broszki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 10.2011

Powiem tak, że zdecydowanie jestem ZA zmianą czasu na zimowy.

Za zmianą opon na zimowe już trochę mniej, bo znowu piszczę na zakrętach, ale co zrobić.

Zawsze to lepsze niż piszczeć paszczowo ze zgrozy, kiedy na letnich oponach nie bardzo się da wykonać jakikolwiek manewr, choćby wejść w zakręt „easy right”, o jeździe prosto nawet nie mówiąc.

Tak czy siak, do końca marca ten blog będzie wyłącznie zapisem moich cierpień, mąk (i kasz) oraz nieustającej rozpaczy ze względu na zaledwie 6-godzinną względną jasność za dnia oraz szeroko rozumianą ZIMNICĘ.

No ale kogo by to obchodziło.

 

Byliśmy na Habemus Papam, CO ZA FILM FAJNY!

Decyzję podjął za mnie mąż, który stwierdził, że skoro gra tam Jerzy Stuhr, to jest nawet w stanie znieść ponad 100 minut widoku wysokich hierarchów kościelnych w liczbie dość sporej.

Film według mnie jest rewelacyjny.

Odważnie, błyskotliwie, nieszablonowo i z odrobiną humoru daje inne spojrzenie na zjawiska takie jak konklawe, głęboki kryzys wewnątrz Kościoła i odpowiedzialność moralną bycia wybranym na jego przewodnika.

Trudny wybór, gdzie na jednym biegunie jest: odważyć się i skoczyć? Złapać wiatr w żagle i zapisać się w historii jako papież?

Czy może poddać się i ustąpić? Żyć zgodnie z własnym przekonaniami, bez ślepego podążania za swoimi poprzednikami i potrzebami pędzącego świata, ale być posądzonym o tchórzostwo?

Gdzie jest granica między tchórzostwem a szczerością wobec samego siebie – to pytanie wciąż dźwięczy mi w głowie po obejrzeniu tego filmu, pod którego urokiem będę chyba bardzo długo.

Już wiem, dlaczego uwielbiam projekty, w które angażuje się Jerzy Stuhr.

Wszystkie je łączy to, że po ich obejrzeniu przestaję się czuć głupio, że mam takie a nie inne poglądy. To chyba JEST powód, żeby kupić bilet do kina, co wam tutaj jak siedzę zdecydowanie polecam.

  
 

Stało się coś strasznego.

Coś, czego nie zniesie niejedno kobiece serce, a może i nawet męskie, Bóg to jeden wie.

Coś, bez czego świat nie będzie już taki sam, a życie stanie się nieznośne.

Każdy obywatel dowie się o tym prędzej czy później, być może wielu już wie.

Zapewne każdy zapamięta dokładnie w którym miejscu życia się znajdował się w obliczu tej katastrofy.

 

2 DNI TEMU ROZPADŁ SIĘ ZESPÓŁ PECTUS.

 

Nie wiem, jaka będzie reakcja giełdy światowej, jak zniesie tą stratę polskie dziedzictwo narodowe.

Podobno teraz członkowie kłócą się niemożebnie o prawo do dorobku i nazwy zespołu.

 

Tak sobie myślę, że RZECZYWIŚCIE, MAJĄ O CO.

Komedia.

    

3 rzeczy w życiu wiem na pewno:

 

Po pierwsze:
Kakaowiec poszedł w górę, w związku z czym czekolady nadziewane mnożą się jak króliki. I nie jest to już tylko kwestia np. czekolady truskawkowej, nie nie. Stajecie przed wielką ścianą czekolad w supermarkecie i macie całą masę do wyboru: nadzienie o smaku żurawinowo-malinowym, miętowo poziomkowym, albo w każdej kostce macie NAJPIERW smak arbuza, a POTEM chilli. Jezus. Albo Czekolada z nadzieniem o smaku KOGLA MOGLA.

To dokąd zmierza ten świat, ja się pytam.

Akceptuję tylko nadzienie migdałowe i koniec, odmawiam udziału w tej grze i udawania, że płacę za 100 gram czekolady, skoro płacę faktycznie za 35 gram czekolady, a 65 g jakiejś pseudo-owocowej chemicznej klajstry.

Po drugie:
Mamy z O. koncepcję na tą jesień!!!!!!!
Nutella!
Kuracja odbywa się tak, że najpierw, czy raczej WPIERW, O. podchodzi i robi w niej krater, natomiast ja potem ukradkiem wyrównuję poziom w słoiku. Po czym za kilkadziesiąt minut on przychodzi i głośno się zastanawia,

CZY ABY PRZYPADKIEM POZIOM NUTELLI NIE JEST PATOGENNIE RÓWNY,

po czym spieszy ze środkiem zaradczym, którym na potrzebę chwili staje się łyżka, i znowu powstaje krater. (który trzeba natychmiast wyrównać, no bo przepraszam, ale takiego nieporządku w słoiku to ja nie toleruję!).

No i tak nam mija ta jesień.

I tak się zastanawiam, kto na tym lepiej wychodzi – ten, co robi to zagłębko, czy ten, co zajada do równego.

Na pewno da się to jakoś zmierzyć.

I po trzecie:
Jeśli na blogach modowych radzi się, co jest fajne, trendi, stajlisz i jazzy, to zdecydowanym MAST HEV na tym blogu jest:::::::::::
NOWA PŁYTA FLORENCE & THE MACHINE!!!! (31. października!)
Nie wiem, co mam powiedzieć o tej niesamowitej muzyce, o tej niesamowitej kobiecie. Kiedy słuchałam dziś w samochodzie jej nowego singla, na te 4 minuty zawładnęła ulicami Wrocławia, zawładnęła mną, ledwo w ogóle zawracałam sobie głowę czerwonymi światłami.
Jeśli kobieta symbolizuje wrażliwość, piękno, siłę, opętańcze pragnienie niczym nieskrępowanej wolności (przekonałam Was?????) to to jest własnie Ona.
Nie mieści mi się w głowie, że po albumie Lungs obyło się bez kryzysu weny i mogło teraz jeszcze powstać coś tak rewelacyjnego.

Podsumowując, w związku z punktem 2. i 3. wnioskuję, ze może jednak dam radę do wiosny.
Ale już ze względu na punkt 1. to nie obiecuję.
A Wy, jakie macie sposoby na jesień?

Jako że bardzo lubię przesadzać, to przesadziłam storczyka.

Polecam w ogóle dział ogrodowy leroy merlin pod tym względem.

Idziecie i macie normalnie cały gotowy zestaw.

Przezroczysta duża doniczka, a w niej woreczek z keramzytem, woreczek ze specjalnym podłożem, a to wszystko w zgrabnym kartoniku. Copy & paste normalnie, łatwizna.

W sam raz to wszystko skrojone na jedno słuszne przesadzanie.

Apeluję, rozejrzyjcie się wokół siebie, czy aby nie jest tak, że jakiś storczyk potrzebuje większej doniczki?

Wystarczy wyjąć go delikatnie z małej doniczki, koniecznie wyciąć suche korzenie, do nowej dużej doniczki wsypać na dno keramzyt, trochę podłoża, na to naszego milusińskiego no i podsypać go nowym podłożem i gotowe.

Efekt?

W ciągu doby liście się podnoszą, uzyskują jędrność i połysk.

ON WAM ZA TO NAPRAWDĘ PODZIĘKUJE.

Jak dobrze pójdzie, niebawem wyrośnie nowy liść, a potem kwiatodajny pęd.

Powodzenia.

 

Dla mnie akcje o powyższym charakterze są jak terapia.

Jak jestem po nadgarstki w ziemi, podsypuje iglaki, sadzę wrzos, pikuje bazylię, rozsadzam fikusy benjaminy itd., czuję że żyję.

A to poczucie jest mi szczególnie potrzebne właśnie teraz, kiedy dzień kończy się tuż po godz. 18, kiedy zapada zmrok, a ja zmywając w kuchni bezwiednie sięgam po metalowy łańcuszek, którego pociągnięcie zapalało halogeny nad zlewem w moim domu, a tutaj go NIE MA!

Sięgam po swój łańcuszek, będąc w innym mieście, po czym uderzam w szloch.

A trzeba wam wiedzieć, ze jest to szloch konkretny.

Szloch niczego sobie.

Szloch porównywalny z tym, którego doświadczam, oglądając reklamę rajstop Calzedonii, gdzie z przedstawianego tam rysu życia kobiety zaliczyłam już wszystkie etapy, oprócz ostatniego.

 

Ale jest jeden pozytywny aspekt!

Do moich dotychczasowych prac botanicznych, w tym mieście dochodzi właśnie jeszcze jeden, całkiem dla mnie nowy, a mianowicie:

 

ROZRÓD KAKTUSA

 

Nasz kaktus, przewieziony z domu, gdzie jeno szedł w górę bez opamiętania, tutaj doznał hiper-płodności.

Nagle.

Ni stąd, ni zowąd.

Zbereźnik jeden.


Dude, how did THAT happen! – zapytaliby moi nastoletni idole, Beavis i Butthead


 


Czy mam to odczytywać jako znak, drogi pamiętniczku?

Dolnośląskie Centrum Filmowe bdb.

Bilet w PIĄTKOWY wieczór kosztuje 16 zł., podczas gdy we wszystkich multiszmexach z duszącym zapachem karmelu i siorbaniem w tle – 23. Bdb.

Tak więc, płacąc w piątkowy wieczór za bilety (32 zeta, nadażacie), mieliśmy jakby ponad dychę w kieszeni.

To akurat tyle, ile mój mąż dał ostatnio panu kominiarzowi za życzenia i kalendarz.

Jezus, to jest dopiero historia!

W roku ubiegłym, jeszcze na terenach naszych domowych wschodnich, też odwiedził nas razu pewnego o tej porze pan kominiarz.

I nie chciał nam wcale czyścić kominów, jeno złożyć najlepsze życzenia na Nowy Rok.

Otworzył mój mąż, który z podobną praktyką się NIGDY wcześniej nie spotkał, tak więc pan kominiarz po wręczeniu mu kalendarza usłyszał od niego nad wyraz uprzejme, jakby w podzięce za pamięć:

 

A, DZIĘKUJEMY BARDZO, WSZYSTKIEGO DOBREGO RÓWNIEŻ DLA WSZYSTKICH KOMINIARZY.

 

Po czym z uśmiechem zamknął drzwi.

Po czym go spytałam, czy nigdy nie przychodził pan kominiarz do jego rodziców z życzeniami.

Po czym powiedział, że nie.

Po czym usłyszał ode mnie, że do moich rodziców oraz dziadków a i owszem, przychodzili i oprócz podziękowań za kalendarz i życzenia, spodziewali się sypnięcia jakimś groszem.

Po czym mój mąż w tym roku wręczył panu kominiarzowi tą dychę jakby górką, żeby wyrównać rachunek za poprzedni rok.

Kij tam, że to już jest zachód Polski, Polska A (100 razy obskurniejsza, ale za to A).

Kominiarz znowu przyniósł szczęście, mąż się nauczył czegoś nowego.

 

No ale o czym to ja.

Właśnie! Byliśmy w tym kinie.

Trochę nam się udało, bo chyba świeżo po remoncie poszliśmy.

Po cenie biletu spodziewałam się kina w stylu WALI STARYM KURZEM, a tu niespodzianka.

Szczególnie polecam Salę nr 2.

Cała czerwona!

Zapach jak w sklepie z dywanami, no świeżynka!

Fotele brand new i mega wygodne, bajka.

Obstawiam, że druga sala jest cała niebieska, albo zielona.

 

No nic.

Baby są jakieś inne.

Hmmm.

Nie jest to pierwszy film Koterskiego, który widziałam, więc mogłam się spodziewać sponiewierania.

Ale, nie wiedzieć czemu, chyba wnioskując po zwiastunach, myślałam, że będzie to kino rozweselające.

Nic bardziej mylnego.

Jest to, moi drodzy, kino DRUZGOCĄCE.

Bezmiar niezrozumienia pomiędzy kobietami i mężczyznami jest tam narysowany tak wyraźnie, wręcz z mikroskopijną dokładnością.

Nie wyszłam z kina rozbawiona, nie nie.

Siedzi ten film we mnie i wracają poszczególne sceny (genialny Więckiewicz!), bo choć panowie troszku jakby przesadzają, często trudno się z nimi nie zgodzić. I jakże łatwo za chwilę odbić im piłeczkę.

A że społeczeństwo potrafi się do tego scenariusza odnieść, świadczą wybuchy śmiechu.

Każdy się śmieje tam, gdzie rozpoznaje samego siebie.

To tu, to tam rechocze ktoś, kto też kiedyś tak miał.

I mamy uroczy striptease całej sali.

  

A, i odnotowałam dwa swoje ulubione słowa w tym filmie:

 

w CASZCE

i

SZASETKA.

 

..i oczywiście

JEDENAŚCIE DWAJEŚCIA.

   

Tak się wszyscy rozpływaliśmy od wysokich temperatur i prześlicznej urody tej jesieni,
a tu bach.

PALĄ W KALORYFERACH i to przed sezonem grzewczym.

W związku z czym jest mi zimno, ale kto by o to dbał.

(Who cares, kto dba. - jak mawia Dżoana Krupa).

 

W wolnych chwilach rozwijam się intelektualnie, czyli kończę tą Samozwaniec oraz czytam Czechowa, który zapodał mi pozytywny przekaz we wnętrzu opakowania prince polo:

 

Bez próżnowania nie ma prawdziwego szczęścia.

 

Chyba wszyscy się ze mną zgodzą, że obok takiego drogowskazu życiowego od TEJ MIARY pisarza, po prostu nie wolno przejść obojętnie. Wcielam go więc gorliwie w życie, popijając herbatę z malinami, żeby nie zamarznąć.

 

Postawiłam sobie jasny cel w życiu: w dwa tygodnie nauczyć się bezbłędnie śpiewać kawałek ‘Ziarno” z płyty 8 Nosowskiej, aby bez skrępowania, nuta w nutę, oddech w oddech wykonać go na żywo razem z moją guru i zadedykować go temu miastu.

 

W podzięce za to, jak czule mnie przyjęło.

Za brudne chodniki, pogryzmolone elewacje, dziesiątki kilometrów przemierzanych po dobry chleb i dobrej jakości warzywa.

Za wszędobylską woń kanalizacji i sieć ulic jednokierunkowych.

Za labirynt niepewności i obaw o przyszłość.

Za zatrzaskujące się drzwi, gdziekolwiek zapukam z pytaniem, czy chciałoby mnie karmić.

 

Czy ja już mówiłam, że chcę do domu?

  

  

Niedzielne popołudnie, przytulna włoska knajpka.

Marieta: I jak? Udało ci się wysłać tego maila?
Duszan: No właśnie nie. Nie wiem, co jest. Ile teraz można MB wysłać w mailu?
Marieta: Chyba ze 20. A pamiętasz jak mi niegdyś wysyłałeś piosenki? Musiałeś każdą dzielić na 3 części po 1,5MB, a ja potem je sklejałam takim specjalnym programem. Ehh, rozmarzyłam się.
Duszan: No właśnie, i chyba wracamy do prehistorii, bo widać mogę tylko wysyłać po jednym zdjęciu.
Marieta: To ile wysyłałeś tych zdjęć razem?
Duszan: Nie pamiętam, po podliczeniu wychodziło cos z 19MB razem. Powinno pójść.
Marieta: To ty nie wiesz, że w Outlooku po zsumowaniu zwiększa ci się MEGABAJTAŻ???
Duszan: Ta, zwiększa mi się megabajtaż.
Marieta: No serio. Wielokrotnie to przerobiłam, że cieżar maila jest zawsze większy niż suma załączników, ponieważ Outlook zwiększa ci megabajtaż.

(po krótkiej chwili)
Marieta: Popatrz, tamci państwo cały czas rozmawiają, dlaczego ty nic nie mówisz?
Duszan: Tamten pan mówi, bo nie je. A ja nie mam chlapaczy.
Marieta: Mhm.

Dobra, przywrócili wszystkie funkcje życiowe bloga, a ja tradycyjnie nie wiem, jak się w obliczu tego zachować.

 

Czytam Magdalenę Samozwaniec Komu dziecko, komu i przepadłam.

Uwielbiam świat jej bohaterów, jej zadziorny styl opisywania realiów i obyczajów w latach 60-tych. Prostota i szyk tamtych czasów mnie zniewala.
Ale przede wszystkim satyra.

Satyra ponad wszystko.

Bez satyry byłabym w tych podłych czasach niczym miedź brzmiąca, albo cymbał brzęczący. Albo na odwrót.

W każdym razie, mam mocne postanowienie przeczytania wszystkiego, co napisała: od Na ustach grzechu po Zalotnicę niebieską.

A potem, wzorem Madzi Karwowskiej, mam zamiar się doktoryzować.

 

Poza tym zapisałam się na kurs html.

BYŁAM JUŻ 2 RAZY, tak?

Gdyby tak pokusić się o analizę porównawczą kursu komputerowego i zajęć Pilatesa, to listę korzyści tego pierwszego otwiera jakże przyjemny, nieoceniony i bezkonkurencyjny czynnik, a mianowicie taki, że się tam SIEDZI, a nie próbuje sobie wybić dysk poprzez różnorakie działania na mięśniach przykręgosłupowych, oczywiście w imię idei prozdrowotnej.

 

Ostatnio robiliśmy tabelki.

(Ktoś może potrzebuje tabelkę w html? – łatwizna)

Tabelka służy do zamieszczania w niej różnych danych tabelarycznych, od matematycznych po historyczne i światopoglądowe.

Świat informatyki mnie intryguje (podobnie jak świat sztuki i artystów plastyków).

Te dwa światy, jakże różne, mają w sobie element geniuszu i element szaleństwa zarazem.
JEDNAKOWOŻ, w żadnym z nich nie ma miejsca dla tego drugiego.

 

W świecie akwareli, rozpuszczalników i decoupage’u, im więcej nieokiełznanej spontaniczności, tym lepiej. Wartość artystyczna dzieła wzrasta wraz z niepewnością efektu podczas procesu tworzenia. Przypadkowo-genialny mix kolorów np., no ogólnie jedna wielka niewiadoma.

 

Żeby cokolwiek działało w świecie popsutego wzroku, czyli w świecie informatyków, potrzebna jest chirurgiczna precyzja. Zapomnisz o jednej malutkiej kropce, o jednym niepozornym backslash’u i zapomnij. COŚ TU NIE DZIAŁA.

Nie powiem, wyrabia się charakter i chorobliwe umiłowanie do ładu po tych kilku godzinach pracy przy kodach html.

Albo kodujesz precyzyjnie, albo nici z tabelki.

A wtedy, wiadomo, dramat i skaczące ciśnienie.

 

Idę dokonać analizy porównawczej długości smażenia borowików szlachetnych oraz pieczarek.
A następnie wstawić uzyskane dane w dorodną tabelę!

  

test

1 komentarz

test

HA!!!

hilfe, tej!

2 komentarzy

Blogasek się zbuntował.

Albo toczy go jesienny spleen.

3 dni temu jawił mi się jako FORBIDDEN AREA i nie można się było dostać nawet na blog.pl.

Teraz nowa notka jest widoczna tylko po załadowaniu nowego szablonu, co oznacza wyczyszczenie całej szaty graficznej, mojej, innowacyjnej, opętańczo rewolucyjnej.

Wszelkie próby dokonania zmian w html’u kończą się niepowodzeniem.

Żadnego komunikatu o awarii technicznej od administratorów.

Daję blog.pl tydzień na powrót do nieskazitelnej sprawności.

Potem przenoszę się gdzie indziej.

 

Ktoś miał podobnie?

Ktokolwiek widział, ktokolwiek wie.


  • RSS