Żyję żyję, ale ledwo.

Dzisiejsze badanie kontrolne wskazuje na ciszę na morzu i stan rzeczy całkiem przyzwoity.

Leżymy więc dalej, wmawiając sobie, że nas to nie rusza, to wyłączenie z życia któryś już miesiąc.

Tydzień spędzony w domu zaowocował troszkę poczuciem balansu i luksusu, a troszkę skrajnym rozdygotaniem. Jak to pod koniec ciąży.

Szczególnie w taki dzień jak wczoraj, kiedy to zapanowała gęsta szaruga,  grzmiało i lało bez przerwy w godzinach 9 rano – 23.00, zaczęło docierać do mnie, że to już naprawdę za chwilę.

Że tak, jak śpiewa Roguc na najnowszej płycie, nie ma już nic po tamtej stronie.

Że wyczerpałam już limit dni, które oznaczały beztroskę, brak uwiązania, nieprzyzwoicie częste nabywanie biletów na koncerty, chwycenie kluczyków i pojechanie se dokądkolwiek, ot tak, żeby się odciąć, czy możliwość odwalenia zacnej drzemki o dowolnej porze.

 

I że jak dostanę te dzieci pod pachę, to zupełnie nie będę wiedziała, co się z nimi robi.

I jeszcze że im powyrywam rączki ze stawów przy zakładaniu rękawków.

Takie o, jednodniowe rozpieprzenie, po którym dziś nie ma większego śladu (bo dziś mogę rozdawać optymizm na prawo i lewo – AAAHAAAHAHA! dobre).

 

Jezus, no i popłakałam się nad kolacją.

 

- Co jest, boli coś? – zainteresował się O.

- Nie – grymas wykrzywił mi twarz.

- Skurcze?

- Nie – pisnęłam, a łzy tryskały we wszystkie strony.

- Kopią/ dźgają/ oddychać nie dają?

- Nie.

- To już nie wiem. – no halo, a meandry kobiecej psychiki???

- Przerażenie ogólne, tyle.


Przerażenis ogólnis
, kurna, oporne na działanie farmakologii, wizualizacji i afirmacji. 

Po chwili tej słabości i poddaniu się fali nostalgii i strachu, a dodatkowo na widok męża prasującego całą wyprawkę dla naszych potomków, zaobserwowałam u siebie wszystkie te powyższe dolegliwości, o które tenże wcześniej mnie podejrzewał. NARAZ oraz dość zintensyfikowane. Stwierdziłam, że jeżeli zaraz się nie uspokoję, to zaraz mnie znowu odwiezie.

 

I tu oblubieńcowi memu zapaliła się nad głową żaróweczka.

Odłożył żelazko na bok i pobiegł na górę z wiele obiecującym hasłem na ustach: MAM POMYSŁ.

Wrócił po chwili mówiąc, że miałam dostać na urodziny, ale już trudno, masz teraz.

Po czym podał mi nowy, świeżutki egzemplarz Lubiewa bez Cenzury, którego nawet ocenzurowanego nie czytałam, a miałam na niego niemałą chrapkę. Szczególnie po tym, jak odpadłam po lekturze Drwala i zapragnęłam przeczytać wszystko, co wyszło spod pióra Witkowskiego.

 

No i już.

30 stron łyknięte duszkiem i luz.

Tak oto mój mąż zatrzymał przedwczesną akcję porodową Lubiewem, czego i Państwu życzę, pozdrowień moc załączając.