broszki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2012

Może nic jeszcze nie wiem o życiu, może.

Nie wykluczam tego przecież.

Może nie wiem, dokąd tupta nocą jeż i jakie są znane miasta w Malezji.

Trudno, może życie mnie tego jeszcze nauczy.

 

Natomiast na pewno wiem, jak to jest być w ciąży bliźniaczej donoszonej.

Doleżanej właściwie, ale naprawdę, nie czepiajmy się.

 

Przede wszystkim bardzo chce się jeść.

Naprawdę, to niesprawiedliwe, że niektóre dziewczyny w 3cim trymestrze jedzą tylko kromeczkę z twarożkiem na obiad, bo więcej się nie mieści. O. już gdzieś tak ze trzy miesiące temu patrzył z niekłamanym respektem, że potrafię szybciej niż on wciągnąć talerz strogonowa z kaszą i rozglądać się zaraz za jakąś czekoladką. Tak jest do dziś. Dzień konsumpcyjny kończę kolacją o 22.00, a budzę się z dzikim ssaniem z głodu o 6:30.

(może stąd moja chudość, bo np. Krzysiu Ibisz mówi, że je brązowy makaron o godz. 23, żeby ciało nigdy nie było głodne i żeby się nie uczyło panicznie odkładać tłuszczu na gorsze czasy).

 

Poza tym bardzo chce się spać.

Może nie tyle chodzi się sennym, co wystarczy przyłożyć głowę do poduszki i zapaść w słodką drzemkę o dowolnej porze dnia, czasem nawet kilka razy. Mimo przesypiania całych nocy (ostatnie takie doznania, wiem, doceniam).

 

Doceniam też mojego syna, który tylko raz przywalił mi w bok (ale jak!), poza tym pływa sobie z gracją, delikatnie i z dystynkcją godną szacunku dla matki,  oraz córkę, która co prawda ciągle kopie po pęcherzu i ma (nerwową?) czkawkę, natomiast imponuje mi jej zatwardziałość i charakter, nieugiętość w ułożeniu pośladkowym (tyłkiem do wyjścia), czym dobitnie wyraża swój stosunek do tego świata. Jak to możliwe, że one już są bardziej asertywne niż ja? Daj Boże, mają to po swoim ojcu.

 

Co jeszcze.

Aha, nie da się chodzić.

Ani odwrócić na drugi bok bez uprzedniego wstania, potwierdzam.

Żeby po wstaniu ruszyć z miejsca, podnieść stopę o 2 cm, trzeba przekroczyć próg takiego bólu, jakby się miało kości i stawy doszczętnie poharatane i zmiażdżone. A żeby zdjąć/ nałożyć lewą nogawkę, trzeba się 5x dobrze zastanowić czy ta czynność ma sens, bo powtórzenie jej skutkuje kolejnym jękiem bezsilności i niedowładu.

 

Także, należy wykazać się ogromem cierpliwości w kwestii dostawy ubrań z góry.

Opis żądanej bluzeczki, choćby był nie wiem jak bogaty w opis kroju, faktury materiału, dokładną lokalizację na półce oraz opis koloru niemal jak z kodów RGB, zawsze okazuje się mglisty i zbyt mało dokładny. I nawet jak poprosicie o bluzkę z krótkim rękawkiem, mięciutką bawełnianą, z czarną aplikacją z przodu i w kolorze gorzkiej czekolady o zawartości kakao minimum 90%, istnieje duuuże ryzyko, że zostaną Wam przyniesione: popielaty golfik z długim rękawem, beżowy gładki T-shirt oraz  cienki czarny dzianinowy blezerek. ŻEBY BYŁO W CZYM WYBRAĆ, BO TAM SIĘ I TAK W NICZYM NIE MOŻNA POŁAPAĆ. Jezusss.

 

Poza tym ma się piękne, błyszczące i gęste jak przed studiami włosy, pokorę wobec świata i Natury oraz przebłyski pewności, że może jednak będzie fajnie, mimo tej początkowej rewolucji odbierającej resztki sił, cierpliwości i zdrowych zmysłów, co tak wielu już nam naobiecywało.

Że może niedługo dam radę bez grymasu bólu ubrać się w normalne ciuchy, PÓJŚĆ NA SPACER, porozciągać się w miejscu publicznym na karimacie, wskoczyć na rower, zapiąć se turkusowe sandałki, iść po świeże kwiaty, spotkać się z koleżanką, podotykać se filiżanki w Home&You, potem usiąść na kawie, upiec ciastka i nikt mi nie powie, że to w mojej sytuacji niebezpieczne.

Bo bycie kobietą było i jeszcze cały czas jest dla mnie w tej ciąży niebezpieczne.

Poza tym, jak dotąd bajka i wszystko jak w zegarku. Szwajcarskim.

 

A co jest po drugiej stronie rzeki?

Sorry, naprawdę nie mam pojęcia.

   

Na drodze poszukiwań remedium na daną mi natenczas nieznośną ciężkość bytu jest produkt o następującej formule:

 

Cukier, syrop glukozowy, mleko w proszku odtłuszczone, masło, aromat.

 

Czyli innymi słowy nieprzyzwoicie słodka KRÓWKA MLECZNA w liczbie zdecydowanie większej niż jedna.

Byłam dziś na kontroli i dziękuję bardzo za niezmiennie pozytywne wieści, natomiast w obliczu noszenia dzieci o masie 2700 i 2300 plus dwa łożyska, żądam cukru i to żądam go teraz.
Pierwszy raz nie dałam rady samodzielnie zejść z WIADOMEGO FOTELA, wobec czego doktor ruszył na ratunek, wobec czego ja przeprosiłam za kłopot i niezdarnośc, na co on, że spoko, JA TEŻ JAK DOTĄD NIE ŚCIĄGAŁEM TRÓJKI, I TAK JEST PANI ŻE TAK POWIEM DZIELNA. (Młodzian w zastępstwie, bo mojemu lekarzowi zamarzył się urlop).

No anyway, 5kg dziecka jak w pysk strzelił. Powiem szczerze, że to sporo jak na moje wyobrażenie o własnych możliwościach.

A jednak.

No to co.

Odpoczywany sobie dalej i rośniemy.

Tzn. dzieci, bo na mnie rozmiar 36 wisi.

No i za wszystko powyższe jestem strasznie wdzięczna losowi, co nie zmienia faktu, że lekko mi kolanka latają ze strachu, nie?. Zrobiłam bowiem małe śledztwo i wychodzi na to, że po tym jak już mnie rozkroją na pół, będę przez 3 dni dostawać tylko zupy mleczne oraz kleiki czy inne kaszki, w związku z czym albo pozwolą mi na suchary z wodą, albo dzieciom mym ostanie się na tym świecie jeno ojciec, bo ja zejdę z głodu.

 

A w międzyczasie, najadając się rzecz jasna non stop na zapas, zostałam urodzinowo obdarowana całą ofertą piśmienniczą Michała Witkowskiego, więc literaturę niemowlęcą niniejszym odstawiam. Więcej już nie dam rady przyswoić, choć i tak na pewno nie wiem jeszcze nic.

Zaczęłam zatem od Fototapety.

FAN-TAS-TIK.

Moja bajka zdecydowanie.

 

Oj, i upadł mi papierek po krówce.

Trudno, jestem w takim momencie życia, że jak coś upadnie to musi leżeć i czekać, aż podniesie to ktoś inny. Sama rozkosz, polecam.

  

Okazało się, że szaleć można także leżąc na lewym boku, a jakże!

Np. naleśniki z serem, orzechami, z bakaliami i jagodami – oszalałam.
Sałatka z 2 dojrzałych nektaryn i bananka – oszalałam.
Botwinka mojego męża – jak wyżej.
Super mecz finałowy Radwańskiej.

No a do tego transmisje online koncertów na Open’erze!
Wczoraj Nosowska, za chwilę Bat for Lashes!!!
I przyszło nagle takie powietrze, że dla odmiany od balkonu zawiewa jak z klimy.

Może jestem stara i mniej wymagam od życia, ale tu i teraz nic więcej mi nie trzeba :-)

Ale się panie znowu zrobił cyrk z tymi turystami.

Mam taką filozofię, że nie wiem, co by się musiało stać, żebym skorzystała z usług biura podróży (a już w krajach europejskich to dla mnie totalne nieporozumienie). Żeby se nałożyć kajdany w postaci zbiórek na zawołanie, jedzenia na rozkaz, bo już autokar gotowy, czy zwiedzania danego miejsca koniecznie we wtorek, kiedy ja bym wolała np. następnego dnia. I kiedy słucham opowieści o wspaniałym rozwiązaniu 7+7, gdzie pierwszy tydzień biega się będąc poganianym batem przez przewodnika, a drugi się leży bykiem na plaży, to mnie skręca.

 

Nasza ulubiona do tej pory wycieczka, do Chorwacji, polegała na rezerwacji 3 noclegów na wyspie Krk, z opcją zwinięcia się i ruszenia dalej w razie niezadowolenia. Oczywiście było tam tak super, że zostaliśmy w tej bazie do końca, jednak każdy dzień spędzając w innej miejscowości, TAM GDZIE (jeśli w ogóle) MIELIŚMY OCHOTĘ. W końcu od czego są przewodniki Pascala, ja się pytam.

Ja muszę wiedzieć, że jak będę potrzebować 15 minut, żeby ładnie skadrować kotecka przyłapanego na drzemce pod liśćmi winogron, to mnie nikt nie będzie poganiał.

 

No i jeszcze ta bezcenna pewność, że jak będę chciała pizzę z czosnkiem i rukolą, albo ciastko z kefirem na obiad dopiero o 18.00, to nikt mi nie poda baraniny o 14.00 w 30stC mówiąc, że zapłacone.

Nie, nie und noch einmal nie.

Brrrrrr.

 

No ale w tym roku wczasów nie będzie, HHHHEHEHEE.

W ogóle, mogę z pewnością powtórzyć za Bogusławem Lindą, że już nigdy nie będzie takiego lata.

O. doznał w tym roku istnego amoku owocowego.

Naznosił z warzywniaka 47 gatunków owoców i żąda odpowiedzi na trudne pytania typu Dlaczego ja tego wszystkiego nie zjadłam w ciągu godziny.

W domu opętańczo pachnie kompotem, tym razem w wersji agrest + czerwona porzeczka + jabłka, więc jakby będę kończyć, aby iść pić i nie oszaleć od ślinotoku.

 

Taak, kompot to zdecydowanie moja koncepcja na tegoroczne lato.

 

Żyję żyję, ale ledwo.

Dzisiejsze badanie kontrolne wskazuje na ciszę na morzu i stan rzeczy całkiem przyzwoity.

Leżymy więc dalej, wmawiając sobie, że nas to nie rusza, to wyłączenie z życia któryś już miesiąc.

Tydzień spędzony w domu zaowocował troszkę poczuciem balansu i luksusu, a troszkę skrajnym rozdygotaniem. Jak to pod koniec ciąży.

Szczególnie w taki dzień jak wczoraj, kiedy to zapanowała gęsta szaruga,  grzmiało i lało bez przerwy w godzinach 9 rano – 23.00, zaczęło docierać do mnie, że to już naprawdę za chwilę.

Że tak, jak śpiewa Roguc na najnowszej płycie, nie ma już nic po tamtej stronie.

Że wyczerpałam już limit dni, które oznaczały beztroskę, brak uwiązania, nieprzyzwoicie częste nabywanie biletów na koncerty, chwycenie kluczyków i pojechanie se dokądkolwiek, ot tak, żeby się odciąć, czy możliwość odwalenia zacnej drzemki o dowolnej porze.

 

I że jak dostanę te dzieci pod pachę, to zupełnie nie będę wiedziała, co się z nimi robi.

I jeszcze że im powyrywam rączki ze stawów przy zakładaniu rękawków.

Takie o, jednodniowe rozpieprzenie, po którym dziś nie ma większego śladu (bo dziś mogę rozdawać optymizm na prawo i lewo – AAAHAAAHAHA! dobre).

 

Jezus, no i popłakałam się nad kolacją.

 

- Co jest, boli coś? – zainteresował się O.

- Nie – grymas wykrzywił mi twarz.

- Skurcze?

- Nie – pisnęłam, a łzy tryskały we wszystkie strony.

- Kopią/ dźgają/ oddychać nie dają?

- Nie.

- To już nie wiem. – no halo, a meandry kobiecej psychiki???

- Przerażenie ogólne, tyle.


Przerażenis ogólnis
, kurna, oporne na działanie farmakologii, wizualizacji i afirmacji. 

Po chwili tej słabości i poddaniu się fali nostalgii i strachu, a dodatkowo na widok męża prasującego całą wyprawkę dla naszych potomków, zaobserwowałam u siebie wszystkie te powyższe dolegliwości, o które tenże wcześniej mnie podejrzewał. NARAZ oraz dość zintensyfikowane. Stwierdziłam, że jeżeli zaraz się nie uspokoję, to zaraz mnie znowu odwiezie.

 

I tu oblubieńcowi memu zapaliła się nad głową żaróweczka.

Odłożył żelazko na bok i pobiegł na górę z wiele obiecującym hasłem na ustach: MAM POMYSŁ.

Wrócił po chwili mówiąc, że miałam dostać na urodziny, ale już trudno, masz teraz.

Po czym podał mi nowy, świeżutki egzemplarz Lubiewa bez Cenzury, którego nawet ocenzurowanego nie czytałam, a miałam na niego niemałą chrapkę. Szczególnie po tym, jak odpadłam po lekturze Drwala i zapragnęłam przeczytać wszystko, co wyszło spod pióra Witkowskiego.

 

No i już.

30 stron łyknięte duszkiem i luz.

Tak oto mój mąż zatrzymał przedwczesną akcję porodową Lubiewem, czego i Państwu życzę, pozdrowień moc załączając.

     


  • RSS