Taaa.
Nie było mnie chwilę, bo jakby ostanie 10 dni wpadałam w piłkoszał przed telewizorem na monety, w łóżku na pilota.
Czyli na obserwacji w szpitalu.
Bliźniaków tam jak mrówków!
Przebywanie na oddziale patologii ciąży w wielkiej klinice wojewódzkiej polega na wywoływaniu wymęczonych ciężarnych przez domofon pokojowy (Tu Jej Ekscelencja, pani Kowalska – zapraszam do zabiegówki po antybiotyk, pani Nowacka – zapraszam do dyżurki oddać mocz, pani Iksińska – zapraszam do zabiegówki powiedzieć szczerze czy dziś był stolec)) i zwalaniu ich z łóżek w celach różnorakich, jak np. ustawianie się w kolejce do odsłuchu tętna maleństw o 6 rano, 18 i 23.30, ustawianie się w kolejce do pomiaru ciśnienia, wstawanie do zabiegówki celem pobrania krwi, wymiany wenflonu i czort wie, czego jeszcze.
Na żadnym etapie ciąży tak nie popylałam, jak tam.
No i po tygodniu tej troskliwej opieki szyjka tak jak dotąd długa, teraz nagle skrócona o 1,5 cm.
Ojej, musi pani leżeć.
NAPRAWDĘ??????????????????????

Ja pierdzielę.
Żel do ktg spalił mi skórę na brzuchu i lekuchno mnie telepało od fenoterolu, ale postanowiłam być dorosła i zrównoważona.
Chyba mi się udało, bo płakałam tylko 6x (z bezsilności i ogólnego wkurwu widząc olewanie stanu ciężarnych i ogólny burdel) oraz 2x (ze strachu). No i 5x dziennie jak kobiety taśmowo sadzano na wózek w podartej białej koszulinie szpitalnej i odwożono na cięcie, także przeważnie roniące łezkę czy tam dwie.
Na szczęście miałam stały dopływ czekolady i domowego kompotu, więc daliśmy radę.

Póki co sytuacja opanowana i dziś wypuścili do domu, ale jakby w każdej chwili zapraszają ponownie.
A za poltora tygodnia już bezapelacyjnie, bo jakby terminy gonią.
No nie wiem.
Muszę to sobie jeszcze przemyśleć.