broszki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 8.2011

Szast prast i mamy pierwszy miesiąc na nowym siedlisku.

Mam tu już ulubioną piekarnię (a pieczywo i węglowodany to podstawa mojej egzystencji i ogólnego ukontentowania), cukiernię, lodziarnię (Grycanie, bój się!), wiem gdzie pojechać w środę po świeże ryby, gdzie na wycieczkę rowerową. Mam bardzo dobre pierwsze doświadczenia z komunikacją miejską, a samochodem coraz częściej poruszam się bez nawigacji.


Średnie spalanie w mieście wzrosło mi tutaj z 5,5 do 7 litrów/ 100, ale cóż… więcej świateł to więcej ruszania i rozpędzania się, proste. Przez pierwsze 2 tygodnie próbowałam utrzymywać niskie spalanie chwilowe na wyświetlaczu, ale przy spalaniu 2,5 litra/100 kierowcy się irytują, wyprzedzają i ogólnie jestem wtedy jakaś taka niedopasowana. Postanowiłam zatem dostroić się do rytmu miasta, które razem ze mną spala średnio 7 l / 100 i koniec kropka. Takie jest życie i będę to musiała zaakceptować.

 

Mam ulubionego fryzjera, trenerkę pilatesa, ulubioną lokalną stacje radiową, ulubioną knajpę, ulubiony pub z muzyką na żywo i nowy pomysł na życie.

To miasto inspiruje.

Nie jest może banalnie proste do oswojenia, ale też nie wystawia pazurów, nie drapie i nie gryzie (przynajmniej do tej pory).

 

Z minusów to zdecydowanie wymieniam 3 wgłębienia w czaszce spowodowane kilkukrotnym przywaleniem głową w okap kuchenny oraz notoryczne sylabianie przystaw. TFU! Przestawianie sylab.

Jestem prawie pewna, że jedno może mieć ścisły związek z drugim…

 

Piątek godz. 15:19. Telefon od męża.

Dzwonili M. i B., są na festiwalu Tauron Nowa Muzyka w Katowicach. JEDZIEMY?

No pytaaaanie.

Nowa muzyka to moje imię z bierzmowania!

Trochę mieliśmy fuksa z biletami, bo dołączamy do kolejki, a tu organizator za plecami 3-ciej pary za nami stawia symboliczna granicę i mówi, że więcej biletów nie ma i basta.

 

Teren festiwalu to 5 scen, scenek właściwie, z wyjątkiem tej jednej, na której miał się odbyć GŁÓWNY EVENT. Do tego czasu mieliśmy jeszcze kilka godzin, bo trzeba było zbudować INSTALACJĘ, więc wypadało „pobujać się” po scenach i pozwiedzać. Luz, czad i lajt motiv ogólnie.

A było co zwiedzać.

Np. podświetlone schrony przeciwodłamkowe.

I jeszcze uwielbiam, jak w nocy jedna ściana budynku świeci się na żółto, a druga na różowo.

No coś w tym jest,

Potem poszliśmy do Warsztatu Maszyn Muzeum Śląskiego.

I tam się zaczęło.

Silnik parowy z huty Baildon.

Wrak messerschmitta 109 rozbitego w 1945.

Elementy armaty przeciwpancernej 8,8cm

Bomba kasetowa w całej swej czarownej okazałości.

I mój absolutny faworyt: PRASA MIMOŚRODOWA:


Po powrocie do XXI wieku przechadzaliśmy się między scenami, i to tu, to tam odpowiadaliśmy twierdząco na to samo pytanie, często padające z nich wszystkich, a mianowicie:

 

ARE YOU REAAAAADYYYYYY??????!!!!!!!!!!

 

Ogólnie stwierdziliśmy, że DJ’e pracują w bardzo trudnych warunkach i że ich chorobą zawodową powszechnie występującą musi być skrzywienie odcinka szyjnego kręgosłupa, bo ile można pracować z prawym (lewym?) uchem przyklejonym do ramienia? No właśnie.

 

Gwiazda wieczoru Amon Tobin powalił wszystkich zebranych tłustymi pełnowartościowymi bitami oraz zapierającymi dech efektami świetlnymi.

Mnie dech zaparło jednak co innego, a mianowicie wszędobylska nuta zapachowa palonych traw i nie mam tu tym razem na myśli porządków w ogródkach.

 

No nic.

Jak przygoda to przygoda.

Nocny powrót do domu upłynął pod znakiem Cinematic Orchestra, żeby jakoś wrócić do równowagi, bo jednak ten trans, bauns, sample i loopy to jednak nie do końca moja bajka.

 

Ale Warsztat Maszyn SUPER.

 

Dobra byłam tym razem na tej jodze.

Tzn. joga to była jedna wielka niespodzianka, bo zajęcia się nazywają body art. I w opisie mają elementy jogi, baletu i czegoś tam jeszcze.

Więc dałam się zaskoczyć.

Dałam się ponieść fali.

Dałam się… sponiewierać!

Bo pani co jak co, ale bardziej pasuje mi na bezkompromisową trenerkę baletu, niż na nawiedzonego przewodnika duchowego, choć może to i lepiej?

Już na wstępie ćwiczeń, jak tryknęłam się dłonią z sąsiadką w pozycji wojownika, skwitowała to krótko:

 

JESTEŚCIE ZA BLISKO SIEBIE, ZRÓBCIE COŚ Z TYM.

(to wojownicy mają walczyć bezdotykowo???)

 

Jezu, potem było coraz gorzej.

Pamiętam, jak w przedszkolu największa i jedyną skuteczną karą dla nas było stanie z rękami do góry przez 10 minut. Niby nic, a radzę spróbować. A raczej nie radzę.

No i wczoraj było podobnie.

Pierwszy raz w życiu dostałam zadyszki po prostu stojąc nieruchomo.

Z jedna ręką wyciągniętą równolegle do podłogi, a drugą prostopadle do góry.

Pani oczywiście tylko na luzie przechadzała się między nami i po minucie dopytywała:

 

FAJNIE???

 

Ale moim faworytem i tak jest w siadzie prostym złapać się za palce stóp, zachowując proste A NAWET WKLĘSŁE plecy. Boże. A ja ledwo sięgam kolan, nie mówiąc o linii pleców nawet.

 

W sumie przez większość czasu przypominało mi to wspólny publiczny pręgierz, a w głowie huczało: ZA CO MNIE TO SPOTYKA??? NIGDY WIĘCEJ!!

 

No ale umówmy się, że końcowe wyciszenie było super.

I nawet wystąpił u mnie znajomy efekt tonizacji ciała i umysłu, takiej świeżości postrzegania wszechrzeczy. Zaprawdę.

(nie zmienia to faktu, że po zajęciach prawie wyjechałam facetowi na maskę z podporządkowanej, ale takie są widocznie efekty tych zajęć, że wszystko we wszechświecie ma stanowić jedność. Na szczęście nie scaliłam się w jedno z tym peugeotem, a mało brakowało).

 

Dziś od rana boli mnie WSZYSTKO i mam czkawkę.

I muszę was przeprosić, ale oddalę się, bo chyba mnie kręgosłup był pękł.

Ała.

   

 


Ona jest niesamowita.

Tak właśnie pomyślałam, kiedy usłyszałam pierwsze dźwięki jej nowego singla (z płyty, która już 16 września!!!)

Fortepian w tym kawałku kojarzy mi się z najlepszymi momentami w muzyce Radiohead, ale nie pod względem podobieństwa, tylko tej szczęki, która opada z hukiem na podłogę, kiedy się tego słucha. Że nie pozostaje w miejscu. Że poszła do przodu o trylion siedmiomilowych kroków od czasu płyty „Puk Puk” (tak jak Radiohead od „Pablo Honey” do „In Rainbows” czy teraz „The King of Limbs”). Że nie nagrywa co 3 lata takiej samej płyty, jak przecież robi przez zasiedziałość tak wielu…

Słuchałam jej już kilka razy na żywo. Kameralnie, w klubach i w plenerze.

JAK ONA TO ROBI!

Że skupia wokół siebie tak wrażliwych i zdolnych muzyków.

Że jest tak szczera, naturalna i boska w tym co śpiewa i jak śpiewa.

Że kiedy słucham jej muzyki, to czuję, że trafia do mnie przez te głośniki jakimś totalnie siostrzanym, kosmicznym kanałem.

I zawsze trafia w sedno.

Duszan: To na co idziemy do kina?
Marieta: No nie wiem, niech spojrzę… o, patrz: są projekcje w 5D.. czym się różni 3D od 5D?
Duszan:… bo tam chyba jeszcze trzęsie i pachnie.
Marieta: ooo, to ja tam juz NA PEWNO nie pójdę!

Niepostrzeżenie i całkowicie bez mojej zgody.
Nastała noc.
O 20:42 patrzę za okno i co widzę?
Ano CIEMNICĘ widzę.
Nie pomagają afrykańskie upały, ani upalne noce.
Moja złota myśl na dzisiaj to „NIC NIE ZATRZYMA JUŻ JESIENI”, choć w sumie chyba nie ja to wymyśliłam (copyright E. Bartosiewicz).
Czas start. Zaczynamy przejawiać zwiększone zapotrzebowanie na cukier, ciepłe skarpety, książkę i dobrą muzykę.

A właaaaśnie!
Odkąd odkryłam Radio Ram, niepotrzebne są mi już od jakiegoś tygodnia wszystkie moje 473234 płyty. Nie sądziłam, że gdziekolwiek w eterze znajduje się taka perełka.
Chillout, dobrze pojęty smooth jazzzz, swing, funky, ale nie tylko, bo wachlarz gatunków muzycznych jest dosć spory. Dodatkowo bonus w postaci kilku kawałków pod rząd tego samego artysty, cała masa nowości, które zdążyłam już nawet uwielbić, ale także ci, o których już prawie zapomniałam, a przecież kiedyś kochałam nad życie (patrz tytuł notki). No i aktualności z miasta, z wydarzeniami, korkami, temperaturą i ciśnieniem powietrza włącznie. Ale przede wszystkim Muzyka. Czego chcieć więcej?
Może jedynie tego, aby po tej 20-stej nie panowała jeszcze ciemna noc, ale tego się już chyba przez jakieś 10 miesięcy nie da zrobić…

TVN widzę opanował wszystkie stacje.

Nie wiem, na ile to jest chwyt marketingowy, ale coś mi mówi, że z nich to są spryciarze, że hej. W przerwie TV śniadaniowej na TVP Tomasz Zubilewicz przy mapie pogody życzy dużo słońca w imieniu sponsora programu, a zaraz potem Dorota Wellman mówi, co dało ulgę jej brzuchowi. Podobnie jak na kilku innych dużych stacjach. Szymon Majewski urządza swój show bankowy praktycznie na każdym kanale, a Kuba Wojewódzki w studiu własnego programu aranżuje wywiad z samym sobą i poleca .. no właśnie nawet nie pamiętam co, bo dla mnie jest to przede wszystkim reklama jego programu. A inne stacje wpuściły na antenę tego konia trojańskiego, który dla mnie jest zmasowaną akcją promującą osobowości TVN i reklamującą nową ramówkę, która rusza od września.

Sprytne, nie powiem, sprytne.

 

A ja co.

Postanowiłam znowu w weekend zawojować Dolny Śląsk.

W sobotę zwieńczyliśmy wędrówkę po mieście sprawdzeniem, co grają w kinie. No i z marszu poszliśmy na „Szefowie Wrogowie” („Horrible Bosses”). Film nawet zaczął się 17 sekund nim wkroczyliśmy na salę, choć mieliśmy nadzieję, że tym razem reklamodawcy jakoś bardziej zaszaleją. No ale nic, film DOS-KON-AŁ-Y. Na tym Larrym Crownie pokazywali jego zwiastun, ale po projekcji stwierdziliśmy, że rzadko się zdarza, że zwiastun komedii jest mniej śmieszny niż sam film. Bo zazwyczaj to co… wszystkie 3 gagi, jakim można się pochwalić, są już w trailerze, a potem film nie przynosi już nic więcej. Tu jest inaczej. Postaci są tak doskonale dopracowane, zagrane, dialogi – tak dobre, że można pękać ze śmiechu i to nie raz, ani nawet nie 7 razy. Śmiejesz się cały czas. To jest świetna parodia kina gangsterskiego, a jednocześnie cudowne kilkadziesiąt minut wytchnienia i empatii dla tych, którzy delikatnie mówiąc nie przepadają za swoim szefem. Dobra zabawa murowana!

 

A co w niedziele?

W niedzielę zdobyłam niegdysiejszy ośrodek pogańskiego kultu solarnego, a obecnie jeden ze szczytów należących do Korony Gór Polskich, zwaną także Śląskim Olimpem, czyli Śleżę.

30km od Wrocławia znajduje się bowiem niewielki masyw, którego charakter podejścia leśnego niczym nie ustępuje trasom bieszczadzkim. Z tą jednak różnicą, że jak się już człowiek wdrapie na ten szczyt, to nie podziwia wokół malowniczych górskich połonin, jeno jedną wielką wyprasowaną równinę. No ale kto by się przecież czepiał.

 

Wysokość względna, ok.500m, okazała się dla mnie lekko zadyszkogenna, no ale jakoś głupio było mi się zatrzymywać co 100m, skoro kilkadziesiąt metrów przed nami mała, na oko 5-letnia dziewczynka ubrana w różowy t-shirt i dżiny wręcz wbiegała sobie po tym szlaku do góry, szczebiocząc przy tym radośnie. Mi nie pomogło ani górskie obuwie, ani woda, ani wchodzenie w rytm obranego w głowie bitu „Suburbia” Pet Shop Boys. Ten właśnie kawałek był kiedyś moim patentem na nie zwalnianie kroku na górskich szlakach, polecam, może komuś się przyda. Ja już chyba jestem za stara.


Dodatkowym efektem ubocznym w morderczym podejściu było odmówienie posłuszeństwa przez moją lewą półkulę, odpowiedzialną ponoć za logikę i artykułowanie słów. Wypowiedziałam bowiem na szlaku następujące frazy: 

- Jak tak dalej pójdzie, to będzie wyglądać jak KOTROŚCIUP

- Moja babcia to np. do dzisiaj ma FRALKĘ PRANIĘ

- Ta droga musi kiedyś się skończyć, zaraz tu ZIUCHA WYDUNĘ (ducha wyzionę)

- O! Tam jest chyba koniec zejścia! Tam chodzą już normalni ludzie w KOSZASTYCH KRATULACH (kraciastych koszulach)

 

Szok wysokościowy można chyba wykluczyć, bo przecież tegoroczne Alpy były NIECO wyższe, a podobnych objawów nie zauważyłam.

Kretynizm.. nie jestem pewna czy można..

No ale miałam przynajmniej nadzieje, że to zjawisko można jakoś mądrze nazwać, że jest to np. jakaś odmiana geniuszu, ale nie. Google objaśnia, że jest to zwykłe, pospolite, nudne, ludzkie PRZEJĘZYCZENIE.

Trudno.

     

Pilates jest przereklamowany. Poważnie.

Najpierw mieliśmy na osiedlu huragan.

Wychodzę ci ja do sklepiku nieopodal – upał jak się patrzy (mówiłam, Hiszpania).

Taaaa. W momencie jak stałam przy kasie z tym proszkiem do pieczenia, zauważyłam za oknami regularną burzę piaskową i drzewka kłaniające się w pas, tylko nie wiadomo komu.

Potem rzuciło żabami, ale na szczęście oglądałam już to widowisko z domu.

Następnie powróciła Hiszpania, aby po kilku godzinach ponownie nastała złowroga czarna aura, więc przykryłam się kocem, postanawiając, że ja na te grzmoty nie wychodzę, że takie skoki ciśnień trzeba ewidentnie przespać i że nie wyobrażam sobie wychodzenia na tą ulewę nawet kota z kulawą łapką, a co dopiero siebie.

Po czym obudziłam się i stwierdziłam, że za 40 minut zaczynają się zajęcia i IDĘ.

Jadę właściwie.


O 17:52 skręciłam w docelową ulicę, po czym za diabła nie mogłam poznać, który to zjazd miał być. Byłam tam raz, owszem, ale na piechotę oraz byłam zagadana, jak zwykle. Dotarłszy więc dziś w miejsce nie kojarzące mi się już z nikim, ani z niczym, zawróciłam i postanowiłam ODNALEŹĆ ten przybytek ogólnie pojętego wellness’u-my-ass, choćbym miała jechać 16km/h i torować ruch w całej dzielnicy. Tak tez się stało. Im bardziej szukałam, tym mniej widziałam szans na sukces.

 

Wciąż byłam lekko kopnięta po tych frontach i drzemkach, ale to, co mnie spotkało ze strony innych kierowców, to ja cie przepraszam. Mam prawko od …. (7+4-2×3,5
2 spuszczam w pamięci) 12 lat! I do tej pory kierowcy trąbili na mnie, rozkładali ręce z bezsilności lub pukali się w głowę średnio raz na 17 miesięcy! A dzisiaj zrobili wszystkie te rzeczy chyba więcej razy niźli w całej mojej karierze kierowniczki (bo przecież nie jestem kierowcą, jestem kierowniczką).

 

Oczywiście okazało się, że upragniony budynek znajduje się 50metrów dalej od miejsca, w którym zawróciłam pierwszy raz. Tak wyglądały pokrótce moje zajęcia, na które nie poszłam, bo przecież każdy wie, że zaczyna się od wprowadzenia w stan głębokiego relaksu, rozluźniania mięśni szyi, karku i ramion, a gdzie ja wpadnę w jednej skarpetce, żeby pokazać pani prowadzącej karnet, kiedy ta będzie robić mostek? Albo koci grzbiet? Dość nietaktownie.

 

Błądzenie po mieście ma jednak swoje zalety.

Jest w tym pewien element świeżości i takiego jakiegoś nieokiełznania.

Choć z wewnętrznym zen ma to tyle wspólnego, co Reksio z muzyką techno.

Niby był jej prekursorem (kto pamięta, jak on rytmicznie stawiał te pieczątki w czołówce?!), ale to jednak zupełnie inna bajka.

  

    

Dzisiaj ma u nas być tylko o 3 stopnie mniej niż w Barcelonie.

Bajecznie.

Wszędzie akcje marketingowe BACK TO SCHOOL, a tu lato przyszło po 2 miesiącach.

I co ci biedni rodzice teraz powiedzą swoim dzieciom?

Że teraz, kiedy wreszcie można chodzić po plaży w krótkim rękawku, bez czapki i szalika, to już trudno, nie pojedziemy?

Że teraz, kiedy się zbuduje żółwika z piasku to halny wraz ze sztormem nie zmiotą go z plaży po 7 minutach i kiedy wreszcie można się smarować blokerem po buźkach, to trzeba kupować książki do matematyki i przyrody?

W końcu – jak sami rodzice wytłumaczą to swojemu wewnętrznemu dziecku, które też potrzebuje  ukojenia i też pomału rozważa sugestywne tupanie nóżkami w geście niezgody na taki porządek rzeczy?

Nie wiem.


UPDATE
Dziś jest już jutro i efekt Barcelony nadal aktualny.
W rezultacie wczorajszego szoku słonecznego wyszło mi 17 piegów na twarzy.
I nadal nie wiem, co mam z tym zrobić.
I z tą swoją niewiedzą Was zostawiam.

W taki weekend to się może tyle wydarzyć!

Np. ugryzłam się w język.

O. twierdzi, że powinnam to robić znacznie częściej, zwłaszcza kiedy się wypowiadam, ale tym razem chodzi o ugryzienie dosłowne. Normalnie tak jak przy kasowaniu biletu. Myślę, że wsadzenie języka do kasownika biletów w autobusie byłoby bardzo podobnym doświadczeniem. Odruch kasujący obu szczęk błyskawiczny i bezwarunkowy. Sprawcami całego zajścia były prawe górna i dolna piątka oraz słowo… nie pamiętam jakie, ale jakbym je dorwała, to biada.

No nic, boli jak diabli, ale może kiedyś przestanie.

 

Byliśmy wczoraj na „Larrym Crowne – Uśmiech Losu”.

(Osobliwe doświadczenie – chodzić po galerii handlowej, kiedy wszystko z wyjątkiem kina jest nieczynne. Pustki, półmrok, zero blichtru, muzyki i powiewu wielkiego świata pret-a-porter, generalnie wszystko POZAMYKANE W 3D). Sam film bardzo pozytywny,  Dżulia boska jak zwykle (numer z wybijaniem kodu bezbłędny), pomysł na scenariusz dobry, pewnie w jakiś sposób bliski samemu reżyserowi, który jak czytam większość dzieciństwa spędził w rodzinach zastępczych i też musiał w pewnym momencie zawalczyć o siebie, no ale zakończenie tak banalne, że jak na dzieło życia podwójnego zdobywcy Oscara to dla mnie zdecydowanie za mało.

Ludzie pisali, że po tym filmie na pewno zza chmur wyjdzie słońce, bo czym poszliśmy na lody i zaczęło lać. No nie wiem.

 

 


  • RSS