broszki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 3.2012

Ledwie się odkopałam z góry czekoladek Metr Szokolatier Alkohol Free, a tu już mnie wkurzyli.

Ja wiem, ze reforma emerytalna to jest twardy orzech do zgryzienia i żadna kobieta nie przyklaśnie z radością na wieść, że ma tyrać na zakładzie o 7 lat dłużej, ale jak słucham tych wszystkich ludzi, co tak wrzeszczą, podczas gdy ich nawet ta reforma nie dotyczy, tylko np. mnie (a ja nie krzyczę, chyba, że z bólu pleców), to mnie coś bierze.


Uważam, że skoro na dzień dzisiejszy nie da się bezpiecznie myśleć o przyszłości bez tej decyzji o wydłużeniu wieku emerytalnego, to już trudno.

O wiele bardziej bałabym się sytuacji typu obecna Grecja będąc w podeszłym wieku, a zdaje się, chodzi o to, aby takiego bagna uniknąć.

Choć nietrudno mi sobie wyobrazić, że gdybym np. z takim bólem pleców jak w ostatnim czasie (a jest to objaw jakże często doskwierający ludziom po 60-tym, nawet po 50-tym roku życia) miała dalej wykonywać codziennie swój zawód, to ręce opadają. A rozumiem, że renty na napierdzielające krzyże nie dostanę.

 

I tak mnie tknęło.

Że skoro sytuacja wygląda jak wygląda.

Że tak ogólnie Europa się starzeje i nie będzie miał kto opłacać składek na nasze emerytury, to recepta jest jedna:

 

K O P U L O W A Ć !

Bez przerwy kopulować.

 

Że tak zacytuję znowu Testosteron, mój ulubiony film, który jak widzę powoli staje się light motivem tego bloga. Ale dlaczego nie miałby, jest taki mądry!

 

A mówię to w nadziei, że już niedługo będę mogła zaoferować światu dwie brand new składki emerytalne, z wypasionej pensji syna i marniutkiej pensyjki ciemiężonej przez patriarchalny system córki.

Poza tym nie ma co gdybać jak będzie wyglądał świat za 30 lat!

Może natura sama to jakoś wyreguluje?

Ponoć w 2040 roku co druga ciąża już będzie mnoga!

I dwa razy więcej składek jak w mordę strzelił, a wszystko dla nas, drodzy obecni 30-latkowie.

30 lat temu np. zabrali Kościołowi, w międzyczasie hojnie oddali, a teraz znowu będą zabierać! Tak że nie chwalmy dnia, czy jakoś tak.

Jezu, ale jestem optymistyczna w tej ciąży, co to się porobiło…

 

Sponsorem notki były: Caprice Moka oraz Marzipan Hazelnutcream.

   

Słowo daję, zaraz padnę.

Plecki dały o sobie znać dość znacząco.

Normalnie w poczekalni przychodni, gdzie średnia wieku pacjentek wynosi 65 lat i każdą boli kręgosłup – znalazłabym wiele koleżanek.

Chyba to dlatego, że brzuch jakby dość wystrzelił i jak ostatnio byłam z O. w wielosklepie (w Peek& Cloppenburg rzucili wiosenne, ożywcze desenie koszul w kratkę, taliowanych, samoprasujących!), to jakby każdy z przechodniów miał dowód na to, że przynajmniej raz w życiu uprawiałam sex. Ni cholery nie da się tego już ukryć w mgiełce tajemniczości.

 

Marzę o pilatesie, ale mi nie wolno.

Marzę o bieganiu, ale to już mówiłam.

Marzę o 2 nurofenach co godzinę, ale nie wolno.

Marzę o pójściu do teatru, bo w końcu mieszkam chwilowo w mieście Z TRAMWAJAMI, gdzie ponoć uprawia się Sztukę wysoce odchamiającą, ale bym musiała co 10 minut iść siku, a co 3 minuty na masaż do fizjoterapeuty.

Marzę o maratonie po sklepach, bo np. zimowych wystaw w tym roku nie widziałam na oczy, a wiosennym czuję, że nie poświęcam dostatecznej uwagi.

Ale uważam, bo średnio mi pasuje rozkoszny powrót do reżimu leżeniowego.

 

Tak więc ostatnio uprawiam tylko to, co wolno, czyli np. plane-spotting.

Czyli empatyzuję z mężem, śledząc ruch na europejskich lotniskach.

FASCYNUJĄCE, wiem.

(swoja drogą ciekawe, czy on też empatyzuje ze mną w łupaniu w krzyżu, musze to jakoś sprawdzić).

Dokonuję tym samym analizy porównawczej działania stron owych portów, w których w danym momencie przebywa mój wybranek pod względem setnych sekundy, który sprawniej i bardziej na czasie zmienia status danego lotu, z gates closed i final approach włącznie. Nie, nie mam męża pilota, choć jak ostatnio mijaliśmy na osiedlu jednego pana pilota, który najwyraźniej czekał na taksówkę w pełnym umundurowaniu, to musze przyznać, że szczęka lekko mi opadła.

No ale nic.

 

Jest powrót z Belgii, będą praliny!!!

    

Całkiem ładnie się ta wiosna zaczyna, całkiem.

Ostatnie dwa dni miałam troszkę z głowy, bo mieliśmy iść na widzenie z dziećmi.

Uwielbiam ten moment, kiedy siedzę przed drzwiami i czuję, że puls mam 120, a potem leżę i widzę, że dzieci mają puls po 160 (gen paniki ewidentnie po mnie, pięknie, brawo), na co ja czuję, że mi wzrasta do 125, po czym lekarz mówi, że mi zmierzy ciśnienie.

Sorry, ale tak na mnie działa biały kitel i to urządzonko z pompką i całymi dniami mogę się słaniać jak śnięta ryba, a jak widzę tą pompkę, to mi rozwala skronie.

Już trudno.

 

(Swoją drogą, pomiar ciśnienia u kobiety, która dopiero co patrzyła na rozrastające się pół przedszkola we własnym brzuchu, nie zawsze jest dobrym pomysłem).

 

W każdym razie, dzieci się zdyscyplinowały (po raz pierwszy występowały na żywo przed ojcem), więc raczyły bardzo precyzyjnie objawić swoje płciowe ja.

 

Nawet nie wspomnę, że poprzedniej nocy O. obudził się dość zmieszany, bo mu się śniło, że dwie córki. Dawaj, szybko przekopujemy merlin.pl i szukamy poradnika „Jak zrobić z córek Martyny Wojciechowskie, a nie królewny na ziarnku grochu”.

 

No ale lekarz mówi:

Tu jest córka….. (Panie Boże, ja nie chcę dzielić losu z żonami króla Henryka VIII, ale już trudno, skoro taka jest Twoja wola)……….. a tu jest syn!!!

 

Tak więc wszystko jasne, skąd jestem taka mądra ostatnio, skoro nawet własnemu mężowi jestem w stanie wytłumaczyć różne zjawiska, np. czym jest KOMODYZACJA produktów i usług, czy jak jeść brukselkę, żeby nie była gorzka. Otóż, posiadłam tajemną wiedzę o wszechświecie, niepodlegającą ŻADNEJ dyskusji, a przez moje jestestwo przepływa najjaśniejszy ze strumieni światłego oświecenia – odkąd na stanie moich organów pojawił się ON. Penis. Symbol wiedzy, postępu i cywilizacji. Więc korzystam, póki mogę.

 

I normalnie boję się powiedzieć głośno, że moje marzenia się spełniają.

Że jednak wuja Lechu minął się z prawdą, biadoląc nad nami, że pewnie doznamy tylko wychowywania jednej płci potomków.

Że jednak będzie co rano zarówno upinanie spinek z kokardkom, jak i portki na szelkach.

Ospa w wydaniu chłopięcym i dziewczęcym.

Budowniczy Bob i pierwszy błyszczyk z Sephory.

Kosmos jakiś.

    

far from

1 komentarz

Chciałam tylko donieść, że ktokolwiek sprzedał mi ten cholerny błyszczyk co to niby ta różana ekstaza i wszystkie dziennikarki BBC dostały kociokwiku na jego tle, to jakiś lewus!

Organiczny to on może i jest, ale jak dla mnie to nie jest róża, tylko geranium!
Skąd wiem?
Po pierwsze, jadąc samochodem nutka zapachowa czerwonych płatków i mechatych liści żywcem z balkonu zdominiwała moje zmysły i przytłumiła nawet kwiat czereśni dobiegający z saszetki zapachowej na tylnich drzwiach.
A poza tym, dla upewnienia się, dokładnie obniuchałam sobie obie wargi – górną i dolną (tak tak, przykłądając je wprost do nosa).
Ostatecznie, co powinno rozwiać wszelkie wątpliwości, cały dzień odbija mi się pelargonią, więc sprawa jest oczywista.

I teraz jestem trochę w kropce.
Czy mam odesłać im to uniwersalne cudo (które pewnie udaje i różę i paprotkę i limonkę i kurna orchidee) do polskiego wspaniałomyślnego pośrednika wraz ze swoim unikalnym opuszkiem palca prawego małego, czy wizualizowac sobie poprzez zmysł powonienia, że mam lato na balkonie i o jak cudownie, bo w tym roku nie ma mszyc!

Zaraz zwariuję.

zieeeeeew

1 komentarz

 

Dowiedziałam się niedawno, że wszystkie moje Jezus Maria, Jezuss, Chryste Panie, Matko Boska, i No o mój Boże! – wcale nie są grzechem wynikającym ze sprzeniewierzenia się drugiemu przykazaniu, tylko wzruszającym momentem wołania o pomoc i wstawiennictwo Najwyższego.

A mówił to sam Szymon Hołownia, więc jakby informacje z pierwszej ręki.

Chodzi podobno o to, żeby se Panem Bogiem gęby nie wycierać, a wołanie o wsparcie nie jest niczym złym.

(swoją drogą jak to się stało, że ksiądz mnie dopuścił kolejno do komunii i bierzmowania bez rozumienia dekalogu, jest dla mnie dość enigmatyczne, no chyba, że sam mnie tak nauczył go rozumieć, nawet niewykluczone).

 

W każdym razie JEZUS MARIA, BÓJCIE SIĘ BOGA, JEST!!!

Przyszła!

Myślałam, że nie doczekam, leżąc i patrząc długimi miesiącami na sypiący śnieżyczek i grafitowe chmury zmieniające się w czarną noc tuż po 15:30, ale dałam radę.

 

Poprzedni, prawie letni weekend spędziłam puszczając się w miasto i szukając smartfona z czarnymi pleckami, bo mój mąż uznał, że niebieskie są dla niego ujmą.

A ten smartfon z abonamenciątkiem i dostępem do Internetu jest nam jak widać bardzo potrzebny, bo gdybyśmy go mieli, to obdzwonilibyśmy wszystkie salony Plusa w tym mieście, zamiast odwiedzać je osobiście.

Na szczęście w 17-tym salonie był (powiedziałam, że więcej nie szukam, więc jakby nie było wyjścia). Obecnie smartfon jest w serwisie, bo jakeśmy go przynieśli, to się od razu zepsuł.

Będzie może za tydzień, ale za to będzie czarny!!!

No i mam taką refleksję, że to na pewno NIE JA jestem estetką w tym związku.

Ale oj tam.

 

Wiosnę astronomiczną, meteorologiczną, kalendarzową oraz uczuciową powitałam przespaniem połowy dzisiejszego dnia (to chyba w ramach przykazania Pamiętaj, abyś dzień święty święcił).

 

Jak dzisiaj zobaczyłam prognozę na 16 dni, to się prawie popłakałam.

Nie wiem, czym sobie zasłużyłam na te nadchodzące 2 tygodnie bez cienia chmury i z temperaturami dobijającymi za tydzień do 20-stki, ale widocznie czymś musiałam.

 

Marzę o rurce z bitą śmietaną i kawie z mlekiem u Grycana.

Oni tam mają takie wspaniałe filiżanki i karty z deserami lodowymi, które do tej pory zawsze wystarczało mi tylko pooglądać i być szczęśliwą.

 

Dżizas, jak se pomyślę, że teraz już do października wystarczy tylko wsunąć  balerinki, to mam ochotę biegać, skakać, latać pływać, w tańcu w ruchu wypoczywać.

Oczywiście gdybym mogła, bo w obecnych okolicznościach mogę tylko kroczyć z gracją i w sumie to by było na tyle.

Z gracją – póki się da.

A dalej zobaczymy.

     

- Ostatni raz nakładałam kolor pod koniec października ubiegłego roku. – przyznałam się uczciwe, posadzona przed lustrem przez mistrza M – Z innych przewinień to nie nakładałam odżywki jak kazaliście na 10 minut, bo przez ostatni kwartał ledwo zdążałam spłukać szampon, otworzyć drzwi kabiny i szybko doczołgać się do kanapy bez tchu.

- Daj spokój, są różne momenty w życiu – bez wahania udzielono mi odpuszczenia win i można było zacząć kompleksowy tuning mojej fryzury.

 

Uwielbiam fryzjerów, którzy wpierw posadzą mnie przed lustrem i oszacują z czym przychodzę i w którym kierunku idziemy, a nie jak to zawsze jest u jakiejś pani Joli, że na dzień dobry DO MYCIA! A potem się ona mnie, zmokłą kurę pyta, TO CO ROBIMY???

 

No.

A u mojego fryzjera było super.

Przede wszystkim dowiedziałam się o ciąży i funkcjonowaniu oraz pielęgnacji ciała kobiety w tym stanie więcej niż od swojego lekarza.

Uspokoił, że jego klientka, doktor neonatologii powiedziała, że jej podopieczni rozwijają się ekspresowo, a najbardziej to ona w ogóle lubi takich pacjentów około kilograma wagi i ogólnie no problemo.

Potem na kanapie, kiedy kolor wnikał, malowniczo ulizana i odziana w stylową folię witałam nowych klientów niczym wizytówka salonu, obejrzałam (bo przecież nie przeczytałam!) rosyjskiego Vogue’a, w przerwie ucinając sobie partyjkę w karty z młodocianym szkrabem, który czekał, aż mamie zrobiom to samo, co mi. Dżizus, dlaczego on się mnie nie bał z takim imidżem, jest dla mnie do tej pory prawdziwą zagadką.


- O, mamo, jaki ci wyszedł ładny pomarańczowy! – zablefował młody matce blondynce podczas spłukiwania. Takie dziecko, to ja mogę mieć. Element wesołości w życiu zapewniony!

 

No. A potem juz tylko ciach ciach i po łącznie 3 godzinach byłam jak nowa.

 

I znowu spokój na pół roku, hehehehee.

   

Drogie Panie, co tu wchodzicie!

Dziewczyny, Towarzyszki, Siostry!

 

Wręczam Wam dziś po wirtualnym goździczeńku i częstuję sporą łyżką domowego kajmaku dla osłody życia, a rajtuzy to same tam wiecie, jakie sobie kupić.

 

Która idzie na manifę?

Ja mam dylemat, czy w niedzielę iść pomachać jakimś transparentem, bo z jednej strony jak tu się nie zgodzić z tegorocznymi postulatami? Że niewystarczająca liczba miejsc w przedszkolach, że niemądre dysponowanie milionowymi nakładami, bez porozumienia z MIESZKANKAMI i mieszkańcami, żeby w końcu jeszcze raz huknąć przez megafon o tym, że poniżana i maltretowana kobieta w żadnym domu, ani tym przesiąkniętym oparami alkoholu, ani w tym tzw. „porządnym” nie odsiaduje wyroku, tylko może się z niego uwolnić, … itd. itd.,

 

ALE.

 

ALE ALE!

ALE.

 

Kiedy słyszę z ust p. Kazi Szczuki, że Euro w Polsce oznacza głównie przyjazd setek czy tam tysięcy prostytutek, biednych i ciemiężonych kobiet spełniających zachcianki panów (tak jakby ktoś je do tego zmuszał), że będzie to nic innego jak tylko zbiegowisko ludzi z chorobami wenerycznymi, no to ja nie wiem, czy ja chcę, żeby ta cała Partia Kobiet MNIE reprezentowała.

 

Ja rozumiem, że czasu antenowego jest mało i trzeba polecieć czymś kontrowersyjnym, żeby ktoś to w ogóle powtórzył, ale chyba nie ta retoryka, drogie Panie.

 

Dlaczego zalążek partii, która chce zrobić coś dobrego dla kobiet w tym kraju, której potencjalny elektorat wynosi minimum 51% społeczeństwa (a kobiety naprawdę mają przekichane w związku z często wieńczącym ich karierę macierzyństwem, czy np. ciągłymi zwolnieniami chorobowymi na dzieci, co bardzo osłabia ich pozycję w firmach itd.) zyskuje w wyborach ostatecznie jakieś śladowe głosy poparcia?

Przecież za wzór mają cały czas kraje skandynawskie, gdzie kobietom, matkom żyje się wspaniale.

Przecież chcą wzmocnienia praw kobiet, wyrównania szans, etatów na wysokich szczeblach, żłobków, przedszkoli, niań, wysokich emerytur.

 

Co w takim razie nie działa?

Ano, obawiam się, że właśnie to ograniczanie się do emocjonalnego bicia piany, awanturnictwa, obrażania i wytykania facetom tego, że to ONI nie mogą (czy nie chcą) rodzić dzieci.

 

Feminizm w wydaniu Magdaleny Środy, Małgorzaty Domagalik, czy choćby Jolanty Kwaśniewskiej, ich klasa, ton i styl wypowiedzi przekonują mnie całkowicie, choć nie wiem, czy mają one cokolwiek wspólnego z Partią Kobiet, czy manifą.

A przecież wszystkim chodzi o poprawę sytuacji kobiet w Polsce.

O mówienie wprost o tym, co stanowi tabu.

Co jest niedopuszczalne.

Na co kobietom PRZENIGDY nie wolno się godzić.

  

Dobra, a teraz dedykacja dla wszystkich szowinistów, gnojów i popaprańców nie szanujących swoich kobiet:

 

Spotykają się dwie góralki.

- Wiesz, miałam ostatnio randkę z takim jednym inteligentem.

- O! I co i co? I jak było?????

- Aaaaa, czy ja wiem? Niby OK., ale on miał tego, no… penisa.

- Penisa? No i jak?

- Aaaa. Taki jak ch*j, tylko miękciejszy.

 

   

Nie ma co, najwyższy czas podjąć trudny temat histerii w życiu kobiety.

A umówmy się, że w tej kwestii mam dość spore kompetencje!

Tymczasem, tak jak przed ciążą dokonania miałam o niebo okazalsze, tak teraz nuda.

Zdecydowanie obserwuję przewagę błogostanu i zapewnianego chyba przez Kosmos (bo skąd inaczej) względnego spokoju, dystynkcji i zrównoważenia.

 

- Popatrz, bo ja w tej ciąży to w ogóle jakaś spokojna jestem, co nie? – rzekłam razu jednego do męża w sytuacji, w której normalnie skręciłoby mnie już dawno od środka.

 

Na co on (zjeżdżając z Legnickiej w Braniborską, pamiętam jak dziś!) wyjechał mi z teorią, że poziom zrównoważenia kobiet w ciąży jest zapewne mniej więcej podobny, tylko JEDNE RÓWNAJĄ DO GÓRY, A INNE DO DOŁU.

 

Czyli mniej więcej chyba znaczyło to tyle, że mój względny i nietypowy spokój, dla innej, zwykle opanowanej laski, będzie u niej w ciąży postrzegany jako hormonalne rozedrganie.

 

Swoją drogą, zastanawia mnie jedna rzecz – skąd on nagle jest takim specjalistą od ciąż, bo chyba nie opiera swojej wiedzy na podstawie moich.

 

No, w każdym razie jestem JAK NA MNIE oazą spokoju, z przerwami na przelotne epizody skrajnej rozpaczy, które mają charakter wiosennych burz – intensywne, ale bardzo krótkie.

Zaiskrzy, pierdyknie, lunie solidnie i przejdzie chmura w 8-12 minut i dalej czarownie.

Normalnie, to sorry, jak się u mnie zaciągnie, to wisi nawet dobre 2 dni i półtora wiadra łez wylane musowo.

A tu proszę.

 

No i tak właśnie było wczoraj.

 

Ledwo zdążyłam podzielić się z O. swoim poczuciem megamotywacji do działania, ogromem entuzjazmu na to, co ma przyjść, złapać ten przebłysk niczym niezmąconej radości, że nasze plany i marzenia są raczej zbieżne i wielce możliwe do realizacji, po czym zjadłam obiad i spadłam w przepaść/

 

A była to przepaść ciemna, obca, nieodgadniona, pełna niezrozumienia, pełna niepozałatwianych relacji w gronie moich szanownych bliskich, widmo przemiany w styraną, zmęczoną, nieatrakcyjną MATKĘ, w poplamionej bluzce, ze strąkami i poodpryskiwanym lakierem, która nie spała od dwóch lat i która nie ma czasu ani siły wziąć do ręki ksiażki.

 

No i poooszło.

 

I tak jak niektóre kobiety potrzebują do odzyskania równowagi np.:

 

- podkładu Dior, względnie Helena Rubinstein

- szpilek 17cm na platformie 9cm

- pełnej i niepodważalnej kontroli nad mężczyzną/ -ami

- 15-tu odcinków Sex and the City pod rząd

- masażu lomi lomi

- wizyty u fryzjera, gdzie wpierw pan Hubert zajmie się koloryzacją, a następnie pan Czarek zajmie się strzyżeniem i stylizacją (jestem umówiona na sobotę! Hehehee),

 

To ja, aby poczuć się w świecie błogo i bezpiecznie, aby ukoić swoje wewnętrzne dziecko (teraz nawet całą trójkę!), potrzebuję

 

- 1 JABŁKA pokrojonego na ćwiartki, bez gniazd nasiennych

- 4-5 łyżeczek CUKRU

 

Tak, moje drogie.

Potrzebuję wtedy powrotu do dzieciństwa, kiedy to wieczorem małe kawałki jabłek obtaczało się dokładnie w cukrze.

 

Wersja intensywnie ratunkowa do wglądu w Testosteronie, kiedy to Kornel pochłania cukier łyżeczkami PROSTO Z CUKIERNICY.

 

I coś w tym jest.

 

Profilaktycznie od wczoraj cukiernicę mam na ławie, w zasięgu ręki ;-)

    

Z nieukrywaną radością powitałam panujący nam marzec.

Uczciłam go wczorajszym 3km spacerem w bezczelnym, gorącym słońcu, bez cienia zadyszki. Acz wyjście takie, bez choćby trzech kostek czekolady było totalnie nieodpowiedzialne, gdyż podchodząc z powrotem pod dom, mieliśmy do czynienia z regularnym alarmem głodowym.

 

Powoli dociera do mnie, jak ważne jest, żeby nie zmarnować własnych dzieci.

Nie przetrącić im lekuchno kręgosłupków, nieświadomie powielając głupie i niezrozumiałe zachowania własnych rodziców, za które dzisiaj mogłabym im wystawić spory rachunek.

Przeraża mnie lekko fakt, że w pewnych sytuacjach WSZYSCY KOPIUJĄ nienormalne akcje własnych rodzicieli, bo na kimże innym mieliby się wzorować. Że pomimo innych, czasem  licznych autorytetów, osób, które nam imponowały w życiu, gdzieś tam głęboko mamy wdrukowany kod piekiełka naszego domu rodzinnego i wtedy, kiedy nie ma czasu na zastanowienie, tak całkiem na gorąco, kiedy trzeba postąpić instynktownie, trach! I koło zatoczyło okrąg, jak mawiała Viola z Brzyduli. Potrzeba nie lada mądrości, moi mili, a powiadam to Wam ja, która oddała całe swoje IQ własnym dzieciom, całe 70, podzieliwszy je równiutko i sprawiedliwie po 35 dla każdego i pytam swojego męża ostatnio, jakie są znane miasta w Indiach, bo zapomniałam.

 

Tak więc, dla poratowania własnej kondycji umysłowej, rozpaczliwie rzuciłam się na lekturę najnowszego Witkowskiego (choć wiem, że gwarancji nie ma! A już o Indiach to on tam raczej na pewno nie pisze, ino o polskim wybrzeżu), zamiast siać zgorszenie u co poniektórych, że jak to tak – Drwal czeka na swoją kolej!? – KPINA!

 

I marzy mi się praktycznie wszystko.

Począwszy od joggingu co rano, poprzez zbliżenie się do kota bez śladu paniki, że mi zaraz tyłkiem przejedzie po sztućcach, rozbijanie łopatą jeszcze lekko zmrożonej ziemi, podcinanie jabłonek na drabinie, innymi słowy wiosenny remanent w ogródku, którego nawet nie mam, na takim konkretniejszym kalibrze skończywszy.

 

Jedno jest jednak pewne.

Skończy się cholerny sezon parszywych choróbsk i 1 kwietnia idę na lody.

Każę sobie kurna nałożyć sułtańskie, różane i mięta szczekoladom.

A potem jeszcze raz to samo! Bez dwóch zdań!

 
 


  • RSS