broszki blog

Twój nowy blog

I ja postanowiłam spróbować.
Od dziś zapraszam pod nowy adres:


http://born-dancin.blogspot.com

Do zobaczenia, pozdrawiam ciepło.
broszki

Księżyc ziewa i za chwilę zaśnie

A gdy rano przyjdzie świt

Księżycowi będzie wstyd,

Że on zasnął a nie ty.

 

Ach śpij kochanie.

Jeśli gwiazdkę z nieba chcesz dostaniesz.

Czego pragniesz daj mi znać.

Ja ci wszystko mogę dać.

Więc dlaczego nie chcesz spać???

 

Ach, śpij, bo nocą,

Kiedy gwiazdy się na niebie złocą

Wszystkie dzieci nawet złe,

Pogrążone są we śnie

A ty jedna tylko nie….

 

To właściwie jedyna kołysanka, jaką znam.

Nie jestem taka hardcorowa, żebym w tym momencie życia podejmowała się śpiewania wszystkich trzech zwrotek, staram się dac radę tylko jedną i przysięgam, nie wyrabiam.

Głos mnie się proszę Was łamie, gardło się zaciska, a łzy płyną jak dzikie.

 

Baby blues?

 

Nie wiem.

Długo nie byłam gotowa, aby mieć dzieci.

Nie mieściło mi się w głowie, że skoro mam męża, odwalone 5 lat tzw. kariery zawodowej, to może już byłby na to czas. Nie pamiętam też dokładnego momentu kiedy zdecydowanie poczułam, że jestem gotowa. To były na początku tylko takie chwilowe przebłyski pragnieniowe, takie na 1,5 sekundy, potem coraz częstsze i dłuższe. Aż do totalnego, ciągłego i żarłocznego pragnienia posiadania potomstwa.

Choć takim momentem mogłaby być rozmowa z jednym bardzo mądrym lekarzem, do którego trafiłam całkiem przypadkowo.

Jeden jedyny raz.

I od  tego momentu gotowość rosła w siłę.

 

Ciąża z Lusiami nie była moją pierwszą.

Ponad rok temu, gdzieś tak na miesiąc przed założeniem tego bloga, ta pierwsza zakończyła się niepowodzeniem. Wielkim bólem i kopniakiem w tyłek. Poczuciem totalnej klęski, porażki, niesprawiedliwości itd.

Pół roku później dowiedziałam się, że pojawiły się one.

Lusie.

Były mocne jak diabli od samego początku.

Chodziłam tylko na kolejne wizyty, kontrole, testy i tylko dowiadywałam się, że wszystko jest w najlepszym porządku. Od 17 grudnia, kiedy w tym samym szpitalu, w którym przyszły na świat, zobaczyłam na USG ich pulsujące serca po raz pierwszy. Widok taki, jakby kropla uderzała miarowo o taflę wody. I to był cały obraz ich ciała. Każde po 2 mm.
A potem, kiedy jeździłam Strzegomską po zakupy (po cholernych dziurach) i powtarzałam sobie na głos mantrę jak zaklęcie: URODZĘ DWÓJKĘ ZDROWYCH DZIECI, nie wiem, czy więcej było we mnie strachu, czy nadziei.

 

I teraz, kiedy kołyszę którekolwiek z nich w ramionach, kiedy nie mogą zasnąć i rozpływam się nad ich urodą, fajoskością i wyjątkowością, zastanawiam się, które z nich jest tym bonusem za tamto pierwsze niepowodzenie.

Skąd one się wzięły i gdzie były wcześniej, kiedy nie było ich z nami.

I to jest ten moment, że wymiękam.

Jestem tak rozpieprzona, że aż wstyd.

 

Do tego stopnia, że nie mogę dokończyć jednej jedynej zwrotki tej cholernej, ale jakże pięknej skądinąd kołysanki. Ja – pacyfistka, feministka. Naprawdę, próbowałam wielokrotnie. Nie dam rady dośpiewać czwartego wersu i już.

Acz nie zamierzam ustawać w treningu.

Czy jest na sali lekarz?

Czy to już czas skonsultować się z farmaceutą?

Tak bardzo się bałam.

Umieram ze szczęścia, że wylądowały szczęśliwie.

 

 

Nie było mnie chwilę, a wszędzie takie zmiany.

Staram się w wolnych chwilach rozkminić, o co chodzi z tym powszechnym pokazywaniem własnych stóp/ butów/ stóp w butach/ stóp bez butów na blogach i innych przekaźnikach, wszędzie gdzie się tylko da.

Cóż, znowu nie jestem modna, ale wyglądu własnych stóp chciałabym oszczędzić nawet największym wrogom, gdyż obrzęki jakie mnie dopadły w efekcie macierzyństwa jakby nie wpisują się w kanon internetowej perwersji stopowej.

Ale jest coraz lepiej.

Moje nogi mają objętość x5 już tylko od połowy łydki w dół, więc postęp jest.

Jak mi kurna zejdzie już ze stóp, to machne se fote i normalnie wystartuję w jakimś konkursie na zdjęcie stylizacji kończyn dolnych, bo czuję, ze nawet mogłabym się w to wkręcić.

 

Mam za sobą całe 3 godziny snu w nocy, a dzieci słodko śpią olewając porę karmienia, więc jestem świeża jak ranny ptaszek i piszę.

 

No więc po trzech tygodniach przepustki ze szpitala pora była wracać.

Miałam się zgłosić 20-go lipca celem obserwacji pod kątem rozwiązania planowego.

 

W szpitalu było znowu bez sensu.

Jakby trzeba się pogodzić z tym, że pielęgniarkom się nic nie chce, matki wcześniaków nie będą gadać z tymi w 38-mym tygodniu, a te grube nienawidzą tych, które pozostały szczupłe do samego końca i nic nie można na to poradzić.

A potem i tak wszystkie się odwiedzają piętro wyżej na oddziale poporodowym i jest fajnie.

Ale jednak aura na patologii przypomina zakład penitencjarny dla kobiet i tyle.

 

I tak po serii tych samych badań co wcześniej, po milionie odsłuchów tętna dzieci, wydruków KTG, sikania w buteleczki o średnicy 1,5cm oraz prawie codziennych pobieraniach krwi, na kolejnych rannych obchodach słyszałam tylko, że u mnie jest nuda, nic się nie dzieje, a są non stop pilne przypadki, którym trzeba ustąpić.

Nie wiem, czy ja także nie byłam takim przypadkiem, skoro każda położna widząc mój brzuch mówiła JEZUS, PATRZ KRYSIA, WIDZIAŁAŚ JAKI ONA MA TEN BRZUCH WIELKI, KIEDY ONI WRESZCIE PANIĄ POTNĄ???

 

No więc w czwartek na obchodzie mój doktor prowadzący mówi po raz kolejny, że może jutro, a może nie wiadomo kiedy.

No więc ja na to, że sorry, ale ja do jutra nie dam rady i że mają je ze mnie wyciągać, bo wołam kolegów męża zza wschodniej granicy.

Zresztą, dzieci same sobie romantycznie wybrały ten dzień, gdyż poprzedniej nocy to pieprzone KTG pokazywało regularne skurcze o sile 90, więc od razu poszła fama i przyszły wszystkie koleżanki, porozsiadały się wygodnie, a ja pobrawszy od każdej po 2zł (zamiast na telewizor) otrzymałam zakaz jedzenia i picia. No ale do rana się wyciszyło i na tym rannym obchodzie, głodna i wkurzona na maxa jak usłyszałam o MOŻE JUTRZE, to mnie coś strzeliło.

Okazało się, że jednak mam siłę przebicia, bo obchód był o 8.03, a o 9:05 byłam już wieziona na salę operacyjną.

Do męża dzwoniłam mając zakładany cewnik, gdyż miła pani położna zechciała mi przynieść telefon. A potem go odnieść, wraz z biżuterią ślubną, SIADAJ PANI, NIE MA CZASU POŻEGNAĆ SIĘ Z KOLEŻANKAMI Z POKOJU, ANI SPISYWAĆ TERAZ TESTAMENT.

 

No i pojechałam.

10:22 ryk.

O, już pani ma córkę.

 

10:24 ryk.

O, jest i chłopak.

 

I tak leżąc krzyżem, podpięta na wszystkich kończynach do różnego badziewia, w towarzystwie anestezjolog, której pięknej i szlachetnej twarzy nigdy nie zapomnę i nigdy nie wybaczę sobie, ze nie spytałam, jak ma na imię, powitałam swoje dzieci raczej bez makijażu oraz z fryzurą z marca (ale za to bieżącego roku!)

Pobytu na sali wybudzeń i pierwszej pionizacji po 8 godzinach wolę nie pamiętać, więc może ten fragmencik ominę.

 

Następnego dnia zwalono mnie już z łóżka na poważnie i kazano przejść z dziećmi na normalną salę.

A tam już tylko błogosławiony rooming i sama się zajmuj pociechami przez całą dobę, jak już koniecznie chciałaś mieć dzieci.

Przez 4 dni O. wychodził od nas o 22:09, a dla mnie zaczynała się zabawa do rana.

Przekonałam się, że MOŻNA nie zmrużyć oka przez 4 doby, naprawdę.

 

Dzieci były gotowe do wypisu dzień wcześniej, ale musiały poczekać na mamunię do wtorku, gdyż ze względu na kolor mej skóry (biało zielony, ale jednak pełna dyskryminacja) nie chciano mnie raczej wypuścić.

 

Więc znowu musiałam wziąć sprawę w swoje ręce, walnąć se 3 warstwy różu bourjois, a potem zapewnić lekarza, że jeśli potrzymają mnie tutaj jeszcze jeden dzień dłużej, podając codziennie na śniadanie bułkę z kosteczką margaryny i łyżeczką marmolady, a na obiad makaron z koncentratem pomidorowym, to na pewno będą mieli kłopot z utrzymaniem mnie przy życiu, więc wybór należy do was, mili państwo.

 

No i nas puścili.

No i nie za bardzo wiem, co dalej.

 

Córcia jest totalnie bezproblemowa.

Nakarmiona i przewinięta śpi snem sprawiedliwego, praktycznie nie zawraca nam głowy swoimi ewentualnymi rozterkami. Zdaje się w pełni rozumieć, że my mamy także swoje zainteresowania i szanuje to.

 

Synek natomiast to urodzony buntownik. Chyba nie z wyboru.

Nie lubi swojego kocyka, nie lubi swoich śpiochów, nie lubi się budzić, ani zasypiać, po własnym kichnięciu popada w czarną rozpacz, a ruch powietrza przyprawia go o atak szału tak wielki, że gdyby tylko miał siłę i dał rade zapanować nad nieskoordynowanymi ruchami własnych rąk, to chyba wystrzelałby wszystkich, włącznie ze swoimi protoplastami.

Za to dobrze reaguje na dźwięki, szczególnie niskie tony.

Skubany słyszy nawet moje burczenie w brzuchu i jako ze sam cierpi na mordercze kolki, okazuje mi wtedy taką empatię i obdarza takim wzrokiem pełnym zrozumienia WOW, TOBIE TEŻ TAK LATA, MAM DOKŁADNIE TO SAMO.

 

No i tak sobie żyjemy.

Nie za bardzo da się odróżniać dzień od nocy, czas upływa na 2-godzinnych okresach powtarzania tego samego przez całą dobę.

 

Tylko raz wyłoniłam się z mieszkania niczym zombie, dałam se zdjąć szew, kupiłam se 3 sukienki i witaminy dla dzieci i to by było na tyle jeśli chodzi o pierwsze chwile wolności.

Zwieńczone zresztą doczłapaniem na chatę na czworakach, ale jakoś poszło.

 

No i nie można nie wspomnieć, jak wielkie zmiany zaszły we mnie po narodzinach dzieci.

Mieszkamy jakby na ostatnim piętrze, balkon bez daszku, częste wizyty gołębi w celach spacerowo-wydalniczych.

Raz jak mi rok temu narobiły na wypraną pościel, to pranie suszyło się tylko wewnątrz.

 

Dziś natomiast w obliczu ilości prania i obłędnego słońca z ust mych korali padły następujące, przełomowe słowa:

SRAŁ PIES, ŻE PTAKI SRAJĄ.

Ważne, żeby kocyki szybko wyschły, co nie???

    

Słuchajcie, są!
Od czwartku z nami na świecie, od wczoraj z nami w domu.


Luś (3040g)


Lusia (2450g)

I co?
Nie wiem jak to sie robi, że się ma 3 minuty wolnego.
Wyjątkiem jest ta chwila, że moje dzieci przepraszają, ale śpią.
Ale przyszykuje jakąś notkę genesis, dam radę!!!
(Dzięki za wszystkie kciuki, ufff, wylądowały).
(Są najcudniejsze).
(I się popłakała).

Może nic jeszcze nie wiem o życiu, może.

Nie wykluczam tego przecież.

Może nie wiem, dokąd tupta nocą jeż i jakie są znane miasta w Malezji.

Trudno, może życie mnie tego jeszcze nauczy.

 

Natomiast na pewno wiem, jak to jest być w ciąży bliźniaczej donoszonej.

Doleżanej właściwie, ale naprawdę, nie czepiajmy się.

 

Przede wszystkim bardzo chce się jeść.

Naprawdę, to niesprawiedliwe, że niektóre dziewczyny w 3cim trymestrze jedzą tylko kromeczkę z twarożkiem na obiad, bo więcej się nie mieści. O. już gdzieś tak ze trzy miesiące temu patrzył z niekłamanym respektem, że potrafię szybciej niż on wciągnąć talerz strogonowa z kaszą i rozglądać się zaraz za jakąś czekoladką. Tak jest do dziś. Dzień konsumpcyjny kończę kolacją o 22.00, a budzę się z dzikim ssaniem z głodu o 6:30.

(może stąd moja chudość, bo np. Krzysiu Ibisz mówi, że je brązowy makaron o godz. 23, żeby ciało nigdy nie było głodne i żeby się nie uczyło panicznie odkładać tłuszczu na gorsze czasy).

 

Poza tym bardzo chce się spać.

Może nie tyle chodzi się sennym, co wystarczy przyłożyć głowę do poduszki i zapaść w słodką drzemkę o dowolnej porze dnia, czasem nawet kilka razy. Mimo przesypiania całych nocy (ostatnie takie doznania, wiem, doceniam).

 

Doceniam też mojego syna, który tylko raz przywalił mi w bok (ale jak!), poza tym pływa sobie z gracją, delikatnie i z dystynkcją godną szacunku dla matki,  oraz córkę, która co prawda ciągle kopie po pęcherzu i ma (nerwową?) czkawkę, natomiast imponuje mi jej zatwardziałość i charakter, nieugiętość w ułożeniu pośladkowym (tyłkiem do wyjścia), czym dobitnie wyraża swój stosunek do tego świata. Jak to możliwe, że one już są bardziej asertywne niż ja? Daj Boże, mają to po swoim ojcu.

 

Co jeszcze.

Aha, nie da się chodzić.

Ani odwrócić na drugi bok bez uprzedniego wstania, potwierdzam.

Żeby po wstaniu ruszyć z miejsca, podnieść stopę o 2 cm, trzeba przekroczyć próg takiego bólu, jakby się miało kości i stawy doszczętnie poharatane i zmiażdżone. A żeby zdjąć/ nałożyć lewą nogawkę, trzeba się 5x dobrze zastanowić czy ta czynność ma sens, bo powtórzenie jej skutkuje kolejnym jękiem bezsilności i niedowładu.

 

Także, należy wykazać się ogromem cierpliwości w kwestii dostawy ubrań z góry.

Opis żądanej bluzeczki, choćby był nie wiem jak bogaty w opis kroju, faktury materiału, dokładną lokalizację na półce oraz opis koloru niemal jak z kodów RGB, zawsze okazuje się mglisty i zbyt mało dokładny. I nawet jak poprosicie o bluzkę z krótkim rękawkiem, mięciutką bawełnianą, z czarną aplikacją z przodu i w kolorze gorzkiej czekolady o zawartości kakao minimum 90%, istnieje duuuże ryzyko, że zostaną Wam przyniesione: popielaty golfik z długim rękawem, beżowy gładki T-shirt oraz  cienki czarny dzianinowy blezerek. ŻEBY BYŁO W CZYM WYBRAĆ, BO TAM SIĘ I TAK W NICZYM NIE MOŻNA POŁAPAĆ. Jezusss.

 

Poza tym ma się piękne, błyszczące i gęste jak przed studiami włosy, pokorę wobec świata i Natury oraz przebłyski pewności, że może jednak będzie fajnie, mimo tej początkowej rewolucji odbierającej resztki sił, cierpliwości i zdrowych zmysłów, co tak wielu już nam naobiecywało.

Że może niedługo dam radę bez grymasu bólu ubrać się w normalne ciuchy, PÓJŚĆ NA SPACER, porozciągać się w miejscu publicznym na karimacie, wskoczyć na rower, zapiąć se turkusowe sandałki, iść po świeże kwiaty, spotkać się z koleżanką, podotykać se filiżanki w Home&You, potem usiąść na kawie, upiec ciastka i nikt mi nie powie, że to w mojej sytuacji niebezpieczne.

Bo bycie kobietą było i jeszcze cały czas jest dla mnie w tej ciąży niebezpieczne.

Poza tym, jak dotąd bajka i wszystko jak w zegarku. Szwajcarskim.

 

A co jest po drugiej stronie rzeki?

Sorry, naprawdę nie mam pojęcia.

   

Na drodze poszukiwań remedium na daną mi natenczas nieznośną ciężkość bytu jest produkt o następującej formule:

 

Cukier, syrop glukozowy, mleko w proszku odtłuszczone, masło, aromat.

 

Czyli innymi słowy nieprzyzwoicie słodka KRÓWKA MLECZNA w liczbie zdecydowanie większej niż jedna.

Byłam dziś na kontroli i dziękuję bardzo za niezmiennie pozytywne wieści, natomiast w obliczu noszenia dzieci o masie 2700 i 2300 plus dwa łożyska, żądam cukru i to żądam go teraz.
Pierwszy raz nie dałam rady samodzielnie zejść z WIADOMEGO FOTELA, wobec czego doktor ruszył na ratunek, wobec czego ja przeprosiłam za kłopot i niezdarnośc, na co on, że spoko, JA TEŻ JAK DOTĄD NIE ŚCIĄGAŁEM TRÓJKI, I TAK JEST PANI ŻE TAK POWIEM DZIELNA. (Młodzian w zastępstwie, bo mojemu lekarzowi zamarzył się urlop).

No anyway, 5kg dziecka jak w pysk strzelił. Powiem szczerze, że to sporo jak na moje wyobrażenie o własnych możliwościach.

A jednak.

No to co.

Odpoczywany sobie dalej i rośniemy.

Tzn. dzieci, bo na mnie rozmiar 36 wisi.

No i za wszystko powyższe jestem strasznie wdzięczna losowi, co nie zmienia faktu, że lekko mi kolanka latają ze strachu, nie?. Zrobiłam bowiem małe śledztwo i wychodzi na to, że po tym jak już mnie rozkroją na pół, będę przez 3 dni dostawać tylko zupy mleczne oraz kleiki czy inne kaszki, w związku z czym albo pozwolą mi na suchary z wodą, albo dzieciom mym ostanie się na tym świecie jeno ojciec, bo ja zejdę z głodu.

 

A w międzyczasie, najadając się rzecz jasna non stop na zapas, zostałam urodzinowo obdarowana całą ofertą piśmienniczą Michała Witkowskiego, więc literaturę niemowlęcą niniejszym odstawiam. Więcej już nie dam rady przyswoić, choć i tak na pewno nie wiem jeszcze nic.

Zaczęłam zatem od Fototapety.

FAN-TAS-TIK.

Moja bajka zdecydowanie.

 

Oj, i upadł mi papierek po krówce.

Trudno, jestem w takim momencie życia, że jak coś upadnie to musi leżeć i czekać, aż podniesie to ktoś inny. Sama rozkosz, polecam.

  

Okazało się, że szaleć można także leżąc na lewym boku, a jakże!

Np. naleśniki z serem, orzechami, z bakaliami i jagodami – oszalałam.
Sałatka z 2 dojrzałych nektaryn i bananka – oszalałam.
Botwinka mojego męża – jak wyżej.
Super mecz finałowy Radwańskiej.

No a do tego transmisje online koncertów na Open’erze!
Wczoraj Nosowska, za chwilę Bat for Lashes!!!
I przyszło nagle takie powietrze, że dla odmiany od balkonu zawiewa jak z klimy.

Może jestem stara i mniej wymagam od życia, ale tu i teraz nic więcej mi nie trzeba :-)

Ale się panie znowu zrobił cyrk z tymi turystami.

Mam taką filozofię, że nie wiem, co by się musiało stać, żebym skorzystała z usług biura podróży (a już w krajach europejskich to dla mnie totalne nieporozumienie). Żeby se nałożyć kajdany w postaci zbiórek na zawołanie, jedzenia na rozkaz, bo już autokar gotowy, czy zwiedzania danego miejsca koniecznie we wtorek, kiedy ja bym wolała np. następnego dnia. I kiedy słucham opowieści o wspaniałym rozwiązaniu 7+7, gdzie pierwszy tydzień biega się będąc poganianym batem przez przewodnika, a drugi się leży bykiem na plaży, to mnie skręca.

 

Nasza ulubiona do tej pory wycieczka, do Chorwacji, polegała na rezerwacji 3 noclegów na wyspie Krk, z opcją zwinięcia się i ruszenia dalej w razie niezadowolenia. Oczywiście było tam tak super, że zostaliśmy w tej bazie do końca, jednak każdy dzień spędzając w innej miejscowości, TAM GDZIE (jeśli w ogóle) MIELIŚMY OCHOTĘ. W końcu od czego są przewodniki Pascala, ja się pytam.

Ja muszę wiedzieć, że jak będę potrzebować 15 minut, żeby ładnie skadrować kotecka przyłapanego na drzemce pod liśćmi winogron, to mnie nikt nie będzie poganiał.

 

No i jeszcze ta bezcenna pewność, że jak będę chciała pizzę z czosnkiem i rukolą, albo ciastko z kefirem na obiad dopiero o 18.00, to nikt mi nie poda baraniny o 14.00 w 30stC mówiąc, że zapłacone.

Nie, nie und noch einmal nie.

Brrrrrr.

 

No ale w tym roku wczasów nie będzie, HHHHEHEHEE.

W ogóle, mogę z pewnością powtórzyć za Bogusławem Lindą, że już nigdy nie będzie takiego lata.

O. doznał w tym roku istnego amoku owocowego.

Naznosił z warzywniaka 47 gatunków owoców i żąda odpowiedzi na trudne pytania typu Dlaczego ja tego wszystkiego nie zjadłam w ciągu godziny.

W domu opętańczo pachnie kompotem, tym razem w wersji agrest + czerwona porzeczka + jabłka, więc jakby będę kończyć, aby iść pić i nie oszaleć od ślinotoku.

 

Taak, kompot to zdecydowanie moja koncepcja na tegoroczne lato.

 

Żyję żyję, ale ledwo.

Dzisiejsze badanie kontrolne wskazuje na ciszę na morzu i stan rzeczy całkiem przyzwoity.

Leżymy więc dalej, wmawiając sobie, że nas to nie rusza, to wyłączenie z życia któryś już miesiąc.

Tydzień spędzony w domu zaowocował troszkę poczuciem balansu i luksusu, a troszkę skrajnym rozdygotaniem. Jak to pod koniec ciąży.

Szczególnie w taki dzień jak wczoraj, kiedy to zapanowała gęsta szaruga,  grzmiało i lało bez przerwy w godzinach 9 rano – 23.00, zaczęło docierać do mnie, że to już naprawdę za chwilę.

Że tak, jak śpiewa Roguc na najnowszej płycie, nie ma już nic po tamtej stronie.

Że wyczerpałam już limit dni, które oznaczały beztroskę, brak uwiązania, nieprzyzwoicie częste nabywanie biletów na koncerty, chwycenie kluczyków i pojechanie se dokądkolwiek, ot tak, żeby się odciąć, czy możliwość odwalenia zacnej drzemki o dowolnej porze.

 

I że jak dostanę te dzieci pod pachę, to zupełnie nie będę wiedziała, co się z nimi robi.

I jeszcze że im powyrywam rączki ze stawów przy zakładaniu rękawków.

Takie o, jednodniowe rozpieprzenie, po którym dziś nie ma większego śladu (bo dziś mogę rozdawać optymizm na prawo i lewo – AAAHAAAHAHA! dobre).

 

Jezus, no i popłakałam się nad kolacją.

 

- Co jest, boli coś? – zainteresował się O.

- Nie – grymas wykrzywił mi twarz.

- Skurcze?

- Nie – pisnęłam, a łzy tryskały we wszystkie strony.

- Kopią/ dźgają/ oddychać nie dają?

- Nie.

- To już nie wiem. – no halo, a meandry kobiecej psychiki???

- Przerażenie ogólne, tyle.


Przerażenis ogólnis
, kurna, oporne na działanie farmakologii, wizualizacji i afirmacji. 

Po chwili tej słabości i poddaniu się fali nostalgii i strachu, a dodatkowo na widok męża prasującego całą wyprawkę dla naszych potomków, zaobserwowałam u siebie wszystkie te powyższe dolegliwości, o które tenże wcześniej mnie podejrzewał. NARAZ oraz dość zintensyfikowane. Stwierdziłam, że jeżeli zaraz się nie uspokoję, to zaraz mnie znowu odwiezie.

 

I tu oblubieńcowi memu zapaliła się nad głową żaróweczka.

Odłożył żelazko na bok i pobiegł na górę z wiele obiecującym hasłem na ustach: MAM POMYSŁ.

Wrócił po chwili mówiąc, że miałam dostać na urodziny, ale już trudno, masz teraz.

Po czym podał mi nowy, świeżutki egzemplarz Lubiewa bez Cenzury, którego nawet ocenzurowanego nie czytałam, a miałam na niego niemałą chrapkę. Szczególnie po tym, jak odpadłam po lekturze Drwala i zapragnęłam przeczytać wszystko, co wyszło spod pióra Witkowskiego.

 

No i już.

30 stron łyknięte duszkiem i luz.

Tak oto mój mąż zatrzymał przedwczesną akcję porodową Lubiewem, czego i Państwu życzę, pozdrowień moc załączając.

     

Taaa.
Nie było mnie chwilę, bo jakby ostanie 10 dni wpadałam w piłkoszał przed telewizorem na monety, w łóżku na pilota.
Czyli na obserwacji w szpitalu.
Bliźniaków tam jak mrówków!
Przebywanie na oddziale patologii ciąży w wielkiej klinice wojewódzkiej polega na wywoływaniu wymęczonych ciężarnych przez domofon pokojowy (Tu Jej Ekscelencja, pani Kowalska – zapraszam do zabiegówki po antybiotyk, pani Nowacka – zapraszam do dyżurki oddać mocz, pani Iksińska – zapraszam do zabiegówki powiedzieć szczerze czy dziś był stolec)) i zwalaniu ich z łóżek w celach różnorakich, jak np. ustawianie się w kolejce do odsłuchu tętna maleństw o 6 rano, 18 i 23.30, ustawianie się w kolejce do pomiaru ciśnienia, wstawanie do zabiegówki celem pobrania krwi, wymiany wenflonu i czort wie, czego jeszcze.
Na żadnym etapie ciąży tak nie popylałam, jak tam.
No i po tygodniu tej troskliwej opieki szyjka tak jak dotąd długa, teraz nagle skrócona o 1,5 cm.
Ojej, musi pani leżeć.
NAPRAWDĘ??????????????????????

Ja pierdzielę.
Żel do ktg spalił mi skórę na brzuchu i lekuchno mnie telepało od fenoterolu, ale postanowiłam być dorosła i zrównoważona.
Chyba mi się udało, bo płakałam tylko 6x (z bezsilności i ogólnego wkurwu widząc olewanie stanu ciężarnych i ogólny burdel) oraz 2x (ze strachu). No i 5x dziennie jak kobiety taśmowo sadzano na wózek w podartej białej koszulinie szpitalnej i odwożono na cięcie, także przeważnie roniące łezkę czy tam dwie.
Na szczęście miałam stały dopływ czekolady i domowego kompotu, więc daliśmy radę.

Póki co sytuacja opanowana i dziś wypuścili do domu, ale jakby w każdej chwili zapraszają ponownie.
A za poltora tygodnia już bezapelacyjnie, bo jakby terminy gonią.
No nie wiem.
Muszę to sobie jeszcze przemyśleć.


  • RSS