Ale się panie znowu zrobił cyrk z tymi turystami.

Mam taką filozofię, że nie wiem, co by się musiało stać, żebym skorzystała z usług biura podróży (a już w krajach europejskich to dla mnie totalne nieporozumienie). Żeby se nałożyć kajdany w postaci zbiórek na zawołanie, jedzenia na rozkaz, bo już autokar gotowy, czy zwiedzania danego miejsca koniecznie we wtorek, kiedy ja bym wolała np. następnego dnia. I kiedy słucham opowieści o wspaniałym rozwiązaniu 7+7, gdzie pierwszy tydzień biega się będąc poganianym batem przez przewodnika, a drugi się leży bykiem na plaży, to mnie skręca.

 

Nasza ulubiona do tej pory wycieczka, do Chorwacji, polegała na rezerwacji 3 noclegów na wyspie Krk, z opcją zwinięcia się i ruszenia dalej w razie niezadowolenia. Oczywiście było tam tak super, że zostaliśmy w tej bazie do końca, jednak każdy dzień spędzając w innej miejscowości, TAM GDZIE (jeśli w ogóle) MIELIŚMY OCHOTĘ. W końcu od czego są przewodniki Pascala, ja się pytam.

Ja muszę wiedzieć, że jak będę potrzebować 15 minut, żeby ładnie skadrować kotecka przyłapanego na drzemce pod liśćmi winogron, to mnie nikt nie będzie poganiał.

 

No i jeszcze ta bezcenna pewność, że jak będę chciała pizzę z czosnkiem i rukolą, albo ciastko z kefirem na obiad dopiero o 18.00, to nikt mi nie poda baraniny o 14.00 w 30stC mówiąc, że zapłacone.

Nie, nie und noch einmal nie.

Brrrrrr.

 

No ale w tym roku wczasów nie będzie, HHHHEHEHEE.

W ogóle, mogę z pewnością powtórzyć za Bogusławem Lindą, że już nigdy nie będzie takiego lata.

O. doznał w tym roku istnego amoku owocowego.

Naznosił z warzywniaka 47 gatunków owoców i żąda odpowiedzi na trudne pytania typu Dlaczego ja tego wszystkiego nie zjadłam w ciągu godziny.

W domu opętańczo pachnie kompotem, tym razem w wersji agrest + czerwona porzeczka + jabłka, więc jakby będę kończyć, aby iść pić i nie oszaleć od ślinotoku.

 

Taak, kompot to zdecydowanie moja koncepcja na tegoroczne lato.