broszki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 12.2011

Jest taka scena w 39 i pół, gdzie Darek Jankowski stając przed rozentuzjazmowaną gawiedzią, przed wykonem swojego kawałka mówi tylko:

 

Dobry wieczór, pożegnajmy ostatni dzień starego roku.

 

I za każdym razem wtedy klasycznie i musowo uderzam w szloch.

A filozofia ta jest mi dziś tak bliska, że praktycznie do płaczu doprowadza mnie nawet reklama, na której dzieci zastanawiają się, czy Bułgaria za 1600 jest do przyjęcia. I jeszcze pieruńsko boli mnie gardło.

 

U nas Radio Ram nadaje ton i co 7 minut przypomina, że dziś na rynku wystąpi Brodka i wielu innych, których niestety nie zobaczymy. No, chyba, że w telewizji. Tak się złożyło. Nie dostaniemy butelką, nie rozłożymy parasola, żeby chronić kożuszek przed deszczem szampana, już trudno.

Za to w Nowy Rok wejdziemy z lśniącymi oknami (mąż z balkonu wypsikał mi na szybie serduszko Panem Properem, myślę, że ma dobry humor). Ja natomiast staram się wypełniać dzienny plan, czyli minimum dwa razy dziennie stojąc przed lustrem uśmiechnąć się, ot tak, żeby mózg dostał sygnał, że jest OK. Dekadencko w tym roku, nie ma co.

 

No to co, ogarniamy brokat z podłogi, kończymy wszywać cekiny, podciągamy kok jeszcze wyżej, robimy szybko z przedniego kosmyka sprężynkę i hop! W Nowy Rok.

 

Najlepszego, oby ten następny był lepszy.

Jeszcze lepszy.

    

Korzystając z tego, że przede mną stygnie sernik, wspomnę tylko, że śnieżyczek spadł był przedwczoraj i widziałam go całe pięć godzin. Starczy, naprawdę.

Jutro obsypię cały balkon cukrem pudrem, bo naprawdę, ile można świąt bez rozkosznej bieli.

 

W kwestii dziergania, skończyłam różowy sweter z bufkami, rozpinany!

Pozostało wszyć guziki i wyszyć różyczki.

Zrobiłam też 58 kwadratów 10x10cm różnego koloru i maści, a posłużą one na stylowy pled, kiedy tylko się je zszyje. Frędzelki przemyślę, nie obiecuję.

 

I tak o.

Wieczorami gramy w scrable, w przerwach między rundami robiąc kciukiem leniwe ósemki. Kiedy się podąża za nimi wzrokiem, aktywizują się obie MÓZGULE PÓŁKOWE (jak to oryginalnie przedstawiłam po tejże czynności, jak widać działa). Nie trzeba się absolutnie ograniczać do 3-literowych słów, o nie.

 

Uwielbiam grać z moim mężem w scrable.

On daje PŁYN, ja doklejam PŁYN-Ę.

On daje BŻDĘK, ja daję PĘK.

(On CHERBATA, ja HUSTECZKI, hehee)

On MARZŁ, ja MARZŁ-EŚ.

Łatwizna.

Acz opcja NIE, SPRAWDZAM W SŁOWNIKU! bardzo przydatna.

  

Poza tym standard.

Bigos, pierogi, kutia i storczyki wystrzelone kwieciem.

 

Życzę więc Wam, drodzy liczni Czytelnicy, współtowarzysze mej doli i niedoli, aby te święta były piękne, magiczne, no takie, jak byście chcieli.

I świętego spokoju.

   

Imieniny Mikołaja zastały mnie przy dzierganiu.

Oszalałam na punkcie włóczek różnych kolorów i maści.

Są takie puchate i mięciutkie.

W ramach zimowego zapomnienia zagłębiam się w poznawanie coraz to nowszych tendencji we wzorach, stylach, dress-codach, czy jakby to ujął Maciej Zień: PATTERNACH.

Weszłam do Empiku i dostałam oczopląsu od bogactwa wydawniczego w zakresie robótek ręcznych.

Mam zamiar mieć w swoim dzierganym portfolio swetry, szaliki, pledy, może nawet wdzianka dla psów, just try and stop me, normalnie.

Jedynie wykonywanie rękawiczek 5-palczastych pozostawiłam sobie na zdecydowanie dalszy etap życia, bo teraz to by mnie chyba rozniosło: robić 5 palców równocześnie, a każdy na osobnej parze drutów – życzę szczęścia.

Poza tym stawiam na pełną swobodę artystyczną.

Rzadko kiedy liczba rzędów/ oczek/ cm zgadza mi się z opisem wykonania, ale trudno.

Rękodzieło to w końcu nie fabryka.

 

Co mnie natchnęło do wznowienia tej dawno zakopanej pasji, zapytacie.

Otóż, byliśmy w weekend na Jarmarku Bożonarodzeniowym na Świdnickiej.

Czego tam nie było!!!

A wiem, śniegu.

No, ale poza tym – obłęd.

Z rodzimych producentów wsparliśmy tylko Bolesławca, którego zastawę pożarłam wzrokiem w całości, ale z zakupami ograniczyłam się do dzbanka z podgrzewaczem oraz producenta miodu pitnego, stanowiącego niezłe antidotum na lodowaty wiatr.

Poza tym, produktywne pół godziny spędziliśmy przy stoisku z austriackimi serami (trafiliśmy po zapachu), no a już kompletniej ekstazy zaznałam przy węgierskim stoisku z filcową i wełnianą biżuterią/ dodatkami. Dosłownie każdy centymetr tego stoiska miał inny kolor, odpadłam.
Tym samym weszłam w posiadanie nowych multi-kororowych korali. Musztardowy golfie – HERE I COME!
Dostałam od nich wizytówkę z TYM adresem i ogólnie mój mąż ma dla mnie prezenty pod choinkę z głowy do końca życia (przynajmniej wspólnego, hehehee)

 

   

Śniło mi się, że wystawiali u nas w teatrze „Black Swan” i miało być tak, że Natalie Portman jedzie kwestie tańczone, a ja mówione (albo na odwrót). No ale reżyser się do mnie nie odzywał, telefon milczał, nawet 5 minut przed spektaklem się ze mną nie skontaktowano, więc zasiadłam jako widz i wtem, już podczas przedstawienia, kiedy na scenie zaczęło do głosu dochodzić ZŁO, obudziło mnie jedno, pojedyncze, acz niekwestionowane chrapnięcie mojego męża. Poderwałam się zatem krzycząc JEZUS!!! i generalnie na tym się skończyła moja znajomość z Natalie. I z autografu po spektaklu też nici.

 

A czemu taki sen?

A bo ja wiem? Może stąd, że np. jak odpoczywam i gapię się tępo w ścianę, to wzrok często bezwiednie zjeżdża mi na plakat z tegoż filmu, gdyż mamy go na ścianie?

Nie jest to wersja wykluczona.

 

Tak więc, oprócz zostania primabaleriną i aktorką oskarową, marzy mi się zamieszkanie w miejscu, gdzie jest ciepło (choćby od kominów z hut). Gdzie w sklepach można kupić krótkie portki przez cały rok, a wieszaki nigdy nie widziały odzieży wierzchniej wypełnionej pół na pół kaczym puchem i pierzem.

 

Choć ja już wolę sobie nic nie marzyc.

Odkąd stałam się ekspertką od siły podświadomości (tylko skutecznej, jeśli pragnienie = wyobrażenie), dzieją się rzeczy co najmniej dziwne.

 

Przykład? Proszę bardzo!

 

Na stoiskach Grycana pojawiły się ostatnio lody różane i piernikowe.

(polecam każdemu w ciemno)

No i kiedy jednego wieczoru wracaliśmy ze spaceru ciemną nocką, postanowiliśmy wstąpić na drodze powrotnej do sklepu osiedlowego, w którym od czasu wyprzedania lodów Grycan wraz z końcem sierpnia (ogólnie my wykupiliśmy wszystko, ale oj tam), ponoć mieliśmy zapomnieć o nowych dostawach w sezonie zimowym.

 

Tak więc zbliżając się do wspomnianego sklepiku mówię, że KAŹMIRZ, JAK JUŻ TAK CHCESZ LODY, TO JA SIĘ ZGADZAM TYLKO NA PIERNIKOWE, INNYCH NIE BIORĘ!!!

 

Wchodzimy…..

ZAGLĄDAMY, ……

Cała lodówa zawalona półlitrowymi Grycan mięta z czekoladą oraz… PIERNIKOWE!!!

 

Dodatkowo bardzo uspokoił mnie fakt, że jak się niesie lody do domu w temperaturze -2, to nie trzeba zaiwaniać jak na złamanie karku, potykając się o smycze psów, płosząc koty, depcząc plastikowe traktorki itd.

 

Nie lubię przynosić do domu lodów o konsystencji bitej śmietany, no naprawdę.

Zimą to co innego (tylko nie wolno przesadzać z ogrzewaniem w samochodzie. Najlepiej nastawić klimę na +2).

 

A już najbardziej nie lubię, jak się je czekoladę i jej okruszki upadają na ciuchy i pod wpływem ciepła topią się i potem się generalnie wygląda jakby się miało niemowlęta i właśnie by się było świeżo po zmianie pieluch.

 

A wiecie, jaka jest najlepsza naturalna metoda antykoncepcyjna???


KICNĄĆ i KUCHNĄĆ!!!*

 

*Taką wersję przedstawił mi mąż, natomiast wersja dla zwykłych śmiertelników to oczywiście „kucnąć i kichnąć” (bardzo śmieszne).

   


  • RSS