broszki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 2.2012

Ekologiczny fiś zauważa się, że mi się potęguje.

Staram się znajdować wszystkie kosmetyki ekologiczne, jakie mi popadną (popadną mi, czyli nie przekraczają ceny 24,99 za 250 ml).

 

No i tutaj znowu poległam.

A wszystko – oczywiście – przez mojego męża.

Po co nieproszony doniósł mi najnowsze Zwierciadło?

Po co chciał, żebym poczytała coś o kobiecym EGO, a nie tylko te podręczniki, a w nich kojce, wanienki, kocyki polarowe, odpadanie pępuszka, wkładki laktacyjne???

No.

To już przeglądam ten magazyn, trudno, a w nim NAGLE!!!! WIDZĘ!!!! TO:::::::::::



No, panie, toś se narobił.

Nie jestem pewna, czy ta lekkomyślna inwestycja 8,90 w kolorowy magazyn była taka opłacalna, skoro pociągnęła za sobą kolejną inwestycję, tym razem kosmetyku ekologicznego, kosztującego 750zł/ 250 ml (spokojnie, to cudeńko mieści tylko 8ml, hihihihiii).

 

No to teraz będzie.

Teraz się zacznie.

Po co mi klikająca pomadka Chanel, skoro będę miała to nieskończenie piękne różowe puzdereczko w torebce, zakładając, że wyjdę cało z Projektu Multibaby i w ogóle gdziekolwiek jeszcze pójdę!

No ale skoro kobieta w ciągu życia zjada 7 kilo szminki i innych chemicznych błyszczyków, to znowu jestem do przodu biochemicznie!

Nie mówiąc już o tym, że usta będą mi pachniały płatkami róż (bo z japy, to chyba bez zmian – czyli żółty ser i szczypior, hehehehhh), a i męża przyoblekę w nutkę Rambling Rose to tu, to tam, to może mi wybaczy ten kaprys zakupowy, po którym nie mam ani grama kaca?

 

Uwaga, lista adresów TU.

 

Oczywiście inne opcje kwiatowe też są dostępne, w końcu na takiej róży świat się nie kończy, no jakże by tak.
 

Powiem szczerze, że w zaistniałej sytuacji nie dysponuję za bardzo wieściami z szerokiego świata, ani tym bardziej jakimiś głębszymi refleksjami.

Owszem, obejrzałam ostatnio Rzeź Polańskiego, ale nie wiem, czy to się liczy, bo musiałam co 3 minuty robić sobie przerwę, aż się doładuje następny kawałeczek. Tak więc bardziej to były fotosy z filmu, aniżeli sam obraz, ale zawsze coś. Ale film ogólnie czadowy.

 

Z odkryć ogólno życiowych powiem tylko jedno:

Nie jest prawdą to, że w przyrodzie nic nie ginie i jestem tego najlepszym przykładem.

 

No bo jak inaczej nazwać zjawisko, kiedy mimo tego, że co godzinę dostarczam sobie ok. 500 kcal w formie kolejnych śniadań, obiadów, deserów, ton ryb, mięs, owoców, pączków, ciast itd., a przy tym nawet nie spacerując, tylko LEŻĄC, ważę dokładnie tyle samo, co w dniu studniówki, a do tego hemoglobina poleciała mi na łeb na szyję.

 

Mąż na tą wiadomość dostał NERWOBÓLI, no bo ile można wnosić do domu siat z pełnowartościowym i zbilansowanym jedzeniem, ile można stać nad garnkami, ile można wycierać blaty po kuchennych rewolucjach, a koniec końców to wszystko krew w piach.

 

- Nietrafiona inwestycja – podsumował krótko i pobiegł po żelazo do apteki.

 

Teraz napierdziela go pół czaszki, ucho, oko mu lata i pada wyczerpany o 21:15.

A ja żądam pójścia na tańce, oczywiście do czasu aż nie wstanę i po 5 krokach zdyszana jednak postanawiam szybciutko znowu się położyć.

No i tak o.

 

Poza tym przyszedł pierwszy siedmiopak body TINY BABY! W autka!

Stwierdzam, że tylko mothercare nie wywołuje u mnie instynktu ucieczki i tego się będę trzymać.

No, ale nim one u nas zawitały, trzeba było o nie walczyć jak lew!

Wpierw, listonosz uznał, że pfff, i tak każdy pracuje, więc wrzucę od razu awizo do skrzynki, nawet mi się nie chce pisać w jakich godzinach odbierać, ani o której nie zastałem adresata, komu by się chciało (oczywiście byłam w domu).

Potem po badaniach rano pocałowałam klamkę u zardzewiałych drzwi poczty, bo czynne od 10:00.

Potem męża odesłali, bo co to za mąż, co ma inny adres niż żona, a ten dowód osobisty żony niech pan zabierze, bo nie wolno się posługiwać obcymi dowodami osobistymi! (To po co ja się żeniłam?! Żeby teraz być obca w oczach urzędu? No bo co to ma być, nie? Mąż mieszka gdzie indziej, żona gdzie indziej! Kiedyś to się w jednej wsi poznawali i razem pod jednym dachem spali, a teraz, panie, to sodoma normalnie!)

Potem po interwencji ważnej pani z centrali mężowi wydali przesyłkę, W DRODZE WYJĄTKU, niech ich Stempel Wyszczerbiony, patron wszystkich Antypocztowców dosięgnie!

 

No.

Nie da się ukryć, że w domu tak nie było.

I że tam są ładne drogi, chodniki, czyste ulice, podwórka, ładnie utrzymane elewacje budynków i gęsto posiane kwiatki na nieupstrzonych śmieciami, świeżo skoszonych pasach zieleni.

Chrzanię to, ja chcę z powrotem do Polski B!

   

No z rewelacji to powiem tylko, że wczoraj postanowiłam zmienić pozycję leżenia na kanapie o 180 stopni, a tym samym zamienić oklepany już widok nieba nad Wrocławiem przez okno balkonowe na malowniczy widok ściany.

Zupełnie inna jakość, zupełnie.

A jaka odmiana!

 

Bo sorry, ale niebo nad miastem w miesiącach grudzień-styczeń-luty mam obcykane.

W małym palcu.

Proszę bardzo, komu zreferować dokładnie efekt moich całodziennych badań i analiz porównawczych – służę uprzejmie.

 

Ale co tam, dzisiaj mieliśmy gości!

W związku z odważną pionizacją ciała na czas wizyty, a także pracochłonnego make-upu (przez co rozumiem kreskę na oku oraz magiczną przemianę moich alabastrowych policzków w krasne jagody), człowiek od razu czuje powiew wellnessu i takiego jakiegoś luksusu osobowościowego.

Oczywiście nie musze mówić, że się nasłuchałam o blaskach i cieniach pojedynczego macierzyństwa, że o podwójnym nie wspomnę.

 

Ale nic to.

Nigdy nie zgadniecie, co mnie tak naprawdę skłoniło do zabrania głosu!

Mycie rąk jest niebezpieczne!

To było poważniejsze zderzenie ze szklanym ekranem niż Woli i Tysio.

To była reklama, w której dzieci myjące ręce mydłem w płynie maja mówione STOOOOP!!

Powierzchnia dozownika jest zatruta! Skażona! Niebezpieczna!

Dlatego nie pozwalajcie dzieciom myć rąk w ten sposób!

My mamy dla was inteligentny podajnik mydła, który po podstawieniu dłoni sam troskliwie poda ODPOWIEDNIĄ ilość mydła, aby higienicznie umyć ręce!

 

Ta akcja przypomina mi procedury wykonywania wyroku śmierci, kiedy to skazanemu przed podaniem dożylnie środka uśmiercającego  - wpierw przemywa się skórę w celu dezynfekcji!

Pewnie, ze powtórzę za jednym stand-up comedian, po co mają iśc do piekła zakażeni!!!??

 

Niecierpliwie czekam, na co jeszcze ludzie wpadną, żeby nam ułatwić życie i zrobić je bardziej higienicznym.

A przede wszystkim wyssać naszą kasę.

 

W najbliższym czasie osobiście liczę na zmyślne urządzonka zapewniające mi:

 

- obieranie cytrusów i owoców egzotycznych bez dotykania skórki

- antybakteryjną pościel i bieliznę (samooczyszczenie już podczas noszenia!)

- rośliny jonizujące powietrze ujemnie (a sorry, to już mamy, to paprotka)

- meble zamieniające gromadzony na nich kurz w życiodajną pranę

- dyskretny pilot do ściszania ludzi, wciskających mi, że z bliźniakami będę mieć przerąbane

 

Kurczę, poszłabym sobie umyć ręce po klawiaturze, ale teraz już nie wiem, czy nie pobrudzę sobie ich bardziej bakteriami z dozownika!

Hilfe.

   

Prawdziwa szkoła przetrwania trwa tak naprawdę tylko w twojej głowie, powiedział przed chwilą Bear Grylls, myślę, że wie, co mówi (po czym wykręcił sobie przy ognisku po szklance wody z każdej ze skarpet).

 

Faceci w ogóle mają ten mechanizm przetrwania i ratunku przed zagładą chyba biologicznie wbudowany.

O. na ten przykład.

Nastawiwszy bulion na minestrone (całkiem całkiem, na drugi dzień jeszcze lepsza!), musi iść pobiegać, aby odreagować krojenie włoszczyzny i szumowanie.

Nastawia gołąbki, biegnie odreagować.

Miksuje ciasto, zleca mi wyjęcie sernika za 15 min., bo już tor kartingowy czeka.

Pucuje mieszkanie, musi popływać.

Nie muszę mówić, że te 40 kółek gokartem, czy te 30 długości basenu później wraca niczym skowronek i świat jawi mu się jako piękny.

 

Zaprawdę, tak to można prowadzić dom!

Że też ja wcześniej na to nie wpadłam, tylko teraz, kiedy przebieżka o świcie jest dla mnie tylko kwestią marzeń.

Podobnie zresztą jak wymachy kończynami, skłony, przysiady, pompki, dźwignięcia, wykopy (ziemniaków na jesień) oraz podobne wygibasy.

 

No nic, teraz to ja se mogę, jak nic nie mogę.

Chociaż nie!

Wiem, co mogę!

Ciasteczko mogę.

Heheheee.

 
 
 

No nie wiem, nie wiem.

Czy mi się chce być dzisiaj miła, czy nie.

 

Zagłębiłam się wczoraj w kwestię wyprawki dla niemowląt i ilość rzeczy dla jednego berbecia przerosła moje najśmielsze oczekiwania i praktycznie cały mój potencjał ogarnościowy. A dla dwóch?

Spędziłam w sklepie internetowym 2,5 minuty, a następnie uciekłam.

Nie wiem ile, nie wiem czego, nie wiem co to jest pajacyk, a co to jest kaftanik.

Który będzie się wrzynał w plecki, a który ma napy na boku.

Jak to wszystko przyniesiemy i porozkładamy, to myślę, że nie będzie jak się dopchać z powrotem do drzwi wejściowych, no chyba, że będzie to wszystko podwieszone na suficie, jak kwiaty.

Czapeczki, buteleczki, podgrzewacze, sterylizatory, ceratki, kocyki, pudry, pieluszki.

No i na litość Boską – koszula nocna do karmienia w szpitalu. Rozpinana do pasa.

Nie wiem jak Wy, ale ja tego nie widzę.

No uciekłam, co miałam zrobić.

Na dzień dzisiejszy wydaje mi się, że jak pojadę w swojej piżamce to styknie i tej wersji nie dam sobie wyperswadować.

 

Poza tym dziczeję do reszty.

Przez ostatni tydzień nie widziałam nikogo innego niż mój mąż i pan kurier, który przyniósł mi był paczkę z darami humanitarnymi. Póki co była to wyprawka dla mnie. W sumie rychło w czas, bo jak już wychodzę raz na te 2 tygodnie na światło dzienne, to rurki Levi Strauss mam generalnie rozpięte, a chyba jednak nie tak mnie wychowano.

Znajoma poratowała mnie 4 modelami spodni Z PANELEM BAWEŁNIANYM – każde na inną porę roku, w tym beżowe dżokejki (będą w sam raz do jazdy konnej!).

Pociesza mnie fakt, że ona w nich chodziła do końca,  a mają rozmiar 36.

Więc nadzieja gdzieś tam się tli.

 

Dobra, idę umyć lodówkę, postaram się nie zemdleć.

To pa.

 
 

No ja już naprawdę nie mogę z tą ciążą – powiedziałam niedawno za klasykiem Violettą Kubasińską, która w kilka dni po zrobieniu testu (negatywnego zresztą), musiała kłaść się na podłodze w holu domu mody F&D, gdyż wysiadł jej kręgosłup i musiała poleżeć na twardym.

 

Mnie nie wysiadł kręgosłup – jeszcze.

Wszystko w swoim czasie.

U mnie tak gdzieś ponad tydzień temu wysiadła skóra na brzuchu (NIGDY nie sądziłam, że takie zdanie znajdzie się kiedyś u mnie na blogu, Chryste, o co chodzi po raz trzeci!).

Poczuwam się jednak w obowiązku iść na ratunek wszystkim, którzy  - ciężarni lub nie – ni stąd ni zowąd doświadczają POŻARU NA SKÓRZE followed by swędzenie tak straszne, jak tylko można sobie wyobrazić. Prze-rąb –a- Ne!

 

Po przekopaniu internetu dowiedziałam się, że pfff, ma to co druga kobieta i że minie po porodzie. Cóż, moja panno, skóra ci nie wytrzymuje, pęka, strzela, będą rozstępy jak nic, UŚMIECHNIJ SIĘ!

 

Dżizas!

Pół butelki oliwki dla pupć niemowlaków co 3 godziny, tak, to na pewno złagodzi!

Spawa się zaognia.

Kefir zewnętrznie?

Maść z jadu żmii zygzakowatej, bo stałam się zbyt potulna i ciało organicznie się irytuje!

 

Żaróweczka zapaliła mi się nad głową dopiero, kiedy miast tej oliwki użyłam balsamu z torfem prof. Tołpy, pamiętacie notkę o starości? No.

Planet of Nature w końcu mówi samo za siebie.

I jakby była lekka poprawa. Lekka.

 

Idąc za ciosem, jęłam zgłębiać temat kosmetyków ekologicznych i com się dowiedziała, to moje. A za chwilę i wasze.

Choć sama już nie wiem, trafiłam na fora z 2005r., gdzie dyskutowało się o kosmetykach bez chemii, albo robionych w domu, więc mogę chyba sobie pogratulować jak zwykle bycia do tyłu ze wszystkim.

 

Znalazłam ci ja bowiem LISTĘ <–KLIK! szkodliwych składników zwykłych, szeroko dostępnych kosmetyków takich jak: żele i płyny do kąpieli, szampony, mydła, płyny do zmywania, prania itd. Szują, która wypaliła mi prawie skórę na brzuchu jest najprawdopodobniej SLS (Sodium Laureth Sulfate), odtłuszczający detergent odpowiedzialny za rozkoszne pienienie. Podobnie jak wszystkie gagatki z tej listy, przenikający do limfy, przez co może robić niezłe spustoszenie (że o powodowaniu nowotworów nie wspomnę), co u mnie przejawiło się dość czytelnym pierwszym namacalnym przekazem od własnych dzieci:

 

WYPIERNICZAĆ MI Z TYM!!!

 

Słodziak SLS występuje chyba w KAŻDYM, KAŻDZIUTEŃKIM żelu pod prysznic, jaki stoi na półce w Rossmanie.

Mąż sprawdził, to wie.

Błagam, idźcie teraz do łazienki, sprawdźcie, czy macie ten składnik (lub jemu podobne) u siebie, po czym wywalcie butelkę.

 

Mnie na ratunek przyszła Sephora i żel Yes to Cucumbers, o którym pisałam w lipcu (i właśnie te 2 tygodnie temu mi się skończył, po czym niestety sięgnęłam po normalny).

W ogóle cała linia nie zawiera SLS ani parabenów, więc jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, moja skóra znowu jest jak nowa. Tak, kurna, i nawet odbija światło niczym jedwab, a cała reszta żeliczków z bawełną, lawendą, kocimiętką, lotosem, rumiankiem i Bóg raczy wiedzieć, z czym jeszcze, nadaje się tylko do wytrucia szczurów w kanałach!

I pomyśleć, ile ludzi na świecie wciera to badziewie codziennie w całą powierzchnię skóry i to w różnej postaci, bo przecież są to żele, płyny, szampony, balsamy, toniki, wszystko dla zdrowia i urody. Naprawdę poruszyło mnie to odkrycie.

 

Ale jest światełko w tunelu.

Okazuje się, że nie trzeba wydawać prawie siedmiu dych za pół litra ekologicznej emulsji.

Z pomocą przychodzą takie marki jak właśnie Tołpa, Dax Cosmetix (Perfecta), Bielenda i inne, które cenowo wcale nie znajdują się na wyższej półce niż cały pozostały zatruty szlam.

 

Wkurzyłam się, więc apeluję.

Nie dawajmy się wkręcić i kupujmy świadomie.

Normalnie mówicie mi Ekomama.

Poważnie rozważam kupno kilograma orzechów piorących i prać w nich mężowi przez rok skarpety i garnitury – tak na próbę, heheheee.

 

I jak mi jeszcze raz garnier wyskoczy z tym swoim DBAJ O SIEBIE, to daję słowo, przełączę na TV Trwam.

    

No i tak oto z bloga wyciskającej życie jak cytrynę, niewahającej się robić 40 km dziennie w poszukiwaniu idealnych produktów spożywczych amatorki mobilności, przechodzimy płynnie do bloga, którego właścicielka leży i jest skazana na to, co przyniesie i poda jej mąż.

Spełnienie marzeń niejednej kobiety, wiem.

 

Ale jak tak z tej kanapy wszystkim zawiaduję, to nie wiem, czy jest to zarazem spełnienie marzeń mojego męża. Raz nawet totalnie (i po raz pierwszy!) udało mi się wyprowadzić go z równowagi, co objawiło się tym, że poodwracał wszystkie nasze pluszowe kotecki tyłkami do mnie. Powiem szczerze, pojęłam wtenczas, że przeholowałam.

 

Poza tym rozkosz.

Przy organizacji ostatnich świąt nie ruszyłam nawet palcem.

Wstawałam sobie tylko łaskawie do kolejnej z 12 potraw i to by było na tyle.

A było chyba najuroczyściej ever, i tak, nie powiem, wzruszająco.

Ustaliliśmy, że w tym roku prezentów nie kupujemy, bo tak jakby nie zdążyłam nic kupić przed pamiętną komendą LEŻEĆ, a poza tym sami se zrobiliśmy prezenty nawzajem, i to full EKO i w ogóle za darmo, ale o tym za chwilę.

 

Czyli właściwie teraz.

Dzieci, mogę z całą pewnością potwierdzić to, co pisała Pierwsza, biorą się z 3 kropel moczu i oto cała tajemnica. Potem się czeka 2 tygodnie na pierwsze USG, na którym lekarz mówi

 

WIĘC, JAK PANI WIDZI, MAMY TU 2 PĘCHERZYKI PŁODOWE, ZROBIĆ BETE CO 48 GODZIN, TO BEDZIEMY WIEDZIEC WIĘCEJ.

 

No to co, poszliśmy wpierw upuścić tej krwi (zaczęło się, życzliwi donoszą, że tak już będzie przez 30 lat), a potem na wstępną nieśmiałą celebrację na obiad do Włocha.

 

Jako że wpierw beta dosoliła 13.000, a następnie 21.000, następnego dnia oczom mym ukazały się dwa pulsujące, plumkające właściwie serdusecka, po czym nastąpiła wspomniana już komenda, a raczej ich cala lista:

 

Leżeć, bezwzględnie leżeć.

Nie, nie wolno wyjść po chleb koło domu.

Nie, nie wolno jechać do mamy na święta.

Nie, nie wolno trzymać w ręce pilota dłużej niż 3 sekundy: przełączyć i odłożyć.

Nie wolno

Nie wolno

Nie wolno.

 

No już trudno.

Na te cudowne wieści przekazane telefonicznie w histerycznych spazmach mężowi z samochodu z parkingu szpitala, ten zrobił się zielony (o czym poinformowali go koledzy) i kontynuował udział w szkoleniu. Ale na szczęście znalazł drogę do domu.

  

I tak w obłoczku wyczekiwania na radosne podwójne rodzicielstwo żyjemy sobie po dziś dzień.

Przyznaję, jest to opcja deluxe, dowiedzieć się, że od razu będzie się miało dwoje dzieci.

Na 15 minut bezgranicznego szczęścia przypada 1 minuta panicznego lęku przed wynikającymi z tego zagrożeniami, że będą malutkie, że urodzą się za wcześnie, że nie wiem jak pojadę pobuszować w Empiku z DWOMA nosidełkami, że przecież jak tak spojrzeć na mapę, to jedni dziadkowie mieszkają 300km na lewo, a drudzy 300 km na prawo od nas.

Ale jednak póki co widzę więcej plusów.

 

No halo, kiedy będzie obiad!!???

  

 

Król Julian ma swoją i ja mam swoją.
Ale tymczasem moja zielona hopsalnia służy mi tylko do polegiwania.
Chyba Wam nie mówiłam, że jestem w ciąży.
Mówię Wam, full czad, pełen glamour i high – a raczej horizontal life.
Na dzisiaj to tyle, bo muszę iść się oszczędzać.
Papatki w kratki.

luuuz

Brak komentarzy

Bojkot zimy wychodzi mi na całego.

Jaki mróz?

Jakie zamarzanie wszystkiego?

Postanowiłam się odciąć i tyle.

 

I nawet gdy o 6:55 postanawiam poratować męża, co by nie dylał z warsztatu samochodowego i nie musiał odbywać uroczego 40-minutowego spacerku w -17stC, uznałam, że dooobra, odpalę swój dyliżans, jednak decyduję się tylko na podróż obejmującą korytarz:

 

DOM – WINDA – GARAŻ – SAMOCHÓD – GARAŻ – WINDA – DOM.

 

Czyli z całkowitym wyłączeniem tzw. dworu, czy pola, jak to się mawia w moich stronach.

Oczywiście nie przeszkodziło mi to odziać się w najgrubszą czapkę, golf, szal i rękawiczki, no ale w garażu jest całe -6! A to do czegoś przecież zobowiązuje.

 

Ale to wszystko nieważne.

Istotny jest natomiast fakt, że zastygłam.

Zmroziło mnie wcale nie w tym garażu, ino przed telewizorem, w temperaturze +21.

 

Co za tym stoi????? – jakbym słyszała ten deszcz pytań.

 

Wcale nie obserwowanie protestów przeciwko ACTA – bo przy tym ziewam, gdyż nie jestem wyluzowaną hipsterką, a to chyba hipsterskie tak się przeciw temu buntować.

 

Wcale nie z powodu śmierci naszej noblistki – bo przy obrazie jej uśmiechniętej twarzy i na dźwięk cytatów jej wierszy nie zastygam, jeno ryczę, a łzy wtedy mam jak grochy. A dokładam do tego wycie do księżyca, kiedy widzę, że jedna nowoczesna posłanka nazywa ją Wisłocka.

 

Wcale nie z powodu tej matki, co to jej się wszystko pokiełbasiło w kwestii losu własnej córeczki.

 

Zastygłam, bo oczom moim ukazali się WOLI i TYSIO.

W swojej brand new wspólnej, nierozerwalnej odsłonie.

Dawka piękna, powabu i luzu mnie powaliła.

Luz to mało powiedziane.

To jest raczej hiperluzackość, luzacciejsza od najluzacciejszej luzackości.

Nie wiem, jak dotrwam do premierowego odcinka ich show.

A podejrzewam, że na wiosnę stacja szykuje prawdziwą BOMBĘ!!!

Jeny, muszę się teraz jakoś ogarnąć, odnaleźć w swojej zwyczajnej zwyczajności, tylko jak???

    


  • RSS