broszki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 7.2011

Wróciłam z wakacji!
Mówcie mi Heidi. Albo Jutta. Albo Heidi Jutta Gudrun.
Wrażenia, dziękuję bardzo.
Szczególnie, kiedy codziennie trzeba było zjeżdżać z góry i wjeżdżać na nią z powrotem, żeby tam spać. Różnica wzniesień ponad 400 m, bo O. zamarzył o spaniu i budzeniu się w chmurach (względnie ponad nimi).
Temperatura, dziękuję, +8, w porywach +13,4.
Nie muszę mówić, że wszystkie 3 zmiany kusych stylizacji, które przewidziałam na każdy dzień przeleżały grzecznie nietknięte w szafie. No co, wakacje miały, to im wolno poleniuchować.
Dni z jednym wyjątkiem spędzałam w polarze i kurtce. Praktycznie mogłam spokojnie ubierać się tak, jak na lodowcu w styczniu: termoaktywna bielizna, gogle i czapka uszatka.No ale nie wpadłam na to, że lodowiec w styczniu i lodowiec w lipcu praktycznie niczym się nie różni. Oj no, wyleciało mi to z głowy przy pakowaniu, zdarza się. 

Wyżyłam się za to językowo.
Pierwszego dnia w gospodzie, po słusznym alpejskim posiłku.
4 lata nauki niemieckiego z podstawówce.
4 lata nauki niemieckiego w liceum.
2 lata solidnego lektoratu z niemieckiego na studiach.
No i wkroczyłam do akcji, mówiąc do zbliżającej się gospodyni: 

RECHNUNG, JA? 

O. schował się pod stołem i udawał świstaka. Prawdopodobnie poprosiłby o azyl w KitzLockKlamm, gdyby nie to, że zrobiłam przegląd austriackich kanałów telewizyjnych i coś tam sobie przypomniałam.
Z ciekawszych rzeczy dowiedziałam się np.:
 

-          Du kannst nicht mit dem Maus befreundet sein. Du bist eine Löwe, und keine Maus!
-          Mit unsere sesnsationelle Kleidung, du kannst einfach toll aussehen!
-          Hunde und Katze sind zu Hause nicht erwunscht!
-          Ich habe dir eine Angelegenheit zu erledigen.

Podróże w ogóle kształcą.
Zrozumieliśmy z O. po co krowom i owcom wysoko w górach dzwoneczki na szyjach, nauczyliśmy się też rozróżniać ich dźwięk.
Nauczyłam się tez, że czekolada Ritter Sport Espresso zastępuje kawę i kopie tak jak nazwa wskazuje.

Umówmy się jednak (i miejmy to z głowy), że w kwestii niemieckiego zostało mi jeszcze troszeczke do zrobienia i tyle. STIMMT?
 

Tak że wróciłam na niziny, a tu niespodzianka, lato! Nie pozostaje nic innego jak cieszyć się słońcem i wracać do niedawnych wspomnień (i odpocząć po urlopie, hehee)…






Spotkało mnie wczoraj mnóstwo fantastycznych przygód.
Człowiek to jednak ma szaleństwo wbudowane naturalnie.
Na przykład byłam na targu i w cukierni. 

Zanurzając się w strefę targowiska, człowiek wkracza w niepowtarzalny mikroklimat. Wszędobylskie skrzynki pełne moreli, czereśni, fasoli, kalarepy i kabaczków w połączeniu z kobiałkami malin, borówek i podgrzybków sprawiają, że jestem w innym świecie. To hałaśliwe skrzyżowanie, które zostawiłam jakieś 50metrów za plecami, przestaje praktycznie istnieć.
Jest tu i teraz.
Dary Ziemi i ja.

Absolutnie zawsze wracam do czasów wakacji u babci, kiedy to odwiedziny targu były rytuałem tak samo częstym jak oglądanie Teleexpresu, czyli codziennym. No ale ja wczoraj podeszłam do stoiska ze zgoła innym asortymentem i przywitawszy się z panią, wygłosiłam kwestię następującą: 

POPROSZĘ PAPCIE. 

A trzeba zaznaczyć, że wybór tychże był tam nad wyraz bogaty.
Góralskie wełniane to nie, bo gorąco.
Kierpce to nie, bo skrzypią.
Czerwone z kwiatuszkiem to nie, bo miałam takie same, krzyk mody 2010 i chcę zmienić.
O, te nawet fajne. 

PANI MIERZY! 

No i zapakowane w torebkę high fashion standard, wzięłam je i poszłam do cukierni.
A tu dopiero było!

Bo są cukiernie i cukiernie.Są takie cukiernie, że mają dmuchane, kolorowe słodycze bez duszy i panią sprzedawczynię, która pracuje, bo musi i nie czuje do tych słodkości bez masła prawie nic. Do takich nie chodzę. 
Mam natomiast zawsze na celowniku cukiernię ELIZA Domowe Wypieki, gdzie pieką na miejscu i to tak jak w domu, więc wiadomo jak ten zapach uderza do głowy jak się tam wchodzi. Ciastka sprzedawca nabiera taką łopatką (kopertki nadziewane, markizki, kokosanki, kruche, niekruche, półkruche, kruche z sezamem itd.) i one leżą razem, bo zawsze każdy bierze sobie taki MIX. Nie będę mówić o reszcie ciast, bo mam jeszcze resztki litości dla Czytelników. Powiem tylko, że zauważyłam tam taką prawidłowość, że klienci po przejściu przez ten próg z miejsca pokornieją. Tak, jakby wizja nabycia tych, a nie innych produktów cukierniczych była dla nich sprawą zasadniczą, bez której będzie im na świecie źle. Przysięgam, każda złośnica (w tym ja) zostaje tam natychmiast poskromiona i grzecznie prosi o te kilkadziesiąt dkg pokarmu dla duszy. 

Tak więc zdążając ku autu z papciami pod pachą, torebką kokosanek w ręce i darami matki natury w drugiej, poczułam pełnię lata.


Nie, nie zdążyłam zrobić kokosankom zdjęcia, tak jakoś wyszło.

Czym byłby świat bez męskich odkryć. (Curie Skłodowska była kobietą!, wiem)
Leonardo da Vinci, Edison, Newton, Tesla, Bell, lista nazwisk jest dluga.
Odkrywcą tej samej rangi jest dla mnie O., który 2 lata temu najpierw odkrył, a potem w ramach innowacyjnego podejścia do prezentów urodzinowych przyniósł do domu TO: 


Odkrycie kosmetyków Yes to Carrots było na tyle wiekopomne, że wszyscy mają od tej pory łatwy orzech do zgryzienia, bo ja na każdą okazję otwieram liste prezentów w Sephorze, a na niej cała masa organicznych specyfików, które mają w sobie nie tylko coś marchwi, pomidorów i ogórków, ale także to nieopisane COŚ, ten Faktor X, którego Jury na TVN szuka, szuka, bo przeczesali już całą Polskę i nie wiem, czy w końcu znaleźli, bo będzie podobno kolejna edycja. 

No, w każdym razie ja weszłam w tym roku także w ogórki (z pomidorami ostrożnie, bo nie łączy się ogórków z pomidorami, tak mówią naukowcy, więc moje całe dzieciństwo było szkodliwe. Każdy ma jakieś błędy młodości, trudno).

Tymczasem wchodzę ci ja do wyżej wspomnianego przybytku piękna, a tam! Wszystkie Yes to Veggies na promocji ok. 50%. Oczopląs, jakiego doświadczyłam, można porównać z wizyta w piekarni, cukierni, albo sklepie patronackim E.Wedel.
Moją ulubienica jest maska do twarzy która zastyga jak cement i ma zresztą jego kolor. A instrukcja ku pokrzepieniu serc mówi jasno: („… Splash with cool water and pat dry. Most importantly, see how pretty you look! Now you C!” ).
Taak.
Jesli się przez 5 minut patrzy na siebie z maska na twarzy, i wygląda, jakby się z PEŁNYM ZAANGAŻOWANIEM wylewało fundamenty na działce, to efekt po zmyciu rzeczywiście w sumie może zadowalać ;-)
No i sama świadomość, że w 98% jest to wszystko natural natural natural, jak mawia klasyk…


Uwaga, po aplikacji można troszkę usnąć, tak relaksują.
Peace & Soothness za poł ceny.
Marsz do Sephory, bordo polecam!

Marieta uznaje, że nadszedł czas podsumowań.
Zbliżające się rocznice (życia i pożycia) tylko temu sprzyjają.
Ćwierka zatem już od rana, rozpływając się nad wspólnym stażem, oraz wynikających z niego słonecznych stronach swojego jestestwa, po czym słyszy: 

Duszan: No, kochanie, jesteś najstarszą kobietą, z jaka byłem.
Marieta: Adwokata, natychmiast!  

No Alleluja, no.
Słońce wyszło dziś na 12 min. I co ja mam z tym zrobić?
Nawet nie sięgałam po faktor SPF 30, bo widziałam, co się dalej święci od zachodu. No, ale
 po tych 5-ciu dniach lania non stop, względnie siąpania, moje odganianie tego deszczu wreszcie zakończyło się sukcesem. I to nie takim, jak ci ludzie tam gdzieś kiedyś, że dali na mszę w intencji zakończenia suszy, a wiara ich była tak silna, że poszli na tą mszę bez parasoli, nienienie nie.

Ludzie mają różne sposoby zaklinania pogody. Jedni znają odpowiednie zaklęcia, inni tańczą, spacerują wokół brzozy i 3-krotnie spluwają, na paleniu kaloszy wcale nie kończąc.
Ja natomiast postanowiłam w akcie desperacji pomalować paznokcie na słoneczny odcień DYNI. Wyglądam najprościej mówiąc, jakbym przez pół dnia obierała marchewkę, albo robiła sobie manicure w miseczce z gorącą pomarańczowa galaretką. Efekt – wspomniane wcześniej 12 minut lampy takiej, że musiałam zasłonić rolety, bo lekko odwykłam, no a potem… coś tam jeszcze spadło, ale najważniejsze, że w końcu przestało.  

Wyprzedzając grad pytań: Lakier Inglot nr 978. Ten, co jak wchodzicie do sklepu Inglot, to na ladzie przed panią stoi w równym rządku 5 odcieni, od cytryny, poprzez żółtego grejpfruta, MOJĄ DYNIĘ, bladą malinę, na rubinie skończywszy.
To wybieracie ten idealnie w samym środku.
Trzeci od lewej.I trzeci od prawej.
No nie wiem, jak to jeszcze lepiej wytłumaczyć. 

Nie wiem, jak pozostałe, ale ten działa.
Myślę, że po tygodniu nieustannego mycia podłóg, szorowania garów druciakiem i pielenia ogródka bez użycia narzędzi ani rękawic – osiągnęłabym ZA DARMO efekt „Pękającego Lakieru”, jaki również napotkacie będąc w tym sklepie. A to jest obecnie, jak rozumiem, absolutny hit sezonu. Obawiam się jednak, że ten lakier raczej nie odgoni deszczu. Wręcz przeciwnie.  

Normalnie mi wyszła notka z cyklu Beauty, jak nic! 

Dodam zatem, że kiedyś słyszałam, jak jedna manikiurzystka mówiła, że jeśli nie uda się pomalować paznokcia trzema pewnymi ruchami pędzla, to koniec. Zmywamy i zaczynamy od początku. W moim przypadku oznacza to, że mam 2 drogi, aby nie zastał mnie przy tej czynności Nowy Rok: 

a)      pomalować WPIERW przezroczystą odżywką, a potem pff łatwizna lakierem,
b)      zanurzyć cały palec w słoiku z lakierem i potem elegancko zmyć zmywaczem.. że tak powiem zbędnie ubarwione elementy dłoni. 

The czojs is – as always – jors.
Good night and Good Luck.  

  

Byłam na spacerze.
Dziękuję bardzo.
Gwyneth Paltrow na swojej stronie (www.goop.com) radziła kiedyś, że dobrą metodą budowania kondycji są szybkie spacery – zaczynając od 15 minut, należy wydłużać czas o 1 minutę każdego dnia i w ten sposób po miesiącu chodzi się już 45 minut bez problemu jak Korzeniowski. Tyle, że trzeba chodzić codziennie, bez względu na pogodę.
Taaaa. Z pewną rezerwą powitałam 14 stopni i siąpiący deszcz.
Siedzę teraz przemarznięta, szczękam zębami, piję herbatę lipową z cytryną NA ROZGRZANIE.
W lipcu na rozgrzanie.

Owszem, miałam życzenie noworoczne, aby zamieszkać gdzieś w bardziej umiarkowanym klimacie, ale chodziło mi raczej o stare dobre lato z 25stC zamiast 35, a nie o listopad w lipcu! 

No nic.W ramach pielęgnowania domowego ogniska zrobiłam już ten obiad, pal sześć. Istotnym motywatorem była grillowania cukinia. W świat cukinii wprowadził mnie O., który pewnego dnia zarządził dodanie jej do spaghetti i od tego momentu nie robię już inaczej. W związku z czym na wszelki wypadek nie pokazujemy się Włochom na oczy, ale oj tam. 
Tak, czy siak, po 1,5 godzinnej orce przy palenisku, obiad podano. Autentico kurna Italiano Russtica Passata mit pollo und zucchini. Nawet ze świeżą bazylią, żeby nie było. I startym serem, ten miał same dziury, więc się kompletnie nie liczy. 

W ogóle kocham takie obiady, przy których robieniu spala się 850 kcal, a potem dostarcza się jakieś 400. Malownicze marnotrawstwo energii i zupełny brak dla niej szacunku.
Naprawdę. 

 

Oglądam ten koncert że niby tak się cieszymy z tej prezydencji.
Leje tam widze jak z cebra, a za plecami muzyków obrazki z czołgami, krwią i nostalgią.
Nic tylko otwierać szampana!
Nienienie.
My wolimy smutek i pamieć o przytłaczającej historii.
Gdyby nie goście zagraniczni, którzy się bardziej widze z tej prezydencji cieszą, niż my, to trzeba by tylko usiąść i płakać.

Owszem, wzruszyłam się, owszem.
Jak Dolores o’Riordan zaśpiewała po angielsku „Skłamałam” Edyty Bartosiewicz. Ostatni raz tak mi szczęka opadła, kiedy usłyszałam „Why” Annie Lennox na Live8 w 2005r.
Wniosek z tego, że nie wzruszam się często.
Ale jednak.

Natomiast Myslovitz.
Żeby było jasne. Myslovitz uwielbiam i kropka. Zaraz po maturze widziałam ich kolejno na 7 koncertach, przemierzając za nimi pół polskiego wybrzeża.
Natomiast zagrana przez nich dziś piosenka pt. ‚Acidland” jest tak kiepska, tak słaba i tak nudna, że ilekroć słysze linijkę

Bierz życie jakim jest
I pomyśl, że na drugie nie masz SZANS

to wydaje mi się, że Szans to jakieś imię.
I że ktoś ma się cieszyć, że nie ma tak na drugie.

Fakt, optymistyczny przekaz.
Na najczarniejszym dnie najczarniejszego oceanu, zawsze to jakaś pociecha.


  • RSS