broszki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2012

Taaa.
Nie było mnie chwilę, bo jakby ostanie 10 dni wpadałam w piłkoszał przed telewizorem na monety, w łóżku na pilota.
Czyli na obserwacji w szpitalu.
Bliźniaków tam jak mrówków!
Przebywanie na oddziale patologii ciąży w wielkiej klinice wojewódzkiej polega na wywoływaniu wymęczonych ciężarnych przez domofon pokojowy (Tu Jej Ekscelencja, pani Kowalska – zapraszam do zabiegówki po antybiotyk, pani Nowacka – zapraszam do dyżurki oddać mocz, pani Iksińska – zapraszam do zabiegówki powiedzieć szczerze czy dziś był stolec)) i zwalaniu ich z łóżek w celach różnorakich, jak np. ustawianie się w kolejce do odsłuchu tętna maleństw o 6 rano, 18 i 23.30, ustawianie się w kolejce do pomiaru ciśnienia, wstawanie do zabiegówki celem pobrania krwi, wymiany wenflonu i czort wie, czego jeszcze.
Na żadnym etapie ciąży tak nie popylałam, jak tam.
No i po tygodniu tej troskliwej opieki szyjka tak jak dotąd długa, teraz nagle skrócona o 1,5 cm.
Ojej, musi pani leżeć.
NAPRAWDĘ??????????????????????

Ja pierdzielę.
Żel do ktg spalił mi skórę na brzuchu i lekuchno mnie telepało od fenoterolu, ale postanowiłam być dorosła i zrównoważona.
Chyba mi się udało, bo płakałam tylko 6x (z bezsilności i ogólnego wkurwu widząc olewanie stanu ciężarnych i ogólny burdel) oraz 2x (ze strachu). No i 5x dziennie jak kobiety taśmowo sadzano na wózek w podartej białej koszulinie szpitalnej i odwożono na cięcie, także przeważnie roniące łezkę czy tam dwie.
Na szczęście miałam stały dopływ czekolady i domowego kompotu, więc daliśmy radę.

Póki co sytuacja opanowana i dziś wypuścili do domu, ale jakby w każdej chwili zapraszają ponownie.
A za poltora tygodnia już bezapelacyjnie, bo jakby terminy gonią.
No nie wiem.
Muszę to sobie jeszcze przemyśleć.

Media donoszą od rana o narodzinach trojga maleńkich lemurów we wrocławskim zoo.

Król Julian zapewne zapodał se muzyczkę i szaleje z radości.

Małe JJ’e (Julian Junior) są gwarantem przedłużenia gatunku, a może któryś z nich jest nawet następcą tronu?

 

Dzisiaj dotarło do mnie, że za tydzień dzień zacznie się znowu skracać.

Dochodzą mnie słuchy ze świata zewnętrznego, że w sklepach zaczynają się letnie wyprzedaże, co oznacza, że przeleżałam w domu wyprzedaże zimowe, wiosenne i przeleżę też (mam nadzieję, że także w domu) letnie. I zaraz zima. Cudownie.

 

I choć nigdy w życiu nie zamieniłabym mojego TU i TERAZ na cokolwiek innego, ominęło mnie bardzo wiele.

Ominął mnie też udział w rodzinnej imprezie, bo dzisiaj Jolanty!

Babcia ma imieniny przecież.

Zawsze uwielbiałam te imieninowe odwiedziny u niej w samym środku czerwca.

Lato, piękna pogoda, świadectwa praktycznie wypisane, truskawki, niedaleka perspektywa wakacji, czerwony wzorzysty dywan, który akceptuję tylko tam, porządne ciasto bez żadnych paciarajowatych kremów i najlepsza na świecie herbata z cytryną.

 

Cóż, dziś z wiadomych względów nie zobaczymy się. Mogłam tylko na odległość, przez telefon, złożyć jej dzisiaj życzenia, aby po kilku chwilach mogła z autentycznym niepokojem zapytać:

 

- Bardzo jesteś gruba?

- Nie nie, spoko, kończyny zupełnie bez zmian, łokcie kościste, obojczyki na wierzchu, tylko brzuchem zawadzam o wszystko, ciąża bliźniacza to w ogóle najlepsza dieta odchudzająca jaką znam.

- No to całe szczęście.

 

Nie ma to jak wsparcie kobiet w najprostszej linii drzewa genealogicznego.

Idę se zapuścić przez 3 godziny Króla Juliana, potem się odwrócę na drugi boczek, a potem poszukam w sieci instruktażu „Jak założyć sobie normalną rodzinę.”

 

Adieu.

  

W ramach entuzjastycznego przeżywania Euro 2012 zjedliśmy wczoraj sałatkę GRECKĄ (Grecja-Czechy) oraz O. sięgnął do zamrażarki po nasze home-made pierogi RUSKIE (Rosja-Polska). Brakowało tylko czeskiego piwa i polskiej kiełbasy lisieckiej. No ale jak widać poprzez podświadomy wybór kulinariów wspieramy słabszych :P

 

Entuzjazm utrzymuje się nadal umiarkowany, zresztą i tak nie mam dokąd uciec. Nie będę przecież ryzykować nadprogramowego wchodzenia po schodach do drugiego pokoju, ani tym bardziej koszenia trawy na osiedlu, idąc za wzorem Józefowicza.

Ale przyznaję, że kiedy Czesi strzelają 2 gole w ciągu pierwszych siedmiu minut, to nudy nawet nie ma.

 

Poza tym, szukamy dalej tego mieszkania.

Zadanie, jak już pisałam jest trudne, bo wszędzie same schody, ale moja mama mówi, że przesadzam. Przecież mogę spokojnie ubrać dzieci, zwieźć wózik schodami (stelaż do wymiany po 2 tygodniach), potem znieść jedno dziecko, zostawić je na dole w wózku, iść po drugie, znieść je i ulokować jak poprzednio (o ile ten wózek z pierwszym dzieckiem tam jeszcze zastanę) i po kłopocie. Rozumiem, że przy powrocie do domu ma być tak samo, tylko odwrotnie. Przywożę rozdarte wniebogłosy z głodu dzieci, po czym podejmuję bez dylematów moralnych decyzję, które z nich zanieść do domu, a które zostawić w wózku na dole, bez opieki. Potem, pff zanieść na górę drugie i zostawiając je oba w domu głodne i wyjące, zejść po wózik i wnieść ten 20-kg pojazd schodek po schodku na 3-cie piętro i po sprawie. SUPER.
Raczej jak zwykle się nie rozumiemy.

Po takiej rozmowie telefonicznej skurcze mam co 3 minuty i przed wezwaniem karetki chroni mnie tylko zorganizowanie sobie aromatycznego SPA w łazience.

 

A jak już dojdę do siebie, dalej szukam tego mieszkania.

Jak pomyślę, z ilu cudnych miejsc musieliśmy zrezygnować przez te schody, chce mi się płakać. Na szczęście o mój dobry humor dbają te oferty, do których są dodane przeboskie fotki, jakże wiele mówiące o mieszkaniach (i ich właścicielach?), np.:

Oto nasz żyrandol od strony północnej. WARTO!

 

Oto nasz żyrandol od strony południowej. POLECAM!

 

Oto nasze pozłacane lustro i sekretarzyk. Poczuj się jak bohater Dynastii.

 

Oto nasze nie wiadomo właściwie co. Jako najemca, sam nadasz mu znaczenie użytkowe. Pełna dowolność GWARANTOWANA!

 

Jeśli odpoczywać po pracy, to tylko tutaj! Właściciel zabiera ze sobą zasłonkę z okna, bo jest dla niego wyjątkowa. Możliwość pozostawienia zasłonki za dodatkową opłatą.

 

I jeszcze zdjęcie wielce poglądowe: WSZYSTKO JASNE???

 

No i mój absolutny faworyt, czyli:

 

Postaw na luksus! A jeśli nie doceniasz naszych halogenów w suficie, to nie marnuj swojego i naszego czasu i nie dzwoń.

 

Tak więc potencjał jest.

A najfajniejsze są panie w agencjach nieruchomości, CYTUJĘ: 


Tak, ja wiem proszę pana, że jest mega wilgoć w piwnicy w tym domu,, ale to tylko w porze deszczowej, a poza tym ten właściciel się zgadza na dzieci w domu, bo z naszego doświadczenia wynika, że inni się nie zgadzają.

 

AMEN.

 

Dobra, przyznaję.

Nie jestem fanką piłki nożnej tak? Tak.

O. tym bardziej.

Jaramy się siatkówką, O. dodatkowo Formułą 1 i żużlem.

Natomiast mieszkamy drzwi w drzwi z prawdziwymi pasjonatami futbolu i jak jest gdzieś w świecie jakiś ważniejszy lub mniej ważny mecz, to my to poznajemy od razu, co ułatwiają nam poniższe poszlaki:

Potem chłopaki zdzierają gardło, rycząc do 22:59 w zależności od okoliczności:

BARCELOOONNAAAAAAAAA!!!

BARCELOONNNAAAAAAAAAAAAA!!!

ŚLĄSK KU*******WWAAAAAAAAAAAA!!!!!


Następnie sił im starcza na nieprzytomne:

OOOO-oooooo!!!

OOOO-oooooo!!!

 

A potem zaliczają klasycznego zgona.

Bywa, że następnego dnia winda lepi się od szampana, bywa że klatka schodowa lepi się od czego innego. No takie mam pierwsze konotacje w odniesieniu do piłki nożnej.


Wiem, EURO 2012 to co innego.

Ale co mogłam zrobić, jak nic do niego nie czułam.

Nie kupiłam ani jednego gadżetu kibicowskiego, nie wywiesiłam nawet flagi na balkonie, jak kazał kiedyś Szymon (MAM 2 WOLNE POŁOWY!!!), nie namalowałam se na brzuszku ciążowym dwóch flag biało-czerwonych, ani tym bardziej na policzkach (i dobrze, bo potem bym miała tak, jak opowiadała Magda Mołek, że po 30 minutach szybko zmywała te policzki).


Natomiast wczoraj, gdzieś tak po godzinie 15:00 stało się coś magicznego.

UDZIELIŁO MI SIĘ.

Normalnie poczułam zew piłkarski, choć bardziej nawet podniosłość chwili, wielką ekscytację i radość, kiedy pokazywali, jak NASI JADĄ PO ZWYCIĘSTWO.


Poczułam nawet, że warto byłoby się zbulwersować, że niedawno wielka polska wokalistka, Ania Rusowicz powiedziała o zespole Jarzębina u Kuby, że WIESZ KUBA, JA SIĘ GENERALNIE NIE ZAGŁĘBIAM W TAKIE SZTUCZNE TWORY.


Sztuczne twory, mój Boże.

Jak się jeszcze niedawno udawało drugą Toni Braxton w najkiczowatszym ze znanych mi kiczowatych formacji DEZIRE, a teraz się udaje hipiskę z tamtych lat  (Nie nie, Kuba, ja wcale nie ćwiczę w domu tego ruchu scenicznego, skąd! Ja jestem 100% natural), to trzeba mieć mega tupet, żeby nazwać zespół Jarzębina sztucznym tworem. Zespół istniejący od 22 lat, od lat biorący udział w licznych przeglądach i festiwalach, posługujący się tzw. śpiewem białym, który fachowcy określają jako prekursora pieśni gregoriańskich itd. itp. Ja może nie głosowałabym na Koko Euro Spoko, ale za tę pustą odzywkę i brak szacunku do tradycji panna Anna ma u mnie przewalone. I nie pomoże jej ani 50 Fryderyków, ani sms od samej Nosowskiej z gratulacjami, ani nic.


W każdym razie, jeśli chodzi o organizację tego Euro, to jestem troszkę dumna.

Że się udało z tymi drogami, z tych stadionów, z tego kwiecistego logo (uwielbiam kwiatowe motywy we wzornictwie!), nawet z tych różowych autobusów w kwiatki dla piłkarzy, a co!

 

I jeszcze z tego, co powiedział dziś Krzysztof Materna, że nastał taki czas, że młodzi ludzie wreszcie doświadczają we własnym kraju autentycznej, radosnej Fiesty, która jest obrazkiem jakże innym od Polaka grillującego, czy Polaka umartwiającego się tym, że jest rocznica Niepodległości i że pamiętajmy ilu naszych kiedyś poległo.

Że jest radość, pozytywna energia, która STĄD płynie do całej Europy.

A jak poszło naszym wczoraj z tą Grecją to każdy dobrze wie.

Za okoliczność łagodzącą jestem w stanie przyjąć duchotę, bo jakby mi zamkli dach w burzowa pogodę, to też bym nie dałą rady biegać (Ruscy we Wrocławiu to co innego, no ale oni mieli powietrze!!!)

No cóż, remis to zawsze coś. Cieszmy się.

Niby tragedii nie ma, ale żeby zaraz oni zasługiwali na nocleg w hotelu Hyatt, to bym nie powiedziała ;P

  
 

 Trudno jest mi dziś określić, czy jestem wyspana, czy nie.

Bo niby dziś w nocy prawie do brzasku nie zmrużyłam oka, no ale wczoraj przespałam prawie cały dzień, więc suma dobowa snu nienajgorsza.

 

O ile do tej pory udawało mi się mieścić w ramach jakiejś tam przyzwoitości, ograniczając się do 1 lub 2-godzinnej drzemki w ciągu dnia (i to też nie codziennie), wczoraj spałam w godzinach:

 

23:00-5:30

6:45-9:50

13:25-16:09

 

Jedyne co mam na swoje usprawiedliwienie (to ta pogoda!), to że najwyraźniej organizm bronił się przed nadmiarem bodźców związanych z liczbą mrocznych wizji dotyczących tego, co ma przyjść. Organizm widać po prostu broni się przed stresem i zbiera siły uciekając w błogi sen. A uciekać ma przed czym, gdyż ponieważ:

 

- czekała mnie w tym dniu wizyta kontrolna, więc wiadomo, wizje raczej z tych katastroficznych (badanie wykazało, że Misie Patysie trzymają się mocno oraz raczej im odpowiada catering, gdyż mają po 1800 i 1600g, no i oczywiście facet musiał pokazać, że jest większy i potężniejszy. Proza życia.)

 

- trochę mnie się zbliża poród, a nie znoszę szpitali, czy jakoś tak

 

- w naszym mieszkaniu pojawił się 2-osobowy pojazd z dwoma wersjami nadwozia, dość obszerny gabarytowo, ogólnie przypomina mi lokomotywę stojącą przed każdym szanującym się Technikum Kolejowym

 

- na suszarce do prania wisi jakiś pierdyliard pieluch, kocyków i okryć kąpielowych z kapturkami i nie dość, że nie wiadomo, co one tam robią, to jeszcze nie ma gdzie wieszać NORMALNEGO prania

 

- w naszej sypialni stanęło sosnowe łóżeczko, prawdopodobnie podrzucili je kosmici, a ja nic z tego nie rozumiem

 

- super hiper nowoczesny i atestowany materacyk gryczano-kokosowy, który przyszedł, ma o tyle właściwości antywszelkie i antyodleżynowe, że NIE DA SIĘ NA NIM LEŻEĆ, ponieważ warstwa kokosowa składa się głównie z miliarda ciasno ułożonych igieł, których nie powstydziłby się żaden porządny salon do akupunktury tradycyjnej. Do zwrotu. Paragon wyjątkowo gdzieś wcięło.

 

- z listy pt. Wyprawka została jeszcze cała masa tzw. DROBNICY, jak np. spray na pępuszki (przepraszam, którędy ewakuacja?), maść na pogryzione i zmasakrowane brodawki (niby że moje, pff), termometr do wanny (Jezus Maria), czy choćby kremik na odparzenia, choć są tacy, którzy mówią, że najlepszy krochmal, a ja nie mam zdania i nie wiem, w którą stronę pójść w tej kwestii


- szukamy mieszkania na Śląsku, a te co fajniejsze są na cholernym którymśtam piętrze BEZ WINDY, więc widzę, że albo będę uziemiona w domu codziennie do 17:00, albo będę znosić po jednym dziecku, oddając je po kolei pod czułe skrzydła dozorczyni, albo będę po jednym kolejno zamykać w samochodzie, w międzyczasie spychając nogą podwójny wózik po schodach, a zamek do drzwi zamykać zębami. No ale przynajmniej dzieci zobaczą światło dzienne!

 

Czy ktoś się zatem jeszcze dziwi, że jedyną radą jest ucieczka w sen?

   

Tydzień zaczął się wspaniale.

Od poniedziałku wybranek mój skierował swe służbowe spracowane cztery siedemnastki ku 3-dniowej delegacji, natomiast tym razem ku mojej uciesze cały ten czas wypełniły mi odwiedziny K., która zawitała w mieście prosto z iberyjskiej emigracji. Dwa cudowne wieczory, przegadane do północy, pełne siostrzanych spostrzeżeń ogólnożyciowych, obserwacji dotyczących kwestii damsko-męskich, wspólnych wspomnień z dzieciństwa przy cieście z malinami i herbacie, bo to białe wino, które przywiozła ostatnim razem zostawimy sobie jednak na następne spotkanie. K. przyniosła mi truskawki, moją ulubioną babkę biszkoptową, pochwaliła nasze pierogi ze szpinakiem i fetą i poleciała z powrotem, zabierając ze sobą 2 bochny polskiego chleba i szynkę, żeby chociaż przez kilka dni TAM czuć smaki STĄD.

Każdej z nas czegoś brakuje.

Jej brakowało smaku młodych ziemniaków z koperkiem, mnie natomiast towarzystwa kobiety, która wie, o czym mówię.

No i powiem tak, że obie wyszłyśmy po tym spotkaniu jak nowe.

Takie symbiotyczne pranie z wirowaniem, program Delikatne.

Świeżość postrzegania, kojący reset, ogólnie pojęte zbudowanie.

Kobieta kobiecie jest w życiu cholernie potrzebna. Tak po prostu.

 

Natomiast wracając do fascynującego świata mężczyzn, O. wczoraj wieczorem z pasją wpatrywał się w nagrania upamiętniające wysadzanie starych koksowni na Śląsku. O, tak, żeby się wyciszyć przed snem, najwyraźniej. Odgłosy płynące z kompa wydały mi się na tyle osobliwe i intrygujące, że aż łypnęłam wzrokiem, jednak żeby to na mnie podziałało wyciszająco, to nie powiem. W rezultacie pół nocy śniłam o eksplodujących budynkach i sanitariatach, a drugą połowę nocy o prześladującym nas prezydencie Stanów Zjednoczonych. I to by było na tyle, jeśli chodzi o mój spokój ducha.

 

Kiedy dziś jak co rano budzik oznajmił, że jest 5:30, postanowiłam zrewanżować się mężowi za mocną dawkę doznań z poprzedniego wieczoru i z grubsza zrelacjonować mu fabułę mych marzeń sennych, wciąż jednak będąc nie do końca dobudzona:

 

- […] a potem śniło mi się, że gonił nas w ciemnym lesie prezydent Obama z ewidentnym zamiarem zgładzenia nas, to chyba dlatego, że wczoraj cały dzień trąbili o tym, że się pomylił i że powiedział coś o Polskich Zakładach…. yyy…

- Azotowych -  dokończył za mnie ukochany.

 

Pisałam już tu nie jeden raz, że na mojego męża zawsze mogę liczyć w razie wszelkich  kłopotów, tych z logicznym myśleniem włącznie.

Tak więc, drogie Dzieci, w dniu Waszego święta, pragnę wystosować oświadczenie, że rodziców się nie wybiera, a życie to walka. Bądźcie silne i się nie dajcie. Papatki.

   


  • RSS