niesprawiedliwe, że niektóre dziewczyny w 3cim trymestrze jedzą tylko kromeczkę z twarożkiem na obiad, bo więcej się nie mieści. O. już gdzieś tak ze trzy miesiące temu patrzył z niekłamanym respektem, że potrafię szybciej niż on wciągnąć talerz strogonowa z kaszą i rozglądać się zaraz za jakąś czekoladką. Tak jest do dziś. Dzień konsumpcyjny kończę kolacją o 22.00, a budzę się z dzikim ssaniem z głodu o 6:30.

(może stąd moja chudość, bo np. Krzysiu Ibisz mówi, że je brązowy makaron o godz. 23, żeby ciało nigdy nie było głodne i żeby się nie uczyło panicznie odkładać tłuszczu na gorsze czasy).

 

Poza tym bardzo chce się spać.

Może nie tyle chodzi się sennym, co wystarczy przyłożyć głowę do poduszki i zapaść w słodką drzemkę o dowolnej porze dnia, czasem nawet kilka razy. Mimo przesypiania całych nocy (ostatnie takie doznania, wiem, doceniam).

 

Doceniam też mojego syna, który tylko raz przywalił mi w bok (ale jak!), poza tym pływa sobie z gracją, delikatnie i z dystynkcją godną szacunku dla matki,  oraz córkę, która co prawda ciągle kopie po pęcherzu i ma (nerwową?) czkawkę, natomiast imponuje mi jej zatwardziałość i charakter, nieugiętość w ułożeniu pośladkowym (tyłkiem do wyjścia), czym dobitnie wyraża swój stosunek do tego świata. Jak to możliwe, że one już są bardziej asertywne niż ja? Daj Boże, mają to po swoim ojcu.

 

Co jeszcze.

Aha, nie da się chodzić.

Ani odwrócić na drugi bok bez uprzedniego wstania, potwierdzam.

Żeby po wstaniu ruszyć z miejsca, podnieść stopę o 2 cm, trzeba przekroczyć próg takiego bólu, jakby się miało kości i stawy doszczętnie poharatane i zmiażdżone. A żeby zdjąć/ nałożyć lewą nogawkę, trzeba się 5x dobrze zastanowić czy ta czynność ma sens, bo powtórzenie jej skutkuje kolejnym jękiem bezsilności i niedowładu.

 

Także, należy wykazać się ogromem cierpliwości w kwestii dostawy ubrań z góry.

Opis żądanej bluzeczki, choćby był nie wiem jak bogaty w opis kroju, faktury materiału, dokładną lokalizację na półce oraz opis koloru niemal jak z kodów RGB, zawsze okazuje się mglisty i zbyt mało dokładny. I nawet jak poprosicie o bluzkę z krótkim rękawkiem, mięciutką bawełnianą, z czarną aplikacją z przodu i w kolorze gorzkiej czekolady o zawartości kakao minimum 90%, istnieje duuuże ryzyko, że zostaną Wam przyniesione: popielaty golfik z długim rękawem, beżowy gładki T-shirt oraz  cienki czarny dzianinowy blezerek. ŻEBY BYŁO W CZYM WYBRAĆ, BO TAM SIĘ I TAK W NICZYM NIE MOŻNA POŁAPAĆ. Jezusss.

 

Poza tym ma się piękne, błyszczące i gęste jak przed studiami włosy, pokorę wobec świata i Natury oraz przebłyski pewności, że może jednak będzie fajnie, mimo tej początkowej rewolucji odbierającej resztki sił, cierpliwości i zdrowych zmysłów, co tak wielu już nam naobiecywało.

Że może niedługo dam radę bez grymasu bólu ubrać się w normalne ciuchy, PÓJŚĆ NA SPACER, porozciągać się w miejscu publicznym na karimacie, wskoczyć na rower, zapiąć se turkusowe sandałki, iść po świeże kwiaty, spotkać się z koleżanką, podotykać se filiżanki w Home&You, potem usiąść na kawie, upiec ciastka i nikt mi nie powie, że to w mojej sytuacji niebezpieczne.

Bo bycie kobietą było i jeszcze cały czas jest dla mnie w tej ciąży niebezpieczne.

Poza tym, jak dotąd bajka i wszystko jak w zegarku. Szwajcarskim.

 

A co jest po drugiej stronie rzeki?

Sorry, naprawdę nie mam pojęcia.