broszki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 1.2012

Jestem absolutną fanką programu Rewolucja na talerzu i jego prowadzących.

Kiedy pani Agata tłumaczy, co nam daje jedzenie poszczególnych produktów spożywczych to odpadam. Nie wiem, gdzie ja miałam rozum, że nie wybrałam się na dietetykę.

Skoro i tak tematem większości moich prezentacji w szkole była zdrowa dieta i jej zbawienny wpływ na nasze życie, przy czym nie wahałam się zahaczać o całą masę szczegółów biochemicznych. I tak się rozpędzałam i prawie zawsze musiano mi przerywać.
Raz np. jak od gorzkiej czekolady płynnie przeszłam do zgłębiania istoty fenyloetyloaminy i zamknięto mi usta tłumacząc się czasem – poczułam, że może lepiej zająć się czymś praktycznniejszym, bo co to kogo obchodzi.

No taka nieświadoma pasja.

Naturalna jak oddychanie.

W ŻYCIU nie przyszłoby mi w liceum do głowy, że można żyć z doradzania innym zdrowych nawyków żywieniowych.

Albo podjąć w laboratorium zwycięską walkę z glutaminianem sodu.

 

W związku z czym cały wczorajszy dzień spędziłam na analizowaniu grafiku zajęć I, II i III roku dietetyki na AM, widząc oczyma wyobraźni siebie sprzed 10 lat, jeszcze młodą, jeszcze z chłonnym umysłem, gotową zaliczać wejściówki przed każdymi zajęciami z podstaw żywienia, genetyki, czy parazytologii, oczywiście wyglądając promiennie po całym dniu i będąc gotowa na wieczorny podbój miasta.

 

A tymczasem co.

Ostatnio znowu za otwierającymi się drzwiami windy powitały mnie dwa dorodne buldogi wraz z ich panem, na których widok podskoczyłam z rytualnym krzykiem JEZUS MARIA!!! na ustach.

Ja już nie wiem, co ze mną jest.

Stało się to już tyle razy, że powinnam być defaultowo przygotowana na to, że po otwarciu drzwi windy, ci dwaj milusińscy musowo wepchną do środka swoje urocze mordki.

Na dzień dzisiejszy prawdopodobieństwo tego zdarzenia wynosi jakieś 73%.

Ale nie.

Ja zawsze muszę dostać zawału i jeszcze wydrzeć się tak, jakby stał tam sam Freddie Kruger.

Albo Joker z Batmana.

I to bardzo rozbawiony.

 

Nie ma to, jak trochę adrenaliny po powrocie do domu – uśmiechając się rozładowuje atmosferę miły sąsiad, zaraz po moich kolejnych, szczerych przeprosinach.

Następnym razem w ramach zadośćuczynienia kupię mu czekoladki, a psiakom po kości wołowej.

Albo lepiej po bilecie do psiego SPA.

NA ROK, hehehee.

   

 

Najcenniejszą informacją dnia dzisiejszego jest ta, że dzień jest już dłuższy o 43 minuty.

Uparcie odliczam dni do końca stycznia i najchętniej pogoniłabym go z lekka miotełką, no ale się nie da. Musi jeszcze zawitać tyle jutrzenek ile przewiduje kalendarz i ani jednej mniej.

 

Tymczasem w nocy lekutko wiało.

Z kratki wentylacyjnej w kuchni regularnie dobiegał taki dźwięk, jakby stado wron gotowało sobie na kominie zupę w aluminiowym garczku i mieszało tę zupę metalową łyżką DOŚĆ ZYWIOŁOWO.

I zawsze po tym zamieszaniu łyżką następowało w naszym okapie coś na kształt wystrzału z kałacha. Nie ukrywam, nie dało się spać.

Zdjąwszy dziś rano osłonę oczom naszym ukazał się jakże okazały blaszany bęben, stanowiący raczej niepodzielną całość, z którą nic nie da się zrobić. I to, że lata w nim tak na oko z 15 pustych puszek i luźnych blach, które przy wiaterku powyżej 65km/h wystrzeliwują jak z procy, waląc nietaktownie w ten bęben, przyprawiając mnie o palpitacje i dziecięcy jęk bezsilności, nie ma tu nic do rzeczy.

Jak się nie da, to się nie da.

Już trudno.

 

Aha, no i filmowych masakr ciąg dalszy – czy ja w tym roku obejrzę coś fajnego?

Do wymienionych przeze mnie uprzednio najgorszych obrazów w historii kinematografii dołącza właśnie Alicja w krainie czarów.

Od razu proszę o zrozumienie wszystkich fanów nieskończonej wyobraźni Tima Burtona (te wszystkie 500tys. fanów co mnie tu odwiedza, HEHEHEE), ale ja naprawdę nie mogę.

Słowo honoru.

   

Dobra, jak się dowiedziałam, że polską perfekcyjną pania domu ma być Agnieszka Cegielska, to odetchnęłam, poczułam wiatr we włosach i uznałam, że może jednak jestem gotowa zmierzyć się z tym, co niesie życie. Może nawet dożyję do wakacji?

 

Nowy rok obfituje jak dotąd w hiszpańskie wskazania temperatury, jutro np. +9. Za to w Jakuszycach czy Szczyrku jest tyle samo śniegu, co w Madonna di Campilio, a w Zieleńcu to chyba nawet więcej. Gdyby nie to, że w tym roku bojkotuję śnieg, to kto wie, może nawet byłabym w stanie u nas wykorzystać swoją nabytą dokładnie rok temu umiejętność skrętu w prawo i w lewo na nartach. Chociaż, zważywszy na to, że nie opanowałam jeszcze wstawania z pleców podczas gdy obie narty sterczą mi do góry, to może jednak lepiej nie.

 

Poza tym, jak dotąd nowy rok obfitował w wiele wydarzeń kulturalnych.

Np. mąż zapuścił mi dawno obiecywaną Odyseję Kosmiczną 2001, choć od kilku lat surowo się przed tym wzbraniałam. No, ale uznawszy ostatnio, że doskonale wywiązuje się z obowiązków partnerskich („Prawdopodobnie chodzi o męską służbę domową, bardzo rozpowszechnioną w XXw” – kto to pamięta?), postanowiłam się wreszcie zgodzić na tą 140 minutową projekcję.

Moja przygoda z filmem science-fiction w wydaniu Stanley’a Kubrick’a zakończyła się kłuciem w trzewiach, sakramencką migreną oraz głębokim przeświadczeniem, że jest to najgorszy film, jaki widziałam w życiu! (Wiem, dałam się ponieść emocjom, Alexander gorszy, hihihi). Jezuss, nigdy więcej.

 

Następnego dnia wymusiłam wspólne oglądanie komedii Gods must be crazy, po czym siku i od razu Gods must be crazy 2. I tu już było o wiele lepiej. Stara dobra szkoła komedii, gdzie pęka się ze śmiechu co 3 minuty, a nie jak w tych nowych – rwie włosy z głowy w poczuciu żenady.

 

No i tak o.

Fantastycznie i lajtowo.

 


 


  • RSS