broszki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 9.2011

Zgadza się, przejęzyczeń ciąg dalszy.

Acz występują zdecydowanie rzadziej, więc jest jednak nadzieja.

 

Obcowałam w ostatnich dniach z nieokiełznanym światem sztuki.

Odbyłam dwudniowy maraton po tutejszych galeriach (tym razem dla odmiany po galeriach SZTUKI), no i muszę powiedzieć, że lekko nie jest. Wraz z towarzyszką tego tournee, M., chłonęłyśmy sztukę współczesną m.in. na Świdnickiej, na Solnym, Jatkach, zarówno w miejskich galeriach z tradycjami, jak i w tych malutkich, stricte komercyjnych. Po raz pierwszy tak intensywnie zetknęłam się z tak wieloma miejscami, w których młodzi zdolni artyści prezentowali swoją wizję wszechrzeczy, niczym ten performer z Testosteronu Saramonowicza, „wpuszczając w martwy stek banałów cuchnący, acz ożywczy, taki bulgot niepokoju”.


A jest tu tych miejsc szalenie dużo.

Jestem absolutnie zafascynowana stylem bycia pań kuratorek.

Stylem nieokiełznanym.

Stylem awangardowym.

Ich absolutnym nonkonformizmem wyrażającym się w ich ubiorze, fryzurach, totalnym bajzlem na ławie, przy której podejmują swoich rozmówców itd.


Wnioski z tych wszystkich ploteczek z nimi są takie, że nastały wyjątkowo ciężkie czasy dla artystów. Że społeczeństwo jak sobie walnie na ścianę śliwkę z limonką, albo piasek pustyni z magnolią, to zaraz wchodzi na allegro, albo leci do Ikei po kolejny taki sam, przewidywalny, powtarzalny plakat przedstawiający białe lilie na bordowym tle, albo czarno białe budynki Nowego Jorku, zamiast zajrzeć do galerii w celu nabycia czegoś ambitniejszego, a przy tym niepowtarzalnego.

O gustach, wiadomo, dyskutować się nie powinno, ale na wzór tego poety z Rejsu, ogarnia mnie „smutek i nostalgia”, kiedy przypominam sobie zgaszony wzrok jednej z właścicielek galerii, która z gorzkim uśmiechem, zrezygnowana mówi nam:

 

Widzicie, bo ja tu jestem taka trochę niepotrzebna,

 

podczas gdy przez cały rok otaczają ją kolejne, zmieniające się niebanalne prace malarzy, grafików, rysowników, które są potem brutalnie ściągane i wracają tam, skąd przyjechały.

Osobliwy jest ten świat sztuki.

Np. taki sklep z materiałami dla plastyków.

Po 3 minutach przebywania w nim, zapach formaliny zmieszany z rozpuszczalnikiem i Bóg jeden wie z czym jeszcze tak wżarł mi się w nozdrza i płuca, że z łzami w oczach wybiegałam w celu łapania tlenu. A taki artysta to znosi z godnością.

Daję słowo, nie nadaję się. Nadaję się tylko na koneserkę.
A jakbym teraz trafiła jeszcze w totka, to juz w ogóle.
 

W międzyczasie, stuknęły nam z O. skórzane (czyli 3.) gody.

Z tej oto okazji szarpnęliśmy się na bilety na kilka odjazdowych wydarzeń muzycznych oraz ja zjadłam zapiekanego pomidora faszerowanego twarożkiem, rukolą i suszonymi pomidorami. W czapeczce.


I jakby mnie postawili przed wyborem: koncerty, czy ten pomidor w berecie z szypułką zamiast antenki, to bym się zapłakała na śmierć, bo doprawdy NIE WIEM.

 

Kobieta to się musi wyposażyć w tak wiele mechanizmów przeciwko światu, że dzięki.

Ostatnio nabyłam np. puder MAC fix.

Wyszłam bowiem z założenia, ze jak już mam notorycznie tuszować rozterki egzystencjalne na twarzy, to niech to przynajmniej będzie porządny produkt.

Dziękuję bardzo.

Pani sprzedawczyni mejkapistka dobrała mi odcień kompatybilny z wewnętrzną stroną nadgarstka, czyli mniej więcej bladozielony, tłumacząc NO OPALONA TO PANI NIE JEST.

I ku własnej uciesze pierwszy raz w zyciu sprzedała puder w kolorze prawie białym.

Niestety to było kilka dni przed moim sławetnym wrześniowym strzaskaniem na słońcu, tak więc teraz przez pół roku będę musiała przykrywać swoją ciężko wypracowaną opaleniznę pudrem, dzięki któremu wyglądam tak, jak w krytycznym stadium grypy, albo w szpitalnym lustrze dzień po zabiegu operacyjnym, czyli mając temperaturę ciała 35,2stC i miękkie nogi.

 

No nie wiem.

 

Czułam podświadomie, że ten flirt ze światem wielkiego wizażu nie skończy się dobrze, to teraz mam.

Już starożytne Greczynki malowały sobie policzki jagodami, czy innymi farbami roślinnymi, a mnie się zachciało nowoczesnego make-up artu.

 

Problemy tego typu są jednak całkiem obce O., który uznał, że bez kitu opcją na ten weekend będzie coroczny męski wypad surwiwalowy i spanie pod mostem. Tzn. w okolicach mostu, a właściwie zapory na Solinie. Relacjonuje zatem, że jezioro nie wyschło, tłumów brak, i udało im się już nawet utopić bezpowrotnie kotwicę. Nie wiem zatem czy dziś rano nie obudzili się gdzieś pod Sandomierzem, ale jak przygoda to przygoda, ich sprawa. Wolę natomiast nie pytać, gdzie myją ręce, skoro łajba nie posiada raczej wody bieżącej, oraz ile par skarpet zakładają na noc, skoro dzisiaj miało być aż +4stC. Powiem tylko, że z katarem do domu nie wpuszczam i tyle. Taka była umowa.

 

Martwi mnie jedynie to, że mój mąż miał do mnie wielką prośbę, abym mu nagrała wczorajsze kwalifikacje F1 (o których całkiem zapomniałam), oraz dzisiejszy wyścig (o którym coś czuję, że też zapomnę), a timer nie chce mi się ustawić, bo ponoć prawie cały dysk jest już zajęty moimi nagraniami, a zanim pozgrywam je na płyty, to raczej mu zdążę tylko nagrać „Taniec z Gwiazdami” wieczorem.

Może się ucieszy?

   

Lato 2011 to już historia.

Wybornie.

I zimno.

Czyli teraz tylko czarna noc, wstawanie rano po ciemku, śniadanie po ciemku, obiad też właściwie po ciemku. Bo ja się z reguły wyrabiam na 17:24. Nie, nie mam dobrego nastroju i nawet nie zamierzam tego ukrywać. Nic nie ma sensu. Nic a nic!

 

Tegoroczne lato już zawsze będę dzielić na pierwszą połowę TAM (czyli w domu) i drugą TU (czyli na wygnaniu). Stan mojego funkcjonowania w nowym mieście wspaniale odzwierciedlają przywiezione STAMTĄD rośliny. Storczyk upuścił dziś właśnie ostatni kwiat, choinka na balkonie lekko zżółkła, a w bluszczu, który tak malowniczo wystrzelił rok temu, teraz odkryłam całą masę pajęczych sieci, wśród liści pokrytych jakąś klejącą mazią. Taaak, a teraz rozsunę lekko pajęczyny ze stołu kuchennego, żeby napić się herbatki, hihihii.

 

Najczęściej tego lata gościł u nas bielinek kapustnik.

Jestem już wysokiej klasy specjalistką od znajdowania tych skurczybyków w brokułach.

Nie przeszkadza mi to, że idealnie się kamuflują i tak wypatrzę drania.

Jak sobie pomyślę, że moje pierwsze spotkania z brokułami polegały tylko na opłukaniu i gotowaniu ich w całości, to mi słabo.

 

Albo dzisiaj.

Pierwszy dzień jesieni postanowiłam uczcić wyprawą w celu nabycia nowej płyty Nosowskiej, rzecz jasna. Dzień premiery jej płyty od lat jest dla mnie świętem, nawet jeśli jest to pierwszy dzień parszywej jesieni. No i powiem tak, że troszkę drogo będzie mnie ta przyjemność kosztować, albowiem jak tylko otworzyłam drzwi zaparkowawszy, jak silny podmuch wiatru wyrwał mi je z reki, jak jeb…ły o drzwi sąsiada, to nie tylko je cudownie wgniotły, ale i zostawiły na nich zamaszysty autograf z własnego (mojego!) lakieru. Na szczęście właściciel zjawił się po kilku chwilach i mogliśmy uciąć sobie kumpelską pogawędkę o wyższości lakieru Volvo nad moim, bo z Volvo się wszystko starło bez śladu, a mojego zapewne po zimie zacznie  - jak to mówi O. – rude żreć.

No nic.

 

Coś czuję, że jak wysłucham tego nowego materiału Nosowskiej, to już się pogrążę do końca.

A niech tam.
ON
OPEN
INSERT
VOLUME
PLAY

  

Taak, życie to jednak potrafi dokopać.

Wychłostać i sponiewierać.

 

Zaczęło się od tego, że postanowiłam poddać O. egzorcyzmom.

Normalnie stojąc w lodowatych rewirach sklepu i dumając nad wyborem mleka dla niego, i to mleka nie byle jakiego, tylko takiego, które spełniłoby jego oczekiwania pod względem fauny i flory ekosystemu, w którym żyła krowa, ilości jej merdnięć ogonem, składu chemicznego i temperatury pasteryzacji (broń Boże nie UHT!), nagle stanęłam jak wryta.

Oczom mym ukazały się bowiem standardowe butelki, na których widniała jakże niestandardowa etykieta, a mianowicie:

 

MLEKO ZAKONNE

Ojców Cystersów ze Szczerzyca

 

O, Bracie – pomyślałam i bez wahania postanowiłam się przekonać, jak organizm męża o naturze mocno doczesnej zareaguje na produkt tak ewidentnie nacechowany wymiarem duchowym.

 

Miałam bowiem cichą nadzieję na przynajmniej jedno z poniższych, a mianowicie, że:

- dostąpi łaski umożliwiającej domyślanie się, o co mi zazwyczaj chodzi

- zapragnie odnowienia przysięgi małżeńskiej, którą wygłosi z mocnym naciskiem na UCZCIWOSĆ MAŁŻEŃSKĄ

- będzie mi w przypływie natchnienia codziennie zrywał polne kwiaty

- choć raz obejrzy ze mną „Tap Madl” bez rozpaczliwego „Mogę?” trzymając pilota w ręku

- zacznie czytać poezję księdza Twardowskiego i będzie ze mną szczegółowo analizować chociaż jeden wiersz dziennie

 

Żadna z tych rzeczy się jednak nie stała.

Stało się za to coś o wiele gorszego.

Za mój przebiegły plan przemycenia transcendencji w życie mojego męża, spotkała mnie sroga kara.

Otóż, połknęłam ość.

Taką normalną, dorszową.

Nie czuję jej wprawdzie, ale przeczytałam już chyba wszystko o metodach wydobywania ciał obcych, które wbiły się w dowolny odcinek przewodu pokarmowego i nie polecam.

Siedzę i czekam na najgorsze.

 

Przy życiu trzyma mnie jedynie osobiste wspomnienie niezbyt brzemiennego w skutki połknięcia drzazgi (zszyte wykałaczkami roladki schabowe ze śliwkami, bdb).

Gdyby nie ten pocieszający precedens, chyba by już było po mnie.

 

A może by się tak tego mleka napić???

   

O kurcze, już 20. września, za chwilę na narty.

Nie mam pomysłu, gdzie się schowały te trzy tygodnie września, bo ja ich nie pamiętam. Pamiętam tylko huczne rozpoczęcie nowego Roku Szkolnego (BEZE MNIE HEHEHE) i to by było na tyle. Cała reszta spektakularnych wydarzeń, typu rozpoczęcie jesiennych ramówek wielkich stacji, rocznica agresji sowieckiej, czy chociażby imieniny Edyty i Kornela, gdzieś mi umknęły.

A właśnie:

WSZYSTKIEGO NAJLEPSZEGO DZIŚ DLA EUSTACHEGO, EUZEBII i FILIPINY!!!

Czy w związku z tym „Filipinka” też obchodzi dziś swoje święto?

 

Byłam w Urzędzie Miejskim.

Dojazd, pff łatwizna, zaparkować w Arkadach i tup tup tup za 3 min. jesteśmy na miejscu.

W UM pustki. Tzn. nie ich koncert, tak dobrze nie jest :-) Pustki, rzekłabym, kolejkowo-zaludnieniowe. Myślę, że to sprawka e-urzędu, który znacznie upraszcza i rozładowuje kwestię kolejek i tłumów przy każdym okienku.

Pokonując labirynty wymuskanych korytarzy, myląc pana w punkcie ksero z informacją, mijając pana w okienku, przed którym widniała kartka z jakże wymownym i przyjaznym komunikatem:

 

NIE UDZIELAM INFORMACJI,

 

i po zasięgnięciu porady u pani z sekretariatu, trafiłam do okienka z serii A, gdzie nakreśliwszy pokrótce, co mnie tu sprowadza (bo myśmy som z małżonkiem z Podkarpacia i chcielibymy głosować), spodziewałam się wszystkiego. Spodziewałam się, że odeślą mnie jeszcze w siedem różnych instytucji, z których każda ma inny adres, że będę musiała wracać do domu po milion różnych świstków z rodzimych urzędów dla potwierdzenia tożsamości, że wypełniony i podpisany wniosek O. wraz z jego dowodem osobistym nie wystarczą i że będzie musiał wziąć urlop i przyjść osobiście, itd.

Tymczasem, pani w okienku powiedziała: Proszę sobie na chwilę usiąść, po czym wskazała miejsce za mną:

 
 

Taaak, siedziało się bardzo miło, przy pozostałych okienkach raz po raz pojawiał się ktoś i napotykał uśmiech po drugiej stronie szyby, nikt nie egzekwował sprawiedliwości kolejkowej, nikt nie usłyszał jakże znanego nam wszystkim: CZEKAĆ ZA DRZWIAMI, nic z tych rzeczy. Po kilku krótkich minutach pani zawołała mnie z powrotem i powiedziała, że to wszystko, będziemy dopisani do listy. A potem stało się niemożliwe: otóż sama, z nieprzymuszonej woli zapytała mnie, czy wiemy, gdzie jest nasza komisja.

Czyżbym nie tylko zagubiła się w czasie, ale i w przestrzeni??

Czy to aby na pewno polski Urząd? Nikt nie przewracał oczami, nikt nie przestępował z nogi na nogę w zniecierpliwieniu, nikt nie wzdychał ciężko, bo prawie nikogo tam nie było. Jednym słowem nuda. Innym słowem bajka. Nareszcie.

 

  

Nie mam czasu.

Całkowicie zagubiłam się pomiędzy poszukiwaniem herbaty lipowej, a celebrowaniem własnego przeziębienia. Organizm widać już się zbuntował i dość jasno wypowiedział się na temat trudów odnajdowania się w nowej rzeczywistości.

Przemaszerowałam dziś w pięknym słońcu odcinek od Wesołej do Kuźniczej i z powrotem i raport wygląda tak, że co 7 minut miałam oczy pełne piachu. Miła odmiana, taki peeling oczu, nie powiem. Aparat łzowy dostał solidny trening, mogłam jeszcze szeroko się uśmiechać, a miałabym piaskowanie zębów gratis. Następnym razem.

 

Z ciekawych podbojów to widziałam ostatnio iglicę.

Bardzo mnie zaintrygowała, bardzo.

Od razu skojarzyłam ją z przemysłem dziewiarskim i byłam przekonana, że stanowi ona pomnik włókiennictwa dolnośląskiego. Oczami wyobraźni widziałam już, jak na ławkach wokół niej co tydzień spotykają się kobiety i odreagowują stresy życia codziennego np. robiąc na drutach, szydełkując, ewentualnie wyszywając ściegiem krzyżykowym.

Ale nie.

Natychmiast zostawiłam wyprowadzona z błędu przez jednego z tubylców.

Otóż, ustawiono ją pod koniec lat 40-tych z okazji organizacji Wystawy Ziem Odzyskanych.

Co miała jednak symbolizować – tego się już niestety nie dowiedziałam, gdyż (cytuję):

 

PO PROSTU WTEDY UZNAWANO TO ZA NIE LADA WYCZYN POSTAWIĆ COŚ TAKIEGO NA SZTORC.

 

No.

Takie wytłumaczenie w zupełności mi wystarczyło.

A, macie tu jeszcze jesień w Parku Szczytnickim, co Wam będę żałować!

Mieliśmy wczoraj niespodziewanego gościa. Nie był raczej zainteresowany wejściem do środka, wyraźnie dał znać, że wygodnie mu na parapecie. Nie wołał jeść, ani pić, nie przejął władzy nad pilotem TV, co czyniło go w moich oczach gościem idealnym. Zwyczajnie przycupnął sobie wygodnie i patrząc w dal, w skupieniu kontemplował niebo nad Wrocławiem, przy okazji regenerując siły. Co mnie zdziwiło to to, że nic nie było w stanie go zdekoncentrować, ani tym bardziej spłoszyć. Ani sesja fotograficzna, ani propozycja herbaty, no nic. Po około półgodzinnym odpoczynku poruszył się i niespiesznie odfrunął. I nawet trafił idealnie między słupki balkonowe, co przy takim rozmarzeniu, jakiemu oddał się będąc u nas, wydawało mi się prawdziwym cudem.


Poniżej kilka zdjęć inspirowanych powyższą zadumą.

siąpi

2 komentarzy

- Dzień dobry, czy może mi pani dać jakieś ciastko na poprawę nastroju? – mówi zgaszonym głosem klientka mojej ulubionej cukierni, a ja patrzę na nią i uśmiecham się porozumiewawczo.

 

Jak ja ją dzisiaj rozumiem.

Na balkonie od wczoraj mam wrzosowy gaj. Odebrawszy polecenie solidnego zakwaszania wrzosowej gleby, wróciłam do domu i jęłam przesadzać (a przesadzam wyjątkowo dobrze. Przesadzanie to taki mój hallmark, chciałoby się rzec).

No i czynność ta miała moc sprawczą w postaci dzisiejszej ulewy i szarugi.

Ma-low-ni-czo.

 

Ja protestuję.

Świat jest absolutnie zły, prawa rynku bezwzględne, a głód i choroby na świecie niesprawiedliwe.

Mam 95% kremu z filtrem 20+ po tym sezonie letnim i pomidory się za chwilę kończą.

Nie jestem w żadnym aspekcie przygotowana logistycznie do tej jesieni i niniejszym wystawiam jej opinię persona non grata.

Nawet ten facet co śpiewa w reklamie Merci ma doła.

Bo pamiętam, jak kilka lat temu śpiewał, to można sobie go było zwizualizować w studio nagraniowym tak mega szczęśliwego, że jak śpiewał na koniec…

 

MEEEEERCIIIII ŻE JEEEESTESŚŚŚ TUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUUU!!!!!!!,

 

…to oczami wyobraźni widziałam, jak muzyka gra tylko dla niego, a wicher namiętności rozwiewa mu bujną grzywę.

A teraz?

Zwróćcie uwagę, jak posępnie teraz śpiewa.

Merci, że jesteś tuuu.

 

I tyle.

Intonacja zdecydowanie o inklinacji opadającej.

 

Ale nic to.

Ewa Drzyzga ma dla widzów niezłą gratkę!

Nie, tym razem nie pokaże dziewczyny, która przyszła do studia z zasuszonym łożyskiem, nie.

Tym razem obiecali, że jutro będzie facet, który – surprise surprise – urodził dziecko.

 

Idę się pochlastać.

    

Powiedzmy to sobie otwarcie.

Dziś będzie o seksizmie.

 

Chodzi mi ten temat po głowie po wczorajszym wystąpieniu pani radnej z Sosnowca, która wraz z koleżankami wywalczyła w sądzie zakaz zwracania się po imieniu do kobiet w samorządach.

No litości.

W kolejce czeka pewnie jeszcze pozew mający na celu wprowadzenie zakazu wypowiadania słowa „kobieta” z półuśmiechem, albo zakaz zwracania się W OGÓLE do kobiety urzędniczki przez pana z przedziałkiem na lewo.

 

Kiedy słyszę, że kobiety zaczynają robić publicznie aferę, że ktoś powiedział do nich w pracy „Wandeczko”, to naprawdę zaczynam się wstydzić, że też należę do tej płci.

Nigdy nie pracowałam w środowisku zdominowanym przez mężczyzn, miałam za to gorzej, bo pracowałam głównie z babami. Totalna wojna podjazdowa.

A jak mi któraś drugi raz wyleciała z tekstem „Dziecko drogie”, to jej przywaliłam „DOBRZE CIOCIU” i przestała tak do mnie mówić. Ale żeby zaraz z tym do sądu?

To trochę takie przedszkolne zagrywki w stylu „Proszę Wysokiego Sądu, a on mnie potraktował protekcjonalnie”, a dla nadania sprawie powagi warto sypnąć jakimś „-izmem”, więc padają „szowinizm” i „seksizm”.

 

Albo z tym premierem.

Jezus Maria.

To prawda, nie widziałam stroju tej dziennikarki od (nie?)pozapinanych guzików, ale gdybym to ja była na jej miejscu i premier przez 10 sekund po moim pytaniu patrzyłby z zażenowaniem w podłogę, a potem powiedział:

 

Guziki wszystkie zapięte na pewno… trochę taki jestem zz… patrzę na letni strój pani redaktor, który nie kojarzy mi się z dopięciem wszystkiego na ostatni guzik, ale to… ja wiem wiem, to nie przygana, wręcz przeciwnie, bardzo lubię…. lato, ale ….. organizacyjnie myślę, że będzie to perfekcyjna prezydencja (…),

 

to przyznaję szczerze, że spaliłabym się ze wstydu i prawdopodobnie byłoby to moje ostatnie pytanie w karierze i więcej bym się już nie pchała. Bo na moje oko, był to i tak kulturalny komentarz do najwyraźniej zupełnie nieprofesjonalnego wyglądu tamtej pani.

Feministki się zagotowały, ja czułam zażenowanie, bo szowinizm szowinizmem, wiadomo, kobiety mają trudniej w życiu, ale nie udawajmy, że od stuleci nie mają cycków za „swoją tajną broń kobiecą”. Słabe. Bo zbyt często tylko to.

 

Ja może jestem tradycjonalistką i nie palę staników, ale zdecydowanie wolałabym, żeby ktoś do mnie mówił Wandziu, niż PANI WANDO, WYSOKIEJ KLASY SPECJALISTKO, a do tego to chyba zmierza.

Bo na końcu rozmowy telewizyjnej, od której zaczęłam, pani redaktor prowadząca mówi:

 

- A teraz Kasia Krupa i prognoza pogody.

- Katarzyna Krupa – uzupełnił z pełną, ironiczną powagą jej kolega prowadzący.

 

Wzrok, jakim zdzieliła go pani redaktor – bezcenne! :-)

       

Mogłabym dziś wypowiedzieć 2 równoznaczne zdania, jakkolwiek irracjonalnie to brzmi, to znaczenie mają tożsame: 

Wczoraj mieliśmy 4 września.
i
Wczoraj opaliłam się po raz pierwszy w tym roku. 

Taak.

W przerwie rowerowej wyprawy na malowniczym Ostrowie Tumskim słońce tak mnie potraktowało, że wyglądam dziś jak ofiara przemocy domowej i mam czerwone limo pod okiem.

Pod prawym tylko, co stanowi niezbitą poszlakę, że musiałam byłam tak lekko w lewo patrzeć na tym postoju.

Most Tumski – bdb.

Człowiek go tak przemierza i nie może się nadziwić, ile na tym świecie jest miłości.

Normalnie cały most obwieszony kłódkami.

Jak w jakim Paryżu czy Wilnie.

O. oddelegowany przeze mnie, aby natychmiast skombinował naprędce mi tu jakąś kłódkę sprytnie wymigał się następującymi tezami:

 

- JEST NIEDZIELA, a w niedziele, jak wiadomo, ślusarze maja wolne

- TO NIEEKOLOGICZNE, bo trzeba cisnąć kluczyk do Odry, jak złom

- WCALE NIE MA JUŻ MIEJSCA, którą to teorię pozwoliłam sobie totalnie wyśmiać

 

Cóż, licznik rowerowy pokazał na koniec długość trasy 24,5km, co natychmiast odnotowałam jako swój rekord życiowy, zaraz po 22-km przeprawie rowerem przez Hel, tak gdzieś od jego połowy na sam jego koniuszek w Helu właśnie.

 

No więc czar, urok, powab generalnie.

 

Dziś natomiast, z niewiadomych przyczyn, obudziłam się z głębokim przeświadczeniem, że jak jeszcze raz zobaczę, że jakaś mądra mamcia wewala swoją pociechę w buciorach do wózka w sklepie, to pójdę i własnoręcznie przemaszeruję całej jej rodzinie po talerzach obiadowych w swoich rocznych sandałkach, które – a jakże – swoje już przeszły.

 

I nie wiadomo, czy to przez burzę, która właśnie przeszła, czy przez poniedziałek.

Chyba raczej taki mix.

Dziękuję za uwagę, drogi pamiętniczku.

 


  • RSS