broszki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 11.2011

fralka prania

2 komentarzy

Umówmy się, że dopiero gdzieś tak od godziny 15:00 widzę na oczy, bo udało mi się zakręcić kran w aparacie łzowym. Wczoraj zakręciłam go o 14:45, więc tendencja widzę obiecująca bardzo.

Normalnie nie nadążam z zaparzaniem torebek z rumiankiem.

Gdyby nie ten okład na oczy to nie wiem.

Wylądowałabym musowo w Izbie Milicyjnej Dziecka.

 

Staram się sama dla siebie rozpisać audiotele, czy jest to:

 

a)      starość

b)      hormony

c)      skrajna depresja jesienna, która niechybnie przerodzi się w zimową

d)     rodzinka.pl

e)      Alma oddalona o 9km od domu

f)       koniec kolejnej edycji „Tańca z gwiazdami”

g)      wyprowadzka z mojego miejsca na ziemi w imię wyższych celów

h)      właściwie nie wiadomo co

 

Audiotele oczywiście wielokrotnego wyboru.


 

Nowa minister sportu, co za wspaniała kobieta, ma na dzień dobry poważne wyzwanie przed sobą, a ja co? A ja mam przed sobą pół kilo pierników.

Pół kilo pierników i absolutną pewność, że będzie padać.

Tak, moi mili, skoro dzisiaj umyłam samochód, to znaczy koniec dramatu polskich rolników, innymi słowy koniec suszy. Coś słabo u mnie z refleksem, mogłam to zrobić w sumie już dawno. Ale ja zamiast ratować polskie rolnictwo, cieszyłam się, że na szarym nie widać.

BŁĄD.

 

Byliśmy na chwilę w Poznaniu.

Powiem tak: jezioro z najwyższego piętra Galerii Malta wygląda bajkowo, szczególnie po zmroku. Cukiernia Piotr i Paweł – urzekająca. Pochłaniając tamtejsze słodkości, przysiadłszy niczym Św. Aleksy pod schodami (ale za to przy imponującej choince!), zstąpiła na mnie błogość. No jakoś tak magicznie tam jest, mówię Wam.

Nawiązując do kwestii swetra, znalazłam tam cudny, cieplutki golf w kolorze musztardy Dijon, taki w sam raz do moich wełnianych korali, jak znalazł!

 

Wczoraj natomiast „Listy do M.”

Dajcie spokój, PŁAKAŁAM 17 RAZY!!!

Gdzieś tak po godzinie chusteczki poszły zresztą w ruch gremialnie.

Tzn. chyba tylko wśród pań, czyli mniej więcej co drugi fotel.

 

Choć panowie też znaleźli coś dla siebie, jakby w nagrodę za trud przyjścia i uszczęśliwienia dam swojego serca. Chodzi mi mianowicie o wiekopomną kwestię:

 

NIE MASZ PAN ŻONY??? TO PAN MASZ LEKKO!!!

 

Hooohohooo

hAHAHAHAAA

AAAAHAHAHAHA

HEHEHHEHEHE!!!!

 

Bardzo śmieszne.

No ale wiadomo, panom tez się coś należy w cenie biletu, niech mają chociaż to.

 

Jeny, ale najbardziej to mnie wzruszyła Roma Gąsiorowska.

Na początku spostrzegłam uderzające podobieństwo między nią a Julką Wróblewską, nawet na początku używały podobnych technik aktorskich… Ale to, co Roma zagrała potem, powaliło mnie na łopatki. Nie dziwię się, że ciągle dostaje jakieś nagrody za talent, wyrazistość i w ogóle. Nie mówiąc już nawet o tym, że wyglądała tu jak 2 miliony… i to Euro.

W  tym kontekście, że taki blask od niej bił, że teraz, po roku od tej roli za chwilę będzie mamą, wraz z kontekstem jej roli, poryczałam się .. chyba 2-gi raz na tym filmie, a potem już poooszłooooo!
Facet nigdy tego nie zrozumie.


Polecam każdej pani, panom może trochę mniej, panowie po wyjściu z kina, na pocieszenie mieli całe ściany wytapetowane plakatami zapowiadającymi PRAWDZIWE KINO DLA PRAWDZIWYCH TWARDZIELI, czyli:
   

KAZNODZIEJA Z KARABINEM

IMMORTALS: BOGOWIE I HEROSI

CONTAGION- EPIDEMIA STRACHU

GIGANCI ZE STALI

HAPPY FEET 2

itd.

 

Taaaaak.

…..

Można w ogóle jeść pierniki po północy???

  

 

Radujmy się!

Brak komentarzy

Można??? – Można.

Alikia Ilia Łopucka.

W zasadzie nie mam nic do dodania.
Może tylko, że cokolwiek by mówili, dałaś Pani radę, Kaśko! :-)

Środa środa i po środzie.

W akademikach środa oznacza początek świętowania weekendu, a ja co?

Ja jestem tak padnięta, że nie mam nawet siły doczłapać do szafki kuchennej, gdzie leży pączek z malinami.

Jedyne, na co mam siłę, to sięgnąć po koc i odpaść.

Potrzebny mi jest żeń-szeń, magnez, B6, B2, B12, Ginko biloba i vit. PP.
Tylko skąd ja je teraz wezmę???

 

Udałam się dziś na poszukiwanie swetra idealnego.

Efekty są takie, że wróciłam z kilogramem moheru na czarnej bluzce i przysięgam, że miałam lekkiego cykora jak przechodziłam tu i tam przez bramki.

Bądź co bądź przywłaszczyłam sobie pokaźną ilość towaru.

Na szczęście nie wylądowałam w areszcie, za to od godziny odzieram się z kłaków.

Swetra oczywiście nie kupiłam, bo taki, jak bym chciała nadaje się chyba tylko na lipiec, szczególnie ten tegoroczny, czyli +14, a nie na -14, czego spodziewam się za jakiś miesiąc, dwa.

 

W mieście od dzisiaj wprowadzili ułaskawienie dla pasażerów autobusów i tramwajów, którzy jadą bez biletu, ponieważ biletomat w danym środku lokomocji nie działa.

 

I BARDZO SŁUSZNIE!

 

Już to widzę.

Od jutra będą wszystkie popsute, już się pomysłowi studenci o to postarają ;-)

  

  

Czy ja już mówiłam, że uwielbiam pieseczki, które sięgają mi do pasa i których pańcia pozwala, aby one władowały się do windy na smyczach, którymi oplatają mnie (obładowaną siatami) malowniczo zanim zdążę wysiąść?

Chyba nie pisałam.

Proszę mnie poprawić, jeśli się mylę, bo nie lubię się powtarzać.

 

Byliśmy w Firleju na koncercie Antonio Forcione.

Antonio jest wyluzowanym włoskim rzeźbiarzem i wirtuozem gitary.

Kiedy wyszedł na bis po gromkich brawach powiedział:


„I hope you’re not doing this because there’s nothing good on television”
 


Ale przedtem dał czarowny pokaz swoich umiejętności, będąc częścią tego niezwykłego festiwalu Gitarry. Pierwszy raz widziałam, żeby ktoś grał na gitarze tak, jakby to była perkusja, niesamowity talent, wielka muzykalność. Mega czad i ogromna przyjemność.

 

Co jeszcze co jeszcze…

A, no piłuję tę Potęgę Podświadomości.

Oczywiście mój mąż twierdzi, że on ma całą tą teorię w małym palcu od dziecka.

Przeanalizowałam tę śmiałą tezę dokładnie i stwierdzam, że ma rację.

Że zmieniająca życie mantra, jakże promowana przez autora książki, którą należy codziennie powtarzać sobie 4 razy dziennie: rano, w południe, po południu i przed zaśnięciem, istotnie jest jego dewizą życiową, aż nadto czasem eksploatowaną:

 

„We wszystkim kieruje mną nieskończona mądrość. Cieszę się pełnią zdrowia, a w moim ciele i duchu działa prawo harmonii. Piękno, miłość, spokój i dostatek są na zawsze moim udziałem” itede itepe.

 

No jakbym go słyszała!

Być może faceci mają już takie myślenie wbudowane biologicznie, nie wiem, musze się tej kwestii dokładniej przyjrzeć.

 

Tymczasem w ramach pielęgnowania piękna, zdrowia i harmonii, małżonek mój sporządził tajemną miksturę dbającą o nasze zdrowie którąś tam już zimę z rzędu.

Polecam wszystkim: miód wielokwiatowy i orzechy włoskie pół na pół, wymieszać.

 

Z tym, że orzechy zmiażdżone drobno, a miód absolutnie nie może być sklepowy.

Jeśli „z Europy i spoza Unii Europejskiej”, to odpada.

Musi to albowiem być miód z prawdziwej pasieki, taki już np. roczny, scukrzony, choć płynny też jak najbardziej.

Łyżeczka przed śniadaniem, albo po nim w ramach dosłodzenia sobie życia i trach.

Wirusy dostają lewy sierpowy i mówią kolegom, że nas nie polecają.

A przynajmniej tak SUGERUJEMY własnej podświadomości, która jak wiadomo jest ślepa i przyjmuje i urzeczywistnia wszystko, co jej wmówimy.

   

Idę wmówić swojej podświadomości, że w kuchennej szafce leży duża paczka M&M-sów.

Zobaczymy, ile jest warta cała ta impreza z SIŁĄ SUGESTII.

  

     

Taaak, piękny nam dzień dziś nastał (byłam o 7:05 po bułki na 0stC bez czapki, to wiem)

Pracuję nad poprawą świata.

Postawiłam przed sobą kilogram mieszanki cukierków Solidarność i czekam na efekty.

Zjadłam już Pistację i Złoty Orzech jeden po drugim i zaobserwowałam już lekkie przytłumienie negatywnego postrzegania szarugi na zewnątrz.

 

Wzięłam się za Potęgę Podświadomości J. Murphy’ego, w związku z czym moim głównym zajęciem w ciągu dnia jest pilnowanie  własnej świadomości, aby nie przemycała do podświadomości żadnych śmieci w stylu:

 

- Dżizas, jakie życie jest bez sensu

- Plan B wraz z Planem C na życie skazany jest na ogólne fiasko, o Planie A lepiej w ogóle nie mówić

- Paliwo zaraz będzie kosztować 6zł za litr

- fioletowa kreska na moim oku prezentuje się jak limo będące efektem przemocy domowej

- a w ogóle to NA PEWNO mam gruźlicę kości (którą to np. już dawno zdiagnozowała u siebie moja babcia) o,o, już słyszę jak mi kości pokasłują,

 

bo ta cała podświadomość jest totalnie bezbronna, nie potrafi krytycznie oddzielić ziarna od plew, tylko bierze za dobrą monetę każdy syf, jaki jej się podrzuca i urzeczywistnia to w formie przesyłki DHLem z powrotem do świadomości, a tej nie pozostaje już nic innego, jak tylko wcielić to wszystko w czyn.

 

No ładnie.

Po prostu pięknie,

To dlaczego ja się dopiero teraz o tym dowiaduję?

Dlaczego nikt mi nie powiedział w podstawówce, że jak sobie będę codziennie wizualizować, że będę prezeską konsorcjum Warcisław, Henrietta & Sons, to tak by się stało???

Do którego trybunału ja mam teraz iść, żeby kogoś ochrzanić?

 

Nie, tak dalej być nie może.

Muszę, niczym Violetta Kubasińska, chwycić byka za ogon i coś zmienić.

Śmiać się w twarz całemu temu kryzysowi wraz z jego opłakanymi skutkami.

Stać się dyrektorem swojego życia, jak radzi Beata Pawlikowska.

….

….

….

Od czego by tu zacząć….

….

WIEM!!!!!!!!

 

(i poszła uprać sobie rajstopy).

      

Przyszłam z miasta na kwadrat (tak się jeszcze mówi? Czy to już jest passe?)

 

No więc przyszłam, przyczłapałam właściwie,  z miasta na kwadrat, zagryzłam pół drożdżówki garścią kiszonej kapusty, nastawiłam dar Pomorza na 185stC i siedzę i czekam, co mi będzie.

 

Oraz wypełniłam bardzo ważny, arcy-ważny arcy-dokument dla jednego z towarzystw ubezpieczeniowych, nie powiem którego, gdzie zadeklarowałam się następująco:

 
                                                   
 

Ja rozumiem postępowość, zmieniające się oblicze naszego narodu w świecie, posłankę Annę Grodzką, Maadoxa, Szpaka itd. Rozumiem studia genderowe oraz młodzieńczą niezgodę na jakże staroświecką deklarację w kwestii przynależności do którejkolwiek z płci, no ale moi mili, naprawde zgłupiałam i nie wiedziałam, co mam zaznaczyć.


Ostatecznie wybrałam „Kobieta (male)”.

Rubrykę „Mężczyzna (female)” zostawiłam pustą, ale do dziś nie wiem, czy moje intencje będą odczytane właściwie…

 

Podumałabym nad tym dłużej, ale naprawdę nie mam czasu.

Poniedziałek przywitał nas mgłą.

I białymi dachami.

Iście zimowy obrazek, w sam raz jak na połowę listopada.

Zaczyna się.

Szalik, czapka i skrobanie szyb.

I tak do końca marca.

 

Ale nic to.

Byliśmy w weekend na Śląsku!

Szukając wytchnienia, ciszy i spokoju odwiedziliśmy Bielsko-Białą.

Zeszliśmy ścisłe centrum wzdłuż i wszerz,  przy czym absolutnie zaskoczył mnie kąt nachylenia ulic, wynoszący średnio 40 stopni.

Sfera bdb.

Korytarz, którym przechodzi się między Sferami nad ulicą – po zmroku magiczny.

Z kronikarskiego obowiązku musze jednak donieść, że windy jeżdżą tam z prędkością 17 m/sek, w związku z czym nie odważyłam się do nich wsiąść, ale chętnych nie brakuje.

Bielski Empik zaopatrzył mnie w najnowszy album „Ceremonials” Florence + The Machine” (bo tutaj oczywiście go nie ma) oraz promocyjnego Lindt’a – bdb.

Zrobiłam nawet dobry uczynek wszystkim bielskim fanom Florencji i wyeksponowałam na półce jedyny egzemplarz najnowszego krążka, który pozostał po moim zakupie. Oba egzemplarze były bowiem dość mocno ukryte między opakowaniami poprzedniego albumu, co stanowi dla mnie dość wielką tajemnicę.

 

Nie może też umknąć mej pamięci fakt, że w tym samym Bielsku, ulicą Sienkiewicza przemknął nam przed nosem swoją czarną maszyną sam Adam Małysz!

I pomyśleć, że tyle człowiek czasu spędza na polowaniu na sławy  - 3 miesiące we Wrocławiu i tylko (strasznie chudy!) Bartosz Kurek, a tu bach! Wystarczy przespacerować się po Bielsku i Orzeł z Wisły we własnej osobie.

 

Niedzielę natomiast sponsorowała literka SZ jak SZPINAK.

Trzeba Wam wiedzieć, że we Wrocławiu mrożone liście szpinaku znajdziecie tylko w EPI, ewentualnie a Almie. A wiem to na 100%, ponieważ w godzinach 13:00-15:30 zjeździłam całą okolicę, wszystkie spożywczaki, Tesco, Lidle, Carrefoury, Żabki, zero. Null. Nichts.

W sumie jestem sobie sama troche winna, bo np. moja mama zawsze powtarza, że jakby ona szukała czegoś na obiad w niedziele o 14:00, to by ją niedługo odwieźli.

 

No ale z drugiej strony skąd ja mam wiedzieć, co mi się zamarzy na obiad, kiedy się obudzę w niedzielę rano. No właśnie.

Wczoraj zamarzyłam ulepić 37 pierogów ze szpinakiem i fetą.

Tak se o, żeby czymś zająć ręce, a poza tym po moich tutejszych przygodach z pierogarniami nie pozostaje mi nic innego, jak tylko zrobić własne.

No i z pomocą mojego wszechstronnego męża, udało się.

Myślę nawet, że ta dzisiejsza mgła to pozostałości po mącznym szaleństwie, jakiego dokonaliśmy wczoraj.

O. się do mnie chwilę nawet nie odzywał, po tym jak sam przystąpił do lepienia swojego samotnego pieroga.

Otóż, wpierw rozwałkował se prostokąt, zamiast kółka, po czym ułożył na tym ze 2 łyżki farszu i zaczął składać z tego misterne orgiami, przypominające prędzej rakietę czy armatę przeciwpiechotną, niźli pieroga.

Na moją interwencję ratunkową brzmiącą:

 

ZRÓB Z NIEGO KNEDLA!!!

 

wyprostował się dumnie i chroniąc ramieniem swoje skończone dzieło ocalił je od mojej pospolitej profanacji, twierdząc, że on to coś i tak zje, a moje rujnujące poczucie własnej wartości zapędy na pewno go przed tym nie powstrzymają.

Tak tez się stało.

 

O godzinie 17:55 obiad podano.

Dawno po Familiadzie, dawno po Złotopolskich, dawno po Szansie na Sukces, dawno po zmroku.

Ale podano.

A dziś cała półka w lodówce pełna pierogów i święty spokój.

W sumie trochę za dużo ich.

Ktoś ma ochotę? ;-)))

Widzimy się za 15 minut pod pręgierzem.

Poznacie mnie po pierogach.

I po mące na nosie, heheeehee.

  

Czy ja ostatnio mówiłam coś o środzie?

Bo wczoraj była następna i minęła niepostrzeżenie.

Tap madl mi przepadło i nawet nie wiem, która topmodelka tym razem płakała.

Nic.

Była tu Madame!

               

Ciarki miałam jedyne 156 razy, ale jak na życie w tym mieście to i tak dużo.

Na spotkanie z tą kobieta pójdę zawsze i wszędzie, o!

  


Poza tym w weekend darliśmy z mężem pierze.

Już już, tłumaczę.

Otóż, postanowiłam wyprać swoją kusą puchówkę w pralce.

Metka mówi prać w 30stC, więc nastawiłam na 50 i cześć.

Po czym powiesiłam ją elegancko na wieszaku niech schnie na zdrowie.

No i wszystko byłoby super, gdybym jej nazajutrz gdzieś tak z wieczora NIE POMACAŁA.

Pomacawszy wpierw rękawki, a następnie tył odkryłam ze zdumieniem, że nie posiadam już puchówki puchowej cieplutkiej, jeno taką chytrą niczego sobie lekką ortalionówkę, no powiedzmy na taki chłodniejszy letni wiaterek.

JJJJJeeeezusss, pomyślałam od razu, po czym zaniemówiłam.

Po dokładniejszych oględzinach okazało się bowiem, że puch w poszczególnych pikowanych sektorach skupił się w takie cudne podusie, no takie jak np. podusie do igieł i stanowią ZWARTĄ MASĘ, która grzać na mrozie raczej nie powinna.

 

No to co.

Jęliśmy od razu rozkładać to cholerstwo jedno z drugim na czynniki pierwsze, co okazało się być zajęciem tak relaksującym, jak szydełkowanie czy robótki ręczne.

Jedyny mankament to taki, że po wszystkim ręce lekko waliły mi kurą, ale było to jakby ryzyko wpisane w całą zabawę i jakby do przewidzenia.

Następnym razem mam zamiar tak zafastrygować kurtkę, żeby każde piórko miało w pralce oddzielną komorę, a potem jedno cięcie i po sprawie.

 

Poza tym co.

Byłam po to mleko, tak jak mi Grafomanka radziła.

Bo jutro rzeczywiście: Nie rzucim ziemi, skąd nasz ród, flagi, wspominanie rozbiorów i tragicznej historii naszej zbolałej ojczyzny. Smutek, boleść i sklepy pozamykane na trzy spusty.

Czyli świętowanie odzyskania niepodległości.

 

ALE NIE TYLKO!

Bo są też imieniny Marcina i rogale!

Jako wychowanka poznańskiego, powróciwszy na tereny zachodnie, by pokazać mężowi smak marcińskich wypieków, rzuciłam się w wir poszukiwań tychże.

Pośród całej masy podróbek rogali z białą masą makowa, znalazłam autentyki po 8 zł. sztuka.

Jezus, każdy kupował po jednym, tak wszyscy zaszaleliśmy.

Po czym udałam się w drogę powrotną, przechodząc przez pasy, na których napotkałam aż 4 sygnalizatory świetlne, przy czym każdy z nich miał zielone kiedy indziej.

Po czym zaszlochałam wewnętrznie, bo mnie to lekko przerosło.

Po czym stwierdziłam, że chcę do domu.

Po czym nikt się tym nie przejął.

 

No ale – jak powiedziały dziś w radio przedszkolaki – życie nie jest usłane płatkami róż, tylko łodygami.

Prawda tak oczywista, że nawet dzieci wiedzą.

Pozostaje tylko szukać ukojenia w przyrodzie, bo co innego:



Pierwszy dzień roboczy po Wszystkich Świętych i mleka klasztornego już nie uświadczysz.

Powiem tak, że braciszkowie się nie popisali, bo ani mleka 2%, ani 3,2%, ani zsiadłego, ani śmietany nie dowieźli.

Nie wiem, co o tym myśleć.

Bo normalnie tacy np. piekarze to nie mają taryfy ulgowej i nawet jak znajdziesz po świętach peta w chlebie, to ten chleb jest. Dowieziony na czas.

Nawet ryby z Bałtyku dojechały!

A tu nic.

Cisza.

 

No nic.

Bo miałam dziś wiele innych fantastycznych przygód.

Zerwałam się bladym świtem, aby wejść do tramwaju o godz. 8:32.

Tramwaj szczelnie wypełniony studentami.

Jezu, poczułam się znowu jakbym jechała rano na wykłady!

I tylko te opowieści, które snuła gdzieś obok ta szczęśliwa, beztroska młodzież:

 

A to Waldek o 3 nad ranem grał na tubie basowej.

A to jest koncert w filharmonii i Anka się pyta czy idziemy.

A to pociągi wczoraj przeładowane.

A to fajny pub otworzyli.

A to Grześ zostawił na długi weekend kiszone ogórki w szafce i ciekawe co tam zastanie dzisiaj po powrocie z zajęć, bo prosto na ćwiczenia dzisiaj rano przyjechał.

 

Jeny, nie będę pisać dalej, bo się poryczę do reszty.

 

Idąc za studenckim ciosem, jadłam dziś drugie śniadanie na ławce na Solnym w towarzystwie dwóch przystojnych niewiast. Podano m.in. pączka i sałatkę śledziową, KTO CZYTA TEGO BLOGA TEN WIE, CO JADŁAM JA. Powiem tak, że naprawdę nie zdawałam sobie sprawy, że gołębie tak lubią śledzie. No ale widocznie nawet gołębie wiedzą, że środa to dostawa ryb.

 

Jezus, a wiecie, że marvit robi nie tylko sok z marchwi i pomarańczy, ale też z KISZONEJ KAPUSTY oraz BURAK + JABŁKO???

Życie mnie omija szerokim łukiem, kiedy tak się codziennie przemieszczam tym blaszanym pudełkiem i trąbię na tych ćwoków, którzy non stop blokują mi wjazd na skrzyżowanie na zielonym, bo im się spieszy i przepraszają, ale naprawdę nie mogą opuścić skrzyżowania, bo przecież jest korek. A ja mam znowu czerwone, ale naprawdę, kto by się przejął.

Włókien kolagenowych też jakby mniej.

I twarz jakaś taka nękana zgryzotami.

A tymczasem gdzieś całkiem niedaleko, w świecie biletów ulgowych, codzienność nosi imię szaleństwa.

 

Cholerne dorosłe życie.

    


  • RSS