broszki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 5.2012

.. po obu stronach brzucha zresztą…

Spraw jest kilka, więc może od razu zacznę od pierwszej.

 

Po pierwsze, mąż mnie wczoraj skomplementował. Najlepiej jak potrafił.

W związku z powyższym usłyszałam, jakobym wyglądała jak rodem z jakiejś takiej lichutkiej (żeby nie powiedzieć niskobudżetowej) produkcji filmowej czy serialowej, gdzie ciężarnej bohaterce po prostu wsadza się pod bluzkę piłkę plażową i to już ma być zaawansowana ciąża. Mimo, że sama aktorka ma ręce i nogi jak patyczaczek.
(Już tłumaczę komplement: Czyli że niby docenił fakt, że pomimo tych 7tys. kalorii dziennie, spożywanych nie z rozsądku, a z czystego łakomstwa, poza brzuchem NIC się nie zmieniło w przededniu tego 30-go tygodnia).

Ja wiem, że Wy byście może i pobiegły od razu do adwokata po takiej obrazowej przenośni, ale ja naprawdę nie mogę.

Jak wstaję, to z trudem robię krok, gdyż mam wrażenie, że stawy mnie się rozpękną i tyle będzie z tego rozwodu. Poza tym lekarz mi nie każe. Głównie chodzić, a więc domniemam, że także i się rozwodzić.

 

Po drugie, Wrocławianie dokonali uroczystego i hucznego otwarcia Sky Tower.

Drugi wieżowiec w Polsce, tuż po Pałacu Kultury!

212 metrów!!!

Czyli że sięga Empire State Building (443m) prawie do pępka!

No ale nie ironizujmy, w panoramie miasta zdecydowanie się wybija i nawet ostatnio nawigował O. do domu, kiedy ten błądził rowerem po okolicach!

Jestem pewna, że będzie niczym ta latarnia morska, wskazująca nowym mieszkańcom i turystom drogę do portu, czyli do ścisłego centrum.

Tak że do czegoś tam się jednak przydaje..

 

Ale na tym kończą się sukcesy, bo już przyszpilić czeskich piłkarzy się nie udało.

A mogło być tak pięknie.

Może jednak udałoby się nam wyjść z grupy, gdyby tak braciom z Czech zapodać do śniadania szklaneczkę wody, a potem na luziku skopać im tyłki, bo umówmy się, że z gorączką i zapaleniem płuc nie biega się łatwo.

Ale oczywiście musiał wkroczyć sanepid i dupa blada.

Trudno.

 

Po trzecie, uwielbiam ogrodzone osiedla. Pasjami.

Naprawdę kocham ten komfort życia, kiedy to w poniedziałek o godz. 6:01 RANO wita się mieszkańców rycząc przez megafon, że DRODZY LOKATORZY, ZACZĄŁ SIĘ NOWY, PIĘKNY TYDZIEŃ, MIŁEGO DNIA ŻYCZY WASZA SPÓŁDZIELNIA MIESZKANIOWA.

 

Albo innym razem, kiedy przez ten sam megafon słychać jakże przyjazny komunikat:

KOLEGO, ALE CHYBA WYPADAŁOBY ZAMKNĄĆ FURTKĘ!!!

 

Albo że oprócz garażu ma się przypisane JEDNO miejsce parkingowe przed blokiem, więc zwalniając je np. dla swoich gości i tak trzeba wyjść otworzyć im bramę wjazdową, po czym i tak słyszy się z ust ciecia, że DLACZEGO JA NIC O TYM NIE WIEM, ŻE WY MACIE DZISIAJ GOŚCI I ŻE TU KTOŚ WJEŻDŻA???

 

Albo, że dzieci z jednego bloku nie mogą bawić się w tej samej piaskownicy z kolegami z przedszkola, bo rodzice kolegów nie dostaną się na teren zamknięty bloku stojącego obok.

 

Wszystkie powyższe fakty nie napawają mnie spokojem o przyszłość naszego narodu. Nie wierzę, że takie zjawiska będą korzystnie wpływać na relacje międzyludzkie oraz na zacieśnianie więzi sąsiedzkich. Z opowieści naocznych świadków wiem, że kilkadziesiąt lat temu, na tym samym terenie po 7 koleżanek z klasy przychodziło do domu Andzi Kwiatkowskiej, gdyż dzisiaj jej mama nagotowała zupy, więc starczy dla wszystkich. Następnego dnia szło się na kruchy placek do mamy Bożenki Kowalskiej. A ojcowie wszystkich dziewczynek spotykali się na brydżu w domu u Zosi, bo tylko tam był telewizor.

Ja wiem, że te czasy już nie wrócą, ale nie zmienia to faktu, że jednak kierunek wschód.

Jak mawia mój mąż – tam MUSI być jakaś cywilizacja!

 

 

To nie jest dobry pomysł. – wystrzelił jak z procy w moim kierunku mój szanowny położnik, w odpowiedzi na niewinne i zdawało mi się, że retoryczne pytanie: czy dobrze zrobiłam, że przyjęłam od koleżanki zaproszenie na niedzielny spacer w parku – No chyba, że pani sobie usiądzie, ale na chwilę, jasne? Nie zapominajmy, że to są w końcu bliźniaki.

 

Jasne.

Szczególnie, że ostatnio popylałam dość konkretnie i mimo to badania są OK.

Zadałam to pytanie, bo chciałam usłyszeć, że ależ moja droga! Proszę się nie martwić i  korzystać z pięknej pogody, piękniejszej nawet niźli w Chorwacji, czy Hiszpanii, dotleniać siebie, dotleniać dzieci, bla bla, przeciwdziałać zakrzepicy, ciąża to nie choroba, bla.

 

No to przesiedziałam tą godzinę z okładem (z altacetu, hihi) na ławce wśród śpiewu ptaków i wszystkich tych, którzy żyją normalnie i w dowolnym momencie  mogą wsiąść na rower, albo wykonać takie spontaniczne HOP-SA!!! I tyle mojego.

 

Dzisiaj odbywam pokutę za to ryzykowne przejście od auta do ławki i z powrotem.

Leżę cały dzień.

W nastroju lekko bojowym, ale i w plażowej sukience.

Czytam o optymalnej, zapewniającej mega odporność i najzdrowszej ponoć diecie pięciu przemian i zastanawiam się, czy u dzieci nie wzbudzi to podejrzliwości, że mamunia im ją podaje, a sama nie chce jej tknąć. Dociera bowiem do mnie, że niewyziębiająca organizmu, ciepła jaglanka z owocami na śniadanie to jest sekret odporności, ale ja i tak wybieram zimne śniadanie i cześć. Ryzykowne zachowania mam najwyraźniej we krwi.

Lekki upał od rana, co nie?

Patrzę na wrzos na balkonie, który 4 m-ce temu był całkowicie przykryty czapą śniegu, teraz wygrzewa się w upalnym słońcu. A ja dalej leżę.

No ale umówmy się, że lepsze to, niż cudowny odział szpitalny.

Dziękuję, to ja już poleżę.

W domu mam świeży koper, twaróg, ciemne pieczywo, szparagi, i sok marchwiowy, a tam mi powiedzą, że nie dostaniesz pani pieczywa, gdyż dla diety podstawowej mamy dziś na śniadanie kartoflankę.

Także potrafię dostrzec plusy, naprawdę.

O, i nawet mam w zasięgu ręki czekoladkę, o.

   

W ramach instynktu samozachowawczego zapodałam sobie maseczkę marchewkową na facjatę. Czekając, aż zastygnie na szary cement, nad którym to zjawiskiem pochyliłam się tutaj już jakiś czas temu, złapała mnie taka tęsknota, że strach.

Zatęskniłam albowiem, szaleńczo i bezgranicznie, za naszymi cyklicznymi wypadami do Krakowa w niedawnych czasach, kiedy dzieliły nas od niego ze 2 godzinki drogi.

Czasem był to planowany wyjazd na poprawkę z koncertu Comy w Studio, bo rzeszowski klub Pod Palmą, ze swoją wysokością 2,5m nie dał rady nagłośnieniowo..

Albo planowany wyjazd na Coke Live, gdzie jednego dnia skończyły mi się baterie niedługo po koncercie 30 Seconds to Mars (poobcujcie muzycznie z Jaredem Leto przez dwie godziny, a potem uchrońcie się od omdlenia, życzę szczęścia ;-P), a następnego dnia po całodziennej wędrówce po mieście unosiłam się nad ziemią na najlepszym jak dotąd koncercie w swoim życiu (Muse).

A czasem były to zupełnie spontaniczne wypady, tak se o.

Potrzeba wyższa.

Czy zachcianka, nie wiem.

Narzucamy wdzianko i jedziemy.

Zawiesić oko na ulicznej wystawie prac przy Floriańskiej, powłóczyć się po Kazimierzu, zjeść słuszny obiad w przypadkowo odkrytej włoskiej knajpie, gdzie w kuchni leżą worki z wielce kojącym i obiecującym napisem FARINA, usiąść z szarlotką w Alchemii, przysiąść nas Wisłą i wrócić do domu.

  


Chciałabym tak samo poczuć Tajemniczy Dolny Śląsk, ten ze spotu TV.

Wraz z jego nadodrzańską perłą.

Póki co, ten gest „SHHHH”, który robią wszyscy aktorzy/ entuzjaści tego regionu, kojarzy mi się bardziej z gestem typu: SHHH, nie mówcie nikomu, że zamiast otworzyć w centrum toalety publiczne na całą dobę (bo w sezonie letnim dla 50 tys. studentów plus turyści, TA JEDYNA PRZY PL. SOLNYM < –Klik, to widać lekuchno za mało), planowano tutaj wprowadzenie wieczorno-nocnej prohibicji (tak światowo, po amerykańsku!!!), ponieważ całe ścisłe centrum jest wiecznie zasikane. A zapewne mniej piwa to mniej uryny, czy czego tam jeszcze nie ma. Brawo.

No ale ja się nie czepiam.

 

A może to jest tak, że nie mam z tym miastem żadnych wspomnień?

Źe tu nie studiowałam?

Że nadzieje związane z przebranżowieniem roztrzaskały się tu z hukiem?

Że znam tu bardzo niewiele osób?

Może go nie doceniam, chociażby dlatego, że w końcu żadne inne miasto nie dało mi dzieci, a tu prosz! Troszkę urodzaj, trzeba to sobie powiedzieć głośno. A jak to powiem głośno, robi mi się trochę wstyd. Trochę.

Może w ogóle jest tak, że docenia się wszystko dopiero po jakimś czasie, z innej perspektywy?

Wszystkie te znaki zapytania muszę sobie czem prędzej przemyśleć.

 

Tymczasem chwytam za szpachlę, zdejmujemy maseczkę!

  

Jestem tak nieodgadniona w tej ciąży, że hej.

Na 102.

 

Niby dostąpiłam wewnętrznego zen, ultraharmonii ze światem, która nie pozwala mi podnosić se ciśnienia byle czym, więc gładko przechodzę do porządku nad faktem, ze np. w piekarni baba przede mną jest najupierdliwszą z bab na świecie i ona akurat musiała tu przyczłapać pół minuty przede mną, PFF. Stoję zatem cierpliwie, słodki brzusio – arbuz na sterydach mi na przemian faluje, boksuje i sztywnieje, ale nic, cierpliwie stoję i słucham:

 

Baba: Proszę pani, ja bym prosiła jakiś chleb na zakwasie.

Pani: Już podaję, żytni, bardzo proszę (pakuje babie prześliczny bochenek)

Baba: Oj, ale proszę mi go pokroić.

Pani: Niestety, nie kroimy chlebów na zakwasie.

Baba: Oooo, a to dlaczego? To będzie dla mnie problem (przysięgam, powiedziała tak. Pewnie ma w domu do krojenia tylko nożyczki)

Pani: Ponieważ one brudzą noże w krajalnicy, lekko je oblepiają, bo te chleby są delikatnie wilgotne (a przez to idealnie autentyczne i zdrowe, Babo, masz pragnienie chleba na zakwasie i nie umiesz se tego zwizualizować???)

Baba: ……………………..??? (wiecie, z tym oburzonym mruganiem powiekami 120x/sek)

Pani: To może zechciałaby pani wziąć z tych już wcześniej pokrojonych? O, mamy je tutaj, są już zafoliowane. O, to jest dokładnie ten sam.

Baba: Oj nieeee, to może jakiś inny.

 

I podczas gdy do mnie podeszła na szczęście inna pani, Baba cały czas kazała se pokazywać kolejne chleby i naprawdę napisałabym, który wybrała, ale musiałam iść.

Oczywiście nadal zachowując błogostan, daję słowo, nic, nuda.

Trochę mi przeszło po tym, jak przemierzałam pół miasta z owocem Morza Bałtyckiego po nawierzchni tak wyboistej, że gdybym nie znała na pamięć tych miejsc, gdzie kostka brukowa jest połatana gęsto położonymi wypustkami asfaltowymi, to trepanacja czaszki murowana. No ale ja jakby wiem, że tam się jedzie 4km/h i cześć. Jezu, jak ja nie znoszę tutejszych badziewiarskich dróg. Gór i dolin. Kostkowych fal Dunaju. Ale co tam, ja nie jestem obywatelką tego regionu, nie muszę świecić oczami za to miasto, ba! Tablic rejestracyjnych nie zmieniłam, wkrótce stąd wyjeżdżam, nie mój cyrk, doprawdy. Jak będę w przededniu terminu porodu, to się przejadę po tym syfie z normalną prędkością i oksytocyna na wywołanie niepotrzebna! Ale teraz, do ciężkiej cholery, nie dziękuję!!

 

No ale cicho, bo się rozpędzam w utracie błogostanu.

Chciałam tylko napisać, że w tej gęstwinie doznań, w tym huraganie emocji, zagryzając BABCIANKI ORKISZOWE z czosnkiem niedźwiedzim (polujcie, naprawdę pycha!), wymyśliłam coś odkrywczego.

Okazało się bowiem, że np. kartonu po mleku nie powinno się wyrzucać do pojemnika na papier, jeno jednak na plastik. A dowiedział się o tym pewien Polak, któremu w Niemczech powiedziano to jakże miłe dla ucha zdanie (patrz tytuł notki). Pomyślałam więc, że każde opakowanie nadające się do recyklingu powinno zamiast jakichś okrężnych strzałek z nikomu nic nie mówiącą cyfrą środku, mieć JEDNO KOLOROWE KÓŁECZKO:

 

Niebieskie to papier

Białe to szkło przezroczyste

Zielone to szkło kolorowe

Żółte to plastik.

 

Niby proste jak drut, ale bądź tu mądry i wyrzuć odpowiednio puszkę, albo metalową nakrętkę od słoika. Jeden fałszywy ruch i bluzgi panów sortowników gotowe.

A tak – wszystko wiadomo, a i planeta zdrowsza.

 

Mój mąż przyznał, że jest to jeden z najlepszych pomysłów ekologicznych, jakie słyszał w życiu (a chwali mnie raz na 19 miesięcy). Ja nawet nie mam teraz za bardzopomysłu gdzie z tym iść i stać się obrzydliwie bogata, więc jeżeli teraz ktoś to wykorzysta i zgarnie na tym fortunę zamiast mnie, to sorry, ale będę musiała walnąć.

 

No.

Idę se przyłożyć chłodny okład gdziekolwiek.

  

 

Nooo, takie przedstawienia to jest coś.

Lekkość, ale i zaangażowanie.

Dowcip, ale i gorzka prawda.

Bezwzględne obnażenie tego, co najgłębiej schowane, zamiecione pod dywan, zagłuszone.

 

Jeśli robić teatr, to tylko taki.

No i te kreacje!

Nie mogę wyjść z podziwu nad formą Danuty Szaflarskiej.

W wieku 97 lat mieć taki błysk w oku, być kobietą tak rezolutną, pogodną, przytomną, bystrą, bez grymasu zmęczenia.. i mieć czadową fryzurę z WŁASNYCH włosów, no po prostu pozazdrościć!

I tylko żal bierze, że po spektaklu ogranicza się rozmowę z kimś tak niezwykłym do kilku zaledwie minut, choć w dobie dzisiejszej paplaniny o niczym, ona ma naprawdę coś ciekawego do opowiedzenia i robi to chętnie. Ale nie, słuchawka w uchu wymuskanej prowadzącej wrzeszczy, że kończymy, bo jeszcze mamy tylko 2 minuty na wypytanie twórczyń spektaklu dlaczego w polskich rodzinach jest tak źle, a potem już tylko nieodwołalne i zakontraktowane pieczołowicie reklamy wybielaczy i środków na regenerację wątroby, dające chleb całej stacji.

 

Co do treści, to naprawdę prezent od losu, że opowiedziano mi tą historię na żywo, akurat wczoraj wieczorem.

Że zobaczyłam obraz piętnujący płytkość relacji i całkowity brak komunikacji między ludźmi niby sobie najbliższymi, mieszkającymi pod jednym dachem, studium pielęgnowania w sobie hipokryzji dzień po dniu, które na dłuższa metę z zachowaniem zdrowia psychicznego ma tyle wspólnego, co delfina Maria Antonina z jedzeniem salcesonu, czyli niewiele.

 

*To się detoks nazywa.

 

Wczoraj z tego miasta wyleciał samolot do Monachium, stamtąd do Birmingham.

Dzisiaj z tego miasta wyleciał samolot do Warszawy, stamtąd do Chicago.

 

Zarówno wczoraj, jak i dziś, z pasa startowego stąd tu, o, nieopodal, wylecieli dwaj ważni mężczyźni.

Pierwszego z nich odwiozłam, pomachałam chusteczką, życzyłam dobrej podróży.

Z drugim się nawet nie spotkałam.

 

Pierwszy z nich uratował mi życie.

Drugi uprzednio to życie nieźle poharatał.

 

Miałam potworne wyrzuty sumienia, że tak postępuję.

Ale coraz bardziej dochodzę do wniosku, że to nie ja powinnam je mieć.

Że bez tej formy egoizmu nie będę mogła iść dalej do przodu.

I móc dać mojej córce lepszy, solidniejszy bagaż na przyszłość.

A wczoraj mówili, że co 7-ma dziewczynka urodzona po 2000r. dożyje setki.

Jak Pani Danuta!

 

 

Kto jutro idzie ze mną do teatru?
Całe szczęście TVP1 raz w miesiącu pokazuje spektakl na żywo, dzięki czemu mogę poczuc przynajmniej namiastkę tzw. Wielkiej Kultury i zaznać katharsis na własnej kanapie.
Tym razem, po Boskiej, Skarpetkach opus 124 i Szkole Żon (które ukontentowały mnie równie mocno), zapowiada się coś wyjątkowego, czyli Daily Soup. To przedstawienie przyjechało jakoś tak ponad rok temu do Rzeszowa, gdzie wówczas mieszkaliśmy, ale nie udało nam się dostać, bo bilety rozeszły się najwidoczniej w ciągu kilku dni, z duuużym wyprzedzeniem. A tu niespodzianka, nic straconego, jutro TV pokaże je na żywo!
Muszę przyznać, że technologia idzie do przodu na tyle, że ponoć oglądając spektakl w Internecie czy na smartfonie, będzie można samemu sobie przełączać obraz, wybierając jedną z czterech kamer. Ja raczej zdam się na profesjonalnych realizatorów, ale sam pomysł wydaje mi się szalenie ciekawy i nowatorski.

No a poza wszystkim, obsada!
Oraz przewijające się gdzieś w tle fabuły hasło rozkład rodziny, jest dla mnie wielce obiecujące artystycznie, empirycznie i moralistycznie. Fantastycznie.

Link do opisu przedstawienia TUTAJ.
Transmisja jutro, w poniedziałek o 20:20 w TVP1.

Na tęskne pytanie Kiedy znów zakwitną białe bzyyyy?

odpowiadam: DUH! Właśnie to zrobiły!

 

Nawadniam się.

Rekomendowane 3 litry dziennie są dla mnie sporym wyzwaniem, bo ja się w życiu ogólnie zasuszam. Normalnie to ja piję jak se przypomnę, czyli herbata rano i szklanka wody przed spaniem, ale teraz to nie ujdzie.

Rozważam nastawianie sobie budzika co godzinę, żeby mi przypominał o kolejnej szklance wody, ale i tak półtora litra to mój dzienny rekord, który zwieńczam szczerym wyznaniem I’M FUUUUULL.
No i sorry, ale więcej nie zdołam.

 

Poza tym z nowości to wczoraj odpaliłam mój wdzięczny lakier wściekły róż fluo.

Przez chwilę się nawet zastanowiłam, czy już można, bo w końcu Kasia Tusk przestrzegała, że tego typu kolory na paznokciach zimą wyglądają kiczowato. No ale z ołówkiem w ręku doszłam do wniosku, że skoro schowałam już puchówkę (ryzykując co prawda, bo w końcu przed Zimną Zośką), to może już można?

No i jak mnie towarzysz życia zobaczył z tymi paznokciami, to się trochę zląkł i natychmiast zarzucać mnie tłumaczeniem branżowym MOJA DROGA, DASZ RADĘ? POTRZEBUJĘ TO NA SOBOTĘ.
Luuussssssssss.

No i teraz z tej dbałości o własną kondycję intelektualną siedzę i zagłębiam się w niezbadany jak dotąd przeze mnie świat full of jobbing iron, exothermic sleeves, precast refractory shapes, crankshafts, wheel hubs i rheological technologies.

Naprawdę, wielce rozwijające, bo raczej PIERWSZE SŁYSZĘ.

(TO CZEGO WAS TAM UCZYLI 5 LAT NA TEJ ANGLISTYCE?)

(NO WIEM WIEM, ISTNY WYDZIAŁ GIER I ZABAW, NIC TYLKO ANALIZA I INTERPRETACJA POEZJI, A KTO ROZUMIE POEZJĘ, TEN ZROZUMIE WSZYSTKO!)

 

O! Już wiem, słówka GIRDLE się na studiach nauczyłam i mogę nim zaginać kogo chcę, z własnym mężem na czele.

I te niekończące się dyskusje w języku obcym, np. na temat:

 
- Men are animals, and therefore cannot be monogamous  
- Women, more than anything, want to be IN CONTROL
- Fundamentalism – define & discuss.
- Women as commodity in media – discuss.
- Dog poo – discuss. 


No takie właśnie ważkie kwestie, których rozkładanie na czynniki pierwsze jak się okazuje nie zawsze potem daje chleb.

No więc siedzę, nawadniam się, chodzę często siku i w głębi serca mego gorzko żałuję, że nie zostałam tą dietetyczką, farmaceutką, czy inżynierką.

Albo ministrą.

Albo szatniarką w hotelu Victoria.

 

Za to teraz jak mi od 6 rano facet napierdziela za oknem podręczną kosiareczką, której efektywność jest równa zastosowaniu golarki elektrycznej i on tym czymś ma właśnie zamiar przyciąć 10 arów trawki soczyście zielonej, pachnącej, to mogę se otworzyć okno i niczym Adaś Miauczyński zawołać:

 

ALE TYM? TAKIM? TAKĄ!!!!???????

 


                                                                         

Nasi bohaterowie jadą samochodem, słuchając polskiego Topu Wszechczasów w Trójce. W  pewnym momencie rozbrzmiewa przejmujący głos chóru…


 

Marieta: A to co – takie jakieś mszalne to jest.

Duszan: To jest Niemena, Bema Pamięci… coś tam.

Marieta: Aaaaa! Bema Pamięci COŚ TAM, pięknie! Twoja polonistka na pewno byłaby dumna. Bema Pamięci RAPSODNY ŻAŁOB!!!

Duszan: ???

Marieta: Eee, co ja mówię, hihiiiii, Bema Pamięci ŻAŁOSNY RAPSOD!

Duszan: ???

Marieta: AAAHAHAA!!! Chyba jednak jest za gorąco dzisiaj.


 

Pozdrowienia dla wszystkich polonistek :-)

 

Wielka Majówka upłynęła pod hasłem kinematografii.

Tak mi się życie ułożyło, że zostałam zmuszona do obejrzenia ostatnich 20 minut filmu The Hurt Locker – W pułapce wojny z moim mężem i nie polecam. Mój odwet był bezlitosny i godny akcji tego właśnie filmu.

Mianowicie, w kolejnych dniach zmuszałam go do oglądania ze mną takich dokonań wielkiego kina światowego jak Histeria, Mój tydzień z Marilyn, Spadkobiercy, Ki, Mikołajek oraz Yes Man (Powiedz Tak) – im dalej tym ambitniej.


 

Siedzę/ leżę na chacie z przedramieniem sinym od licznych wkłuć w żyłę z niedawnej przeszłości, odziana w czarną buntowniczą koszulkę 30 Seconds to Mars – THIS IS WAR.

O. mówi, że jedno pasuje bardzo do drugiego i wreszcie mój wizerunek jest spójny.

Poza tym wsłuchuję się w pasjonujące dźwięki strzelającej skóry na moim brzuchu, którym towarzyszy uczucie zjarania tejże skóry po leżeniu przez dwa dni plackiem pod chorwackim słońcem bez filtra UV (tak tak, SMARUJĘ od kilku miesięcy! Uderzeniowy krem przeciw rozstępom daje ulgę na całe 7 minut i zabawa zaczyna się od nowa).

Zaczynam też rozumieć kobiety, które opowiadały, jak to w 3-cim trymestrze przewrócenie się w łóżku z boku na bok zajmowało bolesne 5 minut, albo wymagało uprzedniego wstania.

Niewiarygodne, wiem, ale coś w tym jest, kiedy się leży na wznak z 5kg cukru na brzuchu.


 

No ale może być jeszcze gorzej.

Naprawdę.

Śniło mi się, że jestem znowu w liceum, w mojej klasie od biologii i razem z panią przygotowujemy akademię, w której ja jestem narratorem i mam wiele kwestii do wygłoszenia przez mikrofon. A nazajutrz kartkówka z nagonasiennych.

Gdybym miała wybierać powrót do szkoły albo obecne słodkie uziemienie, to zdecydowanie wybieram to drugie, z całym jego dobrodziejstwem.

Bez dwóch zdań.


  


  • RSS