broszki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 4.2012

Dotlenienie  – mission akompliszt.
Oprócz pierwszej, przesoczystej zieloności i kwitnących drzew, nie sposób nie zauważyć, że natura lubi być do pary ;-)

http://broszka.strefa.pl/viv1.jpg

Tej, chodź tutaj, jaki czad, rzucają orzechy!

Co Ty gadasz! Bez kitu, już lecę!

- No dawaj, dziobnij, może Cię nie zaatakuje.
- Sam se dziobnij, skoroś taki mądry.

- Ehhh, nie ma to, jak posiedzieć w cieńku.
- No, cieniek jest cool.

PARA – SOL = PRZECIW – SŁOŃCU

Nie da się już bawić w chowanego.

W taki tydzień to się może tyle wydarzyć!

Nieustające pasmo szaleństw.

Odkąd stałam się znowu w miarę mobilna, świat atakuje mnie bezustannie.

A to w formie wykluwających się form roślinnych lub zwierzęcych (nie udało mi się tego ustalić), oblepionych kapiącą mazią i przyklejających mi się w parku do nogawki lewej.

A to w formie mojego własnego samochodu (nawet on przeciwko mnie!)

A to w formie konieczności schylania się po każdy znaleziony grosik na szczęście.

 

Słowo daję, nie ma dnia bez podejmowania ryzyka.

 

To zapewne celebrowanie tej bolesnej świadomości spowodowało, iż spóźniłam się na badanie połówkowe TYLKO O TYDZIEŃ.

W dzień, który se ubzdurałam, nie mogąc się go doczekać, wypacykowałam się jak głupia, okrasiłam swój połówkowy image finezyjnymi akcesoriami, a tam słyszę:

 

ALE DOKTOR NA DZIŚ NIE UMAWIAŁ PACJENTEK, JEST PANI PEWNA, ŻE TO MIAŁO BYĆ DZIŚ?????

 

Patrzę w kartę ciąży, a tam jak byk stoi data o tydzień wcześniejsza.

 

HMMMM.

Czyli jak wtedy sobie czule spacerowaliśmy po pomidorówce z ciecierzycą, to trza było brać dupę w troki i lecieć sprawdzić czy dzieci zdrowe!

Ale po co, przecież to za tydzień, sama słyszałam.

Kiedy następnego dnia tam wróciłam, bo miła pani znalazła mi termin, zapewne pod wpływem moich lamentów, że tak mi się właśnie zdawało, że to i tak już późnawo i że to moja wina i ratunku, pół recepcji się ze mnie centralnie nabijało, a pół nie wiem, bo ze wstydu nie patrzyłam.

Wyrodna matka, słowo honoru.

Zaczyna się.

Pierwsze niepowodzenie rodzicielskie w nieustannym paśmie porażek odfajkowane.

Ciekawe, co jeszcze zawalę.

Mam tylko nadzieję że nie zapomnę o fotelikach samochodowych, żeby ich nie trzeba było przywozić ze szpitala na kolanach, na Boga!

 

Chociaż w sumie, zważywszy na tutejsze dziurawe drogi i kostkę brukową pokrytą wypiętrzonymi łatami asfaltu, to im raczej zafundujemy lot balonem wprost na dach naszego bloku.

  

Moje drogie i dający się policzyć na palcach jednej ręki drodzy!

Dziś proponuję dziecinnie prosty i fajowski przepis na deser, który ochrzciłam jako Tiramisu bez tiramisu, a na drugie dałam mu Tiramisu – bezalkoholowa  mega ściema.

 

Na 6 porcji potrzebujemy:

 

Paczkę okrągłych biszkoptów

Pół szklanki bardzo mocnej kawy

1 opakowanie sera mascarpone

1/2 małego jogurtu naturalnego

Wiśnie drylowane z syropu (ewentualnie z  kompotu)

Konfitura malinowa

Pół tabliczki gorzkiej czekolady

 

No i siup:

Do szklaneczek (odpowiadających rozmiarem tym od małej nutelli) wrzucamy po biszkopcie, zalewamy każdego 2-3 łyżeczkami zimnej kawy, na to trochę opiłków czekolady, na to po czubatej łyżce gładkiej masy z mascarpone i połowy jogurtu, na to po 5-6 wiśni, na to znowu po biszkopcie, które znów zalewamy centralnie 2 łyżeczkami kawy, na to po łyżce konfitury malinowej, na to jeszcze raz zalany biszkopcik, na to druga warstwa masy mascarpone z jogurtem i na to po kostce gorzkiej czekolady, a wszystkie porcje posypujemy opiłkami z 1-2 kostek.

 

Każdą warstwę delikatnie wyrównujemy, mniej lub bardziej dokładnie (to zależy jak bardzo nas skrzywiło pod względem pedanterii), a potem schładzamy w lodówce tak minimum ze 2 godziny.

O. jest twardy jak Roman Bratny i zdecydował się czekać do wieczora, ja pochłonęłam jeden już pod koniec roboty, przed zmywaniem, NA CIEPŁO.

 

Wczoraj dałam taką plamę życiową, że musiałam się jakoś ukoić.

TŁUSZCZEM i SŁODYCZĄ razem.

A poza tym, coś takiego jak godność i dystynkcja w spożywaniu słodyczy już jakiś czas temu zniknęła z mojego prywatnego słowniczka.

 

hipertrofia

2 komentarzy

Dopiłam herbatę i poszłam z dziećmi na zakupy.
Wizyta w sklepie z odzieżą ciążową skończyła się niemal ucieczką.
Nie wiem, ale nie bardzo mam ochotę przyodziewać się w bluzki i sukienki, które polegają na kopiowaniu stylu ciążowego Crystal z Dynastii, ktora lubiła odciąć sobie brzuszek sznurkiem nad lub pod nim.
Dżizas, dawać mi tu normalne sklepy!
Kupię se najwyżej rozmiar M i raczej styknie do końca (obecnie w rozmiarze M nadal tonę).

Potem los skierował mnie w dział tematyczny z zakresu ONUCE.

- To będzie chłopiec czy dziewczynka? – niespotykana dotąd atencja i serdeczność większości ekspedientek w stosunku do mnie mnie rozczula. Aż się nie chce przestawać być w ciąży.
- I chłopiec i dziewczynka :-)
- Wooow, naprawdę? Całe życie marzyłam, żeby mieć bliźniaki! –
ta wyjątkowo dużo wyniosła ze szkolenia przed podjęciem pracy.
- Proszę uważać, o czym się marzy, bo to się zazwyczaj spełnia ;-)

Nadal dotykam jakiejś magii, kiedy informuję ludzi o tym, że tu oto pod tym sweterkiem jest dwoje dzieci i to różnej płci.
I chyba za każdym razem robię taką minę, jakby nawet mnie samej trudno było w to uwierzyć.
Jakbym se regularnie urządzała takie prywatne Prima Aprilis i każdy (łącznie ze mną) się na to nabiera.
Dość nietypowe, trzeba przyznać.

No, w każdym razie, jeśli dzieci wdadzą się w mamunię, to z pewnością docenią mój gest i przyznają mi rację, że CIEPŁO W STÓPKI to podstawa!!!

Jednym okiem śledzę zmagania finałowe siatkarzy Resovii ze Skrą, a drugim podążam za klawiszami.

Jeny, jak tak patrzę na tych Rzeszowian (choć z nich tacy rodowici Rzeszowianie, jak ze mnie, czyli raczej przysposobieni, ale zawsze), to najbardziej im zazdroszczę tamtejszej MIEJSCOWEJ spółdzielni mleczarskiej.


Nie ma to jak prawdziwe lokalne sery, kefiry, masło, śmietana, a nie to, co mogę kupić tutaj, czyli chemiczna śmietana sprowadzana z Warmii, czy innej Łodzi, oraz ser biały twarogowy mielony dostępny w całej Polsce, przy czym w co trzecim opakowaniu jest on gorzki.
Miasto bez własnej mleczarni jest dla mnie spalone.
Trzeba mieć niezłego farta i kupę kasy, żeby zaopatrywać się w pobliskim sklepie, bo tego sera to nawet koty nie chcą jeść.

Nie wiem, na ile moje przemyślenia nabiałowe i owo ubolewanie nad tym, że muszę popierdzielać za kostką prawdziwego sera białego w pergaminie aż 10 km do centrum, na ile to ma wspólnego z tworzeniem się układu kostnego u dwojga ludzi zamieszkujących mój brzuch… domyślam się, ze SPORO.

(moja mama w ciąży tez miała taką jazdę, więc ja urodziłam się z wagą 4,300 oraz ze skaza białkową, cudownie).

Tak więc, moje życie ograniczyło się teraz głównie do odbywającego się co kilka dni polowania na najwyższej jakości białko, wapń, żelazo i mikroelementy.

 

Więc najbardziej chłopakom z Resovii zazdroszczę tego nabiału.

Że mogą se rano iść do najbliższego sklepu i walnąć se na śniadanko twaróg Resmlecz ze śmietaną Resmlecz, popić to kefirem Resmlecz i zagryźć kanapką z masłem Resmlecz.

 

I w ogóle zazdroszczę im tego miasta, które jest pełne różnych porządnych delikatesów, a nie – tak jak tu – dyskontów na każdej ulicy, w których taśma przy kasach (koszyki zresztą też) jest utytłana nieraz wybranymi, a nieraz wszystkimi naraz:

 

- rozsypanymi proszkami do prania

- rozlanymi płynami do nie wnikam czego,

- ziemią brunatną, myślę, że z ziemniaków, albo z doniczek kwiatowych

- lepkim czymś, co nie było starte tak na oko ze 2 tygodnie

 

I ja mam niby na to kłaść moją marchewkę.

Nie obchodzi mnie, że jest w torebce.

Nie zdzierżę i już.

Nie nadaję się do metropolii w Polsce A.
Jestem nieprzystosowana, jak Woody Allen.
Nie jestem w stanie zmusić się do zakupów spożywczych w miejscu, gdzie przede mną stoi pan kupujący rower, opony, buty oraz płyn do chłodnicy CIEKNĄCY.

Więc muszę popylać przez pół miasta do sklepu, gdzie wiem, że nie muszę tam na wejściu dostawać palpitacji ze strachu czy dzisiaj będą ogórki SKAPCANIAŁE, wyginające się we wszystkie strony jak plastelina, czy uff, wyjątkowo będą normalne.

A nawet jak będą piękne, zielone i jędrne, to i tak jak je wyłożę na taśmę, to potem będzie mi się mizeria pienić od tej chemii, w której się upanierują.

 

No.

Więc zazdroszczę zawodnikom Resovii miasta (i regionu), w którym dbałość, porządek i czystość widać na każdym kroku – na ulicach, chodnikach, placach zabaw, w sklepach, na podwórkach i w obejściach podmiejskich domów.

 

Podsumuję tylko króciutko, że moje powyższe spostrzeżenia są jakby odzwierciedleniem moich podstawowych potrzeb w ostatnim kwartale, czyli:

 

JEŚĆ I SPAĆ.

 

Malowniczo.

Można mi śmiało okazywać szczere współczucie w dowolnych ilościach.

 

REEEESOOOVIAAAAAAA!!!!!!!!!!!!
3:1  !!!!!!!!!!!!

   

 

Duszan trenuje przed debiutem jako pilot rajdowy w zbliżającym się lokalnym rajdzie samochodowym. Już niebawem, wraz z kolegą weźmie udział w powyższej imprezie, więc ostro trenuje, śledząc nagrania z trasy, własne notatki, oglądając liczne przejazdy, przypadki utraty przyczepności, popisy driftingu, czy klasycznee dzwony [czyli malownicze przywalenia centralnie autem w drzewo – przyp. autora]. W związku z tym, gorliwie poszukuje kasku. Ma już nawet jeden upatrzony, wcześniej zmierzony, optymalny, z możliwością podpięcia doń słuchawek i mikrofonu, co by nie musiał drzeć się na całe gardło do kierowcy, przekrzykując dający po uszach silnik.

 

Marieta: A czy w tych sklepach internetowych są jakieś opinie ludzi, którzy już go używali? Albo np. przeżyli w nim dzwon?
Duszan: Nie, bo raczej już nie umieją pisać.

Postanowiłam wczoraj wtopić się w nocny rytm miasta.


Wystąpić z nim na wspólnym obrazku, na tle jego świetlanych barw.



Zaszumiało mi w głowe po tym cukierku, jak nic!



No.



To tyle jeśli chodzi o szaleństwo.



Podczas gdy raczymy się ciszą i spokojem, jaki znowu zapanował w naszym domu i O. ogląda jakiś western zasiadłszy w swoim ulubionym ergonomicznym fotelu, do którego miał odcięty dostęp przez ostatnie 9 dni, przyszły mi do głowy różne takie przemyślenia.

 

(jeny, ale to jest naprawdę kino tylko dla prawdziwych twardzieli! Uwielbienie dla kina tego gatunku to jest ta mroczna cześć osobowości mojego męża, której się autentycznie boję. Co chwilę słychać wystrzały, mordobicie, mają miejsce akty podpalenia, groźby słowne i ogólnie pojęty mobbing. No i jeszcze te kwestie: Jak teraz nie uciekniesz, to zgnijesz w więzieniu albo zginiesz! Na co drugi mu odpowiada: Pfff, dopiero po śmierci będę naprawdę wolny! No nie wiem, chyba się nie wciągnę w projekcję.)

 

No w każdym razie, jak już czasem odbębnię ożywczy i wysoce wskazany spacer w słońcu, nastawie pranie i padnę z wycieńczenia, to jak czuję te 17 kopnięć na minutę, to mi się zdaje, że mogę wszystko. Ha! Chociaż tak naprawdę nie wolno mi nic.

Ale nie chodzi mi tu o sery pleśniowe, czy majówkę na Wyspie Słodowej, na którą chyba jednak nie pójdę, bo przysięgam, nie wystoję na Comie, Kaziku, Brodce i Nosowskiej pod rząd.

 

Chodzi tu raczej o moc, której doświadczam, odkąd noszę te dwa nicponie.

Porządek, jaki zaczęłam instynktownie robić we własnym życiu i entuzjazm, jaki temu towarzyszy, powoduje, że nie poznaję koleżanki.
Że jak se tak o tym pomyślę, to przecieram oczy ze zdumienia.

Jakie to wszystko było trudne PRZED. A jakie proste jest teraz.

Że świat wcale się nie kończy, kiedy ja mówię BASTA, DO CHOLERY JASNEJ.
Just try and stop me, normalnie. 


A już jak se pomyślę, jak to się dobrze stało, że te ponad 8 lat temu odezwałam się do mojego męża, a potem on się odezwał do mnie, to chce mi sie ryczeć.

Że się znaleźliśmy.

Że im dalej w las, tym lepiej, bliżej, zgodniej, pełniej.

Że jak przychodzi kolejny moment próby, to okazuje się facetem z krwi i kości, a nie zwykłym palantem, a przecież mógłby. Ale nie.

Jestem nawet gotowa czasem przymknąć oko na to trzaskanie po pyskach na ekranie.

Już trudno.

 

No fajnie jest, po prostu.

Wiem, że niedługo będę wyglądać jak zombie, że pralka nie będzie nadążać i w ogóle JAK WY NAKARMICIE I WYKĄPIECIE DWÓJKĘ!?

Wiem, naprawdę. NIE-WY-KO-NA-L-NE.

 

Tymczasem, lekko mi zalało mózg endorfinami, przecież widzę!

Ale raczej chwilowo nie będę temu zapobiegać.

Jezu, a może to wszystko przez tego ohydnego Michałka z Wawelu?

Przecież on jest ze spirytusem!!!

    

Jestem troszkę niewyspana.

I tak się właśnie zastanawiam, czy powodem może być przewracanie się całą noc z boku na bok z powodu bólu wszystkiego, czy może z powodu pomocy, wsparcia i opieki, jakimi obdarzyli mnie goście w ostatnich dniach. Wszystko oczywiście w ramach empatycznych odwiedzin i wsparcia dla ciężarnej.

 

Tak sobie myślę, że czas sporządzić pierwsze notatki, a w nich zamieścić żelazne punkty, które każdy młody człowiek (w tym nasze dzieci) powinien przynajmniej raz w życiu usłyszeć we własnym domu, inaczej w życiu późniejszym staje się tzw. TRUDNYM GOŚCIEM, a tego przecież chcielibyśmy chyba uniknąć, czyż nie? Wydawało mi się zawsze, że takie rzeczy każdy ma wdrukowane od urodzenia, ale nic bardziej błędnego.

Tak więc, do przekazania potomnym:

 

Zawsze bądź miły i uprzejmy dla swoich gospodarzy (osób, które cię goszczą).

Nigdy nie rozwieszaj swojego ręcznika kąpielowego na fotelach w salonie gościnnym, ani tym bardziej na krześle w jadalni.

Zawsze miej ze sobą swój własny przybornik do paznokci.

Nigdy nie zostawiaj na umywalce połowy swojego zarostu po porannej toalecie.

Nigdy nie pytaj gdzie jest jakieś piwo i czemu gospodarze go nie kupili. Istnieje ryzyko, że np. piją tylko czerwone wino i po prostu zapomnieli w ferworze przygotowań.

Nigdy nie pytaj, skoro już pijesz herbatę co 30 minut i walisz do każdej po 4 łyżki cukru, dlaczego nie ma go już w cukiernicy i dlaczego gospodarze dosypali tylko 5 łyżek. Istnieje ryzyko, że cukier właśnie się skończył, bo sam go zżarłeś.

Nigdy nie oglądaj w nocy telewizora głośniej niż połowa na skali głośności, kiedy gospodarze już śpią, bo są w ciąży i jutro pracują, więc wstają o 5:30. Istnieje ryzyko, że nie dokupią nazajutrz cukru.

Kiedy opróżniasz szklankę, odnieś ją do zlewu, zanim przyniesiesz sobie następny napój. Unikniesz ryzyka konieczności sprzątania po tobie 5 pustych szklanek.

Nigdy nie mów: Może ci poodkurzać, tu koło lampy jest kurz! Nigdy i basta. Najpierw miej idealnie czysto u siebie w domu, to naprawdę wystarczy.

Nigdy nie dyktuj gospodarzom, co mają całymi dniami oglądać na DVD/ komputerze, drwiąc z ich gustu i upodobań w tej kwestii, ani też nie odgrażaj się, że następnym razem przywieziesz im 15 transz serialu science fiction opartego na komiksie, gdyż na pewno każdemu normalnemu człowiekowi się on spodoba.

Nigdy nie zawalaj gospodarzom lodówki, gdy się na to nie umawialiście, mówiąc przy każdym jej otwarciu: O Chryste, jak super pachnie ta moja kiełbasa! Istnieje ryzyko, że nie musisz tego mówić, bo czuć ją doskonale w każdym pomieszczeniu w domu.

Pamiętaj, że gość w dom, Bóg w dom, ale każda wizyta powinna się kiedyś skończyć. Najlepiej po 2 – max. 4 dniach. Szczególnie, kiedy mowa nie o piętrowym domu, a o maluteńkim mieszkanku w bloku.

 

Nie, nie notowałam skrzętnie powyższych przykładów.

To jakieś 20% z tego, co zapamiętałam, o reszcie zapomniałam i to chyba dobrze.

Nie ma to jak odwiedziny w celu odciążenia ciężarnej ;-)

A tymczasem nie jesteśmy nawet jeszcze na półmetku wizyty…

 

Odwiozą mnie, czy mnie nie odwiozą? – that is the question.

   

              
                       Radosnych Świąt :-)



  • RSS