broszki blog

Twój nowy blog

Wpisy z okresu: 6.2011

Nie da się dzisiaj słuchać Trójki, ja protestuję! 

Kiedy jadę samochodem i w radiu podają na żywo relację z rozpoczętego właśnie Open’era, gdzie korki, gdzie nie, że już na dworcu PKP można wymieniać bilety na opaski, że warto mieć ze sobą lekki płaszcz przeciwdeszczowy, bo pewnikiem będzie lało, itd., to mnie bierze taka tęsknota, że hej. Nawet za przeszukiwaniem plecaków i kieszeni na bramkach i zakazem wnoszenia życiodajnej wody pitnej. Kij tam, tęsknię!
   
                                

Zazdroszczę szczerze każdemu, komu dzisiaj będzie dane przeżyć to:

 
               

Tak jak zazdroszczę sobie, że w zeszłym roku byłam tu:
o tu:

               

Kocham festiwale.

(tak jak kocham bale, hehe)

W skrzynce na listy znalazłam dziś bardzo zabawny prezent.
Wszystkiego najlepszego z okazji zbliżających się urodzin życzy *Marka odzieżowa, nie będę reklamować* i kupon do wykorzystania o nominale.. No, jakim?
Jakim?
No właśnie.. 20 PLN! 

I co ja teraz zrobię z tą forsą??
Oczywiście pójdę do przymierzalni z 7 wieszakami, a koniec końców wystarczy na jeden guzik, albo nawet na obie lamówki z rękawków.
Myślę, że w związku z powyższym idealnym hasłem reklamowym tej firmy powinno być 

„GUZIK OD NAS DOSTANIESZ!”
 

Od jutra wielkie tąpnięcie marketingowe we wszystkich mediach i wszyscy inni zwijają się z rynku normalnie.
To jest szczyt bezczelności, że posądza się nas klientki, posiadaczki ślicznej różowej Karty, o tak skrajną naiwność, że nie skumamy jasnego komunikatu – Masz urodziny, więc przyjdź i nam zapłać, potrzebujemy twojej kasy TERAZ!!! 

Tymczasem los podsunął mi inny prezent.
Los podsunął mi próbkę kremu nawilżającego „30+”.
Normalnie pomyślałabym pfffffff, zapewne przy wtórze moich włókien kolagenowych, ale nie dzisiaj. Powoli dociera do mnie, że to JUŻ ZA MOMENT.
Ale jak to???
Czyli jak siedziałam na początku studiów w akademiku z nowopoznanymi koleżankami i one mnie wtajemniczały w świat kremów „20+” to to było 10 LAT TEMU???
Dżiiizzz. 
A może właśnie starość zaczyna się w momencie, kiedy postanawiasz zamienić nową bluzeczkę na ekstrakty roślinne z bawełny i ekologiczny torf prof. Tołpy???
AAAAAA! 

Dobra dawać ten kwas hialuronowy.
Poprawie jeszcze koniczyną i żeń-szeniem.
I żadnych parabenów mi tu! 

No.
 

 

Dzwoni telefon.

- Halo Duszan, co tam?
- Halo Marieta, jak tam?
- A spoko.
- A spoko, luz.
- Słuchaj, czy my potrzebujemy tą drugą kołdrę?
- Tą dla gości?
- No? I tak musimy przewozić tą naszą, a nowe mieszkanie jest tak małe, że prawdopodobnie ta druga się już nie zmieści.
- No w sumie racja.
- I te zapasowe poduszki, następna rzecz do kasacji.
- Tak mówisz?
- No, weź. Będziemy mieć ikee pod bokiem, to sie w razoie czego kupi normalne. A tamte to jeszcze pamiętają moje panieńskie, jeśli nie dziecięce czasy. Komu takie coś jeszcze dzisiaj potrzebne. A poza tym ani tego uprać, ani nic, one mają w środku pierze. A pierza się nie pierze.
- Jak sama nazwa wskazuje.

Dziękuję, nadal ledwo chodzę.

Pogięło mnie, i to dosłownie.

Ja rozumiem, że nie mam już 20 lat, ale ludzie!

Podnoszę się – AAAAuaa!

Siadam – AŁŁAaaaa!

Odstawiam czajnik – OJAAAA.

Nie sądziłam, że do nalewania herbaty potrzebne są plecy.

Deskę do prasowania omijam szerokim łukiem, krzycząc przy tym z bólu, naturalnie.

Mam 97% pewności, że to ta franca tak mnie załatwiła.

 

No ale nic.

Przeszło ostatnim razem, przejdzie i teraz.

Z autopsji wiem, że dołączenie do sekcji gimnastycznej daje rewelacyjne efekty, no ale jeszcze się zastanowię, naprawdę. Jak pomyślę, że w tym stanie mam zrobić „koci grzbiet”, to mi słabo. Może jutro.

 

Tymczasem poniżej cytuję fragment mojego odkrycia, jeśli chodzi o prozę polską.

Kto nie czytał, temu polecam:


 
 

- Słuchaj – mówię do Agnieszki nieco zaniepokojona, bo czasu nie mamy zbyt wiele – ale ty źle skręciłaś. Trzeba było jechać w lewo!

- Zwariowałaś chyba – Agnieszka przywiera jeszcze ciaśniej do kierownicy – Ja nigdy nie skręcam w lewo.

- Jak to nie skręcasz w lewo?

- Zwyczajnie – wzrusza ramionami Agnieszka – Nie lubię.

- Jak to nie lubisz? – nie posiadam się ze zdumienia. – Przecież to się tak nie da jeździć, tylko w prawo albo prosto!

- Oczywiście, że się da, jeżdżę tak od zawsze.- Prawo jazdy kupiła w zeszłym roku, a samochód odebrała przedwczoraj, więc w tym przypadku „zawsze” to niezbyt długo.- Raz jeden próbowałam skręcić w lewo i to, co przeżyłam, to był horror. Te ćwoki jadące z przeciwka absolutnie nie chciały mnie przepuścić, nadjechał tramwaj, stałam na torach i te światła tak szybko się zmieniały. Zanim udało mi się ruszyć, nadjechał drugi tramwaj z boku, za mną zrobił się korek. Wszyscy trąbili. Właściwie już prawie się zdecydowałam, że wysiądę i pójdę na piechotę, ale wiesz, szkoda mi było tego auta. Zdesperowałam się, zamknęłam oczy i po prostu pojechałam przed siebie. Jakoś się udało, ale drugi raz czegoś takiego sobie nie życzę. Skręcam zawsze tylko w prawo i jeszcze mi się nie zdarzyło, żebym nie dojechała tam, gdzie chcę, choć może rzeczywiście czasami nieco dłużej to trwa.

- Rany – mówię z podziwem – To musisz uwielbiać ronda, bo tam się skręca tylko w prawo.

- Ależ absolutnie! – niemal wykrzykuje Agnieszka – Ronda to największa zaraza. Wczoraj wpakowałam się w rondo Babka i zrobiłam czternaście okrążeń. Prawie się popłakałam, bo mnie nie chcieli wypuścić, i zaczęłam się bać, ze mi zabraknie benzyny, bo się lampka zaświeciła. O, nie! Ronda – nigdy. Chyba że w nocy.

(M. Szczygielski, „Les Farfocles”),


Ta książka to powiew optymizmu.

Nie mówiąc już o absolutnie BOSKIEJ okładce i w ogóle całej szacie graficznej wewnątrz!

Bardzo polecam.

O. zapuścił z rana Możdżera.

Ot tak, na rozkręcenie, zamiast kawy. Bo ciągle tylko Lao Che i Lao Che z rana, to może czas, aby pod naszym dachem zabrzmiała też muzyka poważna.

Poważna, acz nowoczesna.

Klasyczna, acz eksperymentalna.

Świeża, bez woni przysłowiowej aksamitnej kotary w filharmonii.

Słucham zatem, słucham z należytą uwagą, prasując mężowi koszule i starając się przy tym wychwycić każdy skok z tonalności w atonalność, aż tu nagle srruuu! Jak mnie coś dźgło w krzyżu, skrzywiłam się i tak już raczej zostałam.

Umówmy się, że prasowaniem zajęłam się awaryjnie, bo choć nikt mi nie uwierzy – mój mąż robi to sam, bo już woli to od podnajmowania kogoś innego, aby po mnie poprawiał. No, taka moja artystyczna natura, trudno.

W każdym razie życie dało mi dziś kolejną ważną lekcję:

 

KULTURA WYSOKA + PRASOWANIE  : NIE MIESZAĆ!

 

Tak że siedzę i czekam na zmiłowanie.

Toleruję tylko ergonomiczne oparcia, inaczej wyję do zachodzącego słońca.

Chciałam, to mam. Mówiłam, że nie nadaję się na panią domu, to mnie nikt nie słuchał.

Porządki, dziękuję.

4 pokaźne torby papierów wylądowały w kontenerze na makulaturę, następnego dnia – kolejne dwie, więc sukces na całej linii. Ale to i tak dopiero rozgrzewka. Na drugi ogień pójdą ciuchy i tutaj już naprawdę nie będzie sentymentów. Nasuwa mi się tutaj pewna prawda życiowa, która jest odwrotnością teorii biznesu, że aby coś wyjąć, najpierw trzeba włożyć, że niby zainwestować. Otóż, z ciuchami jest inaczej – żeby włożyć do szafy, to najpierw trzeba wyjąć z niej inne. I to dużo i na zawsze, bo na Boga, umówmy się, że coś, co było otkutir 2008, to już nie jest coś, bez czego nie można żyć. A człowiek to jednak ma tendencje do gromadzenia, nie ma co.

 

No ale ja nie o tym.

Jak układałam i segregowałam te papiery, dostał mi się w ręce archiwalny numer Zwierciadła, w którym na jednej z pierwszych stron widniała dość znamienna myśl, a mianowicie coś w stylu:


Jeśli nie masz mężczyzny, nie bój się, że się zestarzejesz. I tak się zestarzejesz, tyle że później.

Hmmmm.

No HMMM.

 

Małżeńskie spętanie rąk wielu, ciągle zbyt wielu kobiet w Polsce, to nasza narodowa bolączka. Jedna z wielu. Dom, gdzie nie ma nic świętszego niż OBIAD postawiony na czas, nawet wbrew woli, chęciom i umiejętnościom kobiety, to jakieś powszechne nieporozumienie. Dlaczego tyle kobiet przyznaje, że dopiero po rozwodzie zdecydowały się pójść na drugie studia, zacząć robić to, co naprawdę lubią, dbać o siebie, UŚMIECHAĆ SIĘ, na Boga!

Nie może tu chodzić wyłącznie o stymulującą rolę gorszej sytuacji finansowej po rozstaniu (ciekawe swoją drogą, dlaczego). Wierzę, że chodzi tu o pewien rodzaj energii, która nagle staje się czysta, pozytywnie egoistyczna i niezmącona pytaniem CO NA OBIAD.

I tu dochodzimy to KLU sprawy. Faceci nie mają problemu z uwalnianiem tej cudownej energii będąc w związku, i tak robiąc tak, jak im pasuje. Kobietom ciągle za rzadko się to udaje.

Feminizm w rozumieniu palenia staników i defiladowania krzycząc, że światem rządzi fallus jest mi troszkę obcy (a troszkę nie, HEHE). Wszystkie dobrze wiemy, siostry, że taki feminizm kończy się w momencie, kiedy trzeba wnieść szafę na 3. piętro bez windy. Zdecydowanie jest mi bliżej do feminizmu w rozumieniu Pani Małgorzaty Domagalik, która kiedyś powiedziała:

   
 Jeżeli uznamy, że feministka to jest ktoś taki, kto uważa, że życie ma się jedno i trzeba je przeżyć po swojemu, to tak, jestem feministką.


I jeszcze, że każdą kobietę powinno być stać na przysłowiowy chleb, musi też pamiętać, że chleb jest z każdym rokiem droższy.

 

Natomiast wojna płci jest z góry skazana na klęskę obu stron. Obie są światu potrzebne i koniec kropka.

Miło jest mi zanieść DO PANA (traf chciał, ze kobitki nie zajmują się tak często elektroniką) zepsuty zasilacz od kompa i mieć tego samego dnia po południu nową śliczną, działającą wtyczkę.
Miło jest mi, kiedy jestem u fryzjera – faceta i on wykonuje wokół mnie figury modern jazzu, robiąc ciach-ciach równocześnie. A jeszcze milej, kiedy sama se za to widowisko mogę zapłacić.



 

Listę Przebojów Trójki kocham od maja 2000r., choć słuchałam jej praktycznie od dzieciństwa.
Pamiętam ten dzień, kiedy pewnego wieczoru usłyszałam na bardzo dobrym sprzęcie początek ‚Ground Beneath her Feet” U2 i po kilku następnych pozycjach listy obiecałam sobie, że kiedy tylko będę mogła – nie przegapię jej. Za co ją kocham, mHmmm…

Za czereśnie, które zjada na antenie Niedźwiedź co rok.

Za Helen, Hell właściwie, która zawsze przychodzi na program na głodniaka.

Za muzykę, jaką wybierają co tydzień słuchacze.

Za komentowanie na żywo wydarzeń sportowych i kulturalnych.

Za to, że gdziekolwiek jestem, słuchając jej, jestem w domu.

Za 100 innych rzeczy też.

 

O, dzisiaj np.:

John? Oj, jaki on tam John! Przecież to nasz Jaśko :-)

  

Hair

Brak komentarzy

Byłam u fryzjera.
Co ja mówię. U Stylisty. Miał co prawda ładniejszą fryzurę od mojej końcowej, ale kij tam.
Technika strzyżenia bez użycia nożyczek, jeno maszynką – całkiem pochłaniająca. Bierze się kosmyk włosów, skręca i ciach! Maszynką elektryczną. W efekcie czego jestem bardzo trendi i asymetryczna. Dostałam instrukcję obsługi fryzury, że „Asymetria może się zamienić w symetrię, jeśli się przestawi przedziałek.”. LUZ.
I teraz co. Z jednej strony głowy mam inną długość niż z drugiej. Bajecznie.
Czekałam na wizytę 3 tygodnie, ale było warto.
Teraz mogę się przechadzać dowolną ulicą w te i nazad incognito – jak będę szła z powrotem, nikt mnie nie pozna.

No, to jeszcze zrobimy szybki songs review i kończymy naszą wspólną zabawę, mates.

Koniec.
Nie dociera do mnie jeszcze, że zakończyła się moja przygoda z systemem.
Po 2 latach, starsza wizualnie o 5, a mentalnie o 17, that’s naprawdę it.

Uroczyście ślubuję, że jeśli kiedykolwiek będę miałą wrócić na ten grunt w charakterze pracownika, to przed wyjściem z domu potrójnie się zastanowię, potem wypiję szklankę wody, policzę do 10, a potem, jak rasowy, szanujący się Kotek Splotek zrobie tak:


(źródło: „Kotek Splotek” – Rob Scotton)

No.
Tyle.

Natomiast przedwczoraj skończyłam „Jeden Dzień” Davida Nicholls’a, polecam bez mrugnięcia okiem, a wczoraj zaczęłam „Makatkę” Grocholi i Szelągowskiej. I jak zaczęłam, tak skończyłam niechętnie po 1-szej w nocy. Co z bólem odczułam dziś wstając o 6 rano, ale czego się nie znosi w imię sympatii do extra babek.
Już to widzę.
Ta książka zrewolucjonizuje moje widzenie relacji matka-córka i to dopiero będzie.

Czasami spotyka się kilka osób, które razem dokonują niemożliwego – coś zaskakuje, jest dobra chemia, podobna wrażliwość i wspólna potrzeba wyrażenia tego, co im tam w duszy podobnie gra. No i  dzieje się, razem zmieniają świat.

I choć etap pt.: Wszystko-jest-do-bani,-tylko-muzyka-może-uratować-ten-porąbany-świat mam już raczej za sobą, to czasami jest mi znowu dziwnie bliski.

Zresztą, wszelki komentarz jest zbędny i nieudolny.

Trzeba posłuchać.


  • RSS